Blog > Komentarze do wpisu

W krainie tajemniczego ae

Anne Bishop, The Black Jewels Trilogy:

Daughter of the Blood (1998)
Heir to the Shadows (1999)
Queen of the Darkness (2000)

i spoza serii, ale w tym samym świecie:

The Invisible Ring (2000)

Z cyklu: nadrabianie zaległości w lekturze lepszej i gorszej fantasy.

Anne Bishop zyskała pewien tym cyklem pewien rozgłos... i momentami się nie dziwię. Pomysł na świat i realia miała błyskotliwy: nie tyle świat, co światów hierarchiczna trójca (Światło, Ciemność, Zmrok), z magią organicznie powiązaną z ludzką seksualnością, ze specyficzną, także bardzo hierarchiczną organizacją społeczną, opartą z jednej strony na klasie społecznej, z drugiej - na poziomie zdolności magicznych; te zaś są natychmiast widoczne po kolorze klejnotów noszonych przez konkretną osobę. W tym świecie role światła i ciemności są odwrócone: to do ciemności, Nocy-matki, pamiętanej z czasów przed narodzeniem i przynoszącej spokojny sen, wznosi się modlitwy; to ciemna, a nie jasna barwa klejnotów jest powodem do dumy. Świetny pomysł miała też Bishop na koncepcję Strażników (Guardians) - nieśmiertelnych, nie-umarłych, wampirycznych istot, nie całkiem martwych, prawie żywych. Do tego udało się jej stworzyć kilka wciągających wątków, dzięki czemu The Black Jewels Trilogy czyta się przyjemnie i, że tak powiem, bezboleśnie.

No ale. Są też, niestety, rzeczy, pomysły i idee, które się autorce nie udały. Ba, niektóre z nich się jej wręcz NIE UDAŁY, dużymi literami.

Zacznijmy od imion, zmory Anne Bishop. Niby drobiazg, a przeszkadza: co rusz napotykamy jak nie bohaterkę imieniem Kalush, to straszliwą szwarccharakterkę nazwiskiem Sa Diablo, jak nie dziewczę imieniem Surreal (w high fantasy, mind you!), to kolejne n+1 osób z imionami zawierającymi tajemnicze ae (Saetan, Daemon, Jaenelle - a to tylko trójka głównych bohaterów cyklu!). Do tego wszystkiego zaplątali się, chyba z innej bajki, a to jakiś Aaron, a to Wilhelmina... Słowem, groch z kapustą, przyprawiony odrobiną Mrocznej Tajemniczości Lingwistycznej.

Po drugie - nieznośne przemieszanie mdlącej cukierkowej słodyczy i śliczności z fragmentami porażającymi (że zacytuję) bezsensownym i do niczego nie prowadzącym okrucieństwem, a miłej domowej atmosferki z mega-epicką perspektywą. W efekcie mamy np. od dziesiątek tysięcy lat chodzącego po tym świecie mrocznego i wszechpotężnego władcę Kraju Zmarłych, który żyje w ciągłym strachu przed kucharką na własnym dworze i boi się spóźnić na obiad. Byłby to zabawny pomysł w komicznej fantasy a la Pratchett czy Tom Holt; w epice niekoniecznie działa. Jeszcze gorzej działa, niestety, mieszanie słodyczy ze świeżo przelaną krwią: z jednej strony, mamy sceny domowe, w których poziom cukierkowości niebezpiecznie zbliża się do normy właściwej dla Plebanii. Z drugiej, parę stron dalej mamy spore szanse być na przykład świadkami sceny, w której nasz (pozytywny) bohater, zmuszony szantażem do miłości francuskiej z Bardzo Złą Kobietą, pozbawia ją przy tej okazji większości zewnętrznych narządów płciowych. Pani B., dodajmy, w takich sytuacjach serwuje nam bezlitośnie wszelkie anatomiczne detale.

W konstrukcji fabuły głównym problemem Bishop wydają się motywacje bohaterów: dość często coś dzieje się nie dlatego, że tak wynika z kontrukcji psychologicznej charakterów, tylko dlatego, że autorce tak się podoba i tak pasuje. Przykład? Wyobraźmy sobie, że mamy ukochanego brata, który towarzyszy nam lojalnie od tysięcy lat, jest gotów za nas umrzeć i nigdy, ale to nigdy nie łamie danego słowa, a krzywdą niewinnych się brzydzi. Z drugiej zaś strony czyha Zła Kobieta, fałszywa i przewrotna, kłamiąca dla czystej przyjemności zrobienia innym na złość, nienawidząca wszystkiego, co cenimy. Zła Kobieta przychodzi i raczy nas opowieścią o podłości naszego brata. Bez dowodów - tylko mówi. Wierzymy jej? My może nie, ale bohaterowie Anne Bishop wierzą bez zastrzeżeń i bez choćby zapytania tej drugiej strony o jej wersję wydarzeń... Fakt, autorka musi tego oskarżonego brata unieszczęśliwić i popchnąć na skraj autodestrukcji, ergo musi go pozbawić wsparcia jedynej rodziny, jaka mu została... Postacie Bishop generalnie są nieźle zaplanowane, ale raczej źle napisane: z całego grona jej bohaterów żywiłam pewną sympatię do wyżej wzmiankowanego władcy piekieł; poświęcająca się dla świata słodka mesjańska Jaenelle głównie mnie irytowała, a Złe Kobiety (nie, one się nie nazywają Złe Kobiety; każda ma długie, pretensjonalne i kompletnie bezsensowne imię) jakoś mało przerażały.

No i wreszcie problem największy: decorum, słowo, które w słowniku autorki wydaje się nie występować. W efekcie z jednej strony mamy high fantasy z perspektywą czasową sięgającą dziesiątek tysięcy lat, z postaciami, które te dziesiątki tysięcy lat żyją, z losem całego świata wiszącym na włosku, z narodzinami zbawicielki tego świata, wyśnionej przez setki pokoleń istot... a z drugiej, w mrocznej i pradawnej twierdzy Władcy Piekieł potomkini tegoż robi kuzynowi awanturę o niespuszczanie deski w klozecie. Dodajmy, że Złe Kobiety tego świata kontrolują potężnych magów przy pomocy nałożenia im na części intymne zabawki rodem z seks-shopu i że głównym dowodem na czyjąś Mroczność i Tajemniczość jest fakt noszenia obcisłych skórzanych spodni. Erotyzm w powieści Bishop jest w ogóle próby seks-shopowo-fetyszystyczno-sadomaso-kiczowatej, jak z marzeń nastoletniej gotki.

Efekt: zmarnowana szansa na znakomitą i oryginalną w swoim gatunku powieść; zamiast tego - znośne czytadło.

trochę mrocznie i cmentarnie

czwartek, 27 grudnia 2007, ninedin
Tagi: Anne Bishop

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2007/12/27 10:00:07
Magia cię wyzwoli :-)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...