Blog > Komentarze do wpisu

Być jak (dwie) Jane Austen

Patricia Wrede, Caroline Stevermer, Sorcery and Cecelia, Harcourt Press 1988, reprinted 2003

 

Dom w Yorkshire

 

Pełny tytuł powieści Wrede i Stevermer brzmi Sorcery and Cecelia or The Enchanted Chocolate Pot: Being the Correspondence of Two Young Ladies of Quality Regarding Various Magical Scandals in London and the Country i, jak nietrudno się domyślić, reszta powieści jest w równym stopniu jak tytuł staroświecka i de facto wczesnodziewiętnastowieczna w stylu, charakterze i pomyśle.
Autorki miały na swoją powieść nieco podobny wyjściowy pomysł jak - ładnych parę lat po nich, skądinąd - Susanna Clarke w znakomitym Jonathanie Strange'u i panu Norrellu: stworzyć pastisz literatury epoki Regencji, z zachowaniem stylistyki, systemu etycznego i cech gatunkowych powieści tamtej epoki. Clarke poszła dalej, gdy chodzi zarówno o inspiracje (dodając do Jane Austen Dickensa i realistyczną literaturę XIX wieku), jak i o literackie wyrafinowanie (gry między jawną fikcyjnością jej świata a świadomym jego uhistorycznianiem przez cytowanie w przypisach dziesiątek fikcyjnych ksiąg oraz równie fikcyjnych dzieł naukowych). Wrede i Stevermer potraktowały swoje zadanie znacznie bardziej zabawowo (z rozrywki zresztą, z wymiany listów między autorkami, cały projekt się narodził), pisząc powieść, jaką mogła stworzyć Jane Austen - albo, jak już o tym mowa, Georgette Heyer - gdyby którejś z nich przyszło żyć w świecie, w którym działa magia.
Jest rok 1817 i dorastająca Cecelia Rushton podpadła swojej upiornej ciotce Charlotcie do tego stopnia, że odmówiono jej wyjazdu na Sezon do Londynu; będzie musiała spędzić ten czas w domu, z ojcem, który nie wychyla nosa z książek i bratem Olivierem, którego uważa za ostatniego kretyna, choćby z racji tego, że ten jest mężczyzną. Jej ukochana przyjaciółka i kuzynka, Kate Talgarth, miała nieco więcej szczęścia: wraz ze swoją śliczną, słodką i (pozornie, pozornie!) niekłopotliwą siostrą Georginą wyjechała, pod opieką drugiej z ciotek, panny Elisabeth, do stolicy. Rozłąka nie oznacza bynajmniej końca knowań i konszachtów obu panienek: wymiana długich listów między nimi sprawia, że przed oczyma czytelnika (choć nie od początku przed oczyma bohaterek!) wyłania się obraz skomplikowanego, magiczno-politycznego spisku z intrygą rodzinną i zawiedzionymi ambicjami w tle. Bardzo też prędko do obu panien dociera, że mężczyźni nie zawsze są nudnymi idiotami (a tak właśnie Kate i Cecelia oceniają większość swoich krewnych płci męskiej): co prawda Cecelii zajmie dość sporo czasu zorientowanie się, że młody James Tarleton nie jest aż tak okropny, jak się jej na początku wydawał, a Kate długo podejrzewa, że jej złość na Nieznośnego Markiza a.k.a. czarodzieja Thomasa Schofielda nie ma nic wspólnego z romantycznymi uczuciami, ale czytelnik (a raczej czytelniczka) domyśli się od razu: romans, a nawet dwa, wiszą w powietrzu.
Fakt, że obie narratorki są naiwne i że czytelnik wielu rzeczy domyśla się wcześniej, niż one, nadaje powieści Wrede i Stevermer lekko staroświecki urok, a przy tym - podtrzymuje wrażenie pastiszowości, budowane już przez konstrukcję świata przedstawionego i charakterów. Pamiętam, że w jednej z zamieszczonych online recenzji czytelników padał zarzut braku wyjaśnienia, jak właściwie w tym świecie funcjonuje magia. Wydaje mi się jednak, że ten brak wyjaśnienia jest częścią zamierzonej strategii: tak jak Austen (ani jej narratorzy) nie tłumaczą w szczegółach, na czym polega prawo dziedziczenia, dzięki któremu to Mr. Collins, a nie Jane Bennett odziedziczy majątek po śmierci ojca, tak samo nikt nie tłumaczy roli Królewskiego Instytutu Magicznego i działań sir Hillary'ego - są one po prostu oczywistą, powszechnie znaną i nie wymagającą tłumaczenia częścią rzeczywistości.
Cóż jeszcze? Fabuła jest raczej błaha, ale precyzyjnie skonstruowana. Postacie - sympatyczne i interesująco napisane, nawet jeżeli mieszczą się bez problemów w schematach charakterystycznych dla romansu historycznego: Kate jest porywcza, Cecelia lojalna, Thomas mroczny i tajemniczy jak pan Rochester, James uparty, ale uczciwy jak Charles Bingle, Miranda zła, przewrotna i podstępna, Georgina głupiutka jak Kitty Bennett, Dorothea słodka i bezradna w rękach macochy jak panna Georgiana Darcy... Ton jest świadomie daleki od typowej dla heroic fantasy wzniosłości: zgodnie z duchem romansu historycznego, wszystko dzieje się w domu i towarzystwie, w kręgu znajomych i w obwarowanym regułami konwencji świecie właścicieli ziemskich i pomniejszej arystokracji. Nieprzypadkowo magiczny przedmiot, o który chodzi w całej tej aferze, przybiera postać czajniczka do czekolady...
Książkę czyta się szybko i przyjemnie, choć dotyczy to, jak sądzę, raczej czytelniczek niż czytelników. Miła lektura na wieczór przy herbatce i ciasteczkach. A że momentami jest zabawnie, że pojawiają się aluzje do postaci z epoki, a autorki co jakiś mrugają do znających równie dobrze jak one konwencje czytelniczek - cóż, tym lepiej.
W ramach uzupełnień: dla chętnych - dwa sequele; dla zainteresowanych teorią - fakt, że Sorcery and Cecelia to jedno z kluczowych dzieł podgatunku fantasy zwanego fantasy of manners, który mnie ostatnio zainrygował. 

 

A gdyby ktoś chciał zerknąć na to, jak Sorcery and Cecelia wygląda, to jedna z kluczowych (acz nie-spoilerowych!) scen jest do przeczytania tutaj.

czwartek, 31 stycznia 2008, ninedin

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...