Blog > Komentarze do wpisu

Erynie w kosmosie

Melissa Scott, The Kindly Ones, Baen Books, NY 1987

 

 

 

Na początek, zupełnie niepoważnie i bez żadnych konsekwencji dla fabuły: w The Kindly Ones, jak w HarŹródło: ebay.comrym Potterze, lata się na miotłach; co ważniejsze, tak jak Harry Potter and the Deathly Hallows, tak The Kindly Ones Scott rozpoczynają się od cytatu z Orestei Ajschylosa. O ostatnim Potterze napiszę pewnie kiedyś niedługo, a o Scott postanowiłam napisać teraz, choćby dlatego, że jest to pisarka mało u nas znana, a zasługująca na uwagę.

Melissa Scott pisuje zarówno fantasy, jak i science fiction; mooim pierwszym kontaktem z jej pisarstwem był nominowany do World Fantasy Awards (i szkoda, że nie nagrodzony) The Choice of Destinies, błyskotliwa alternatywna wersja historii Aleksandra Wielkiego, najlepsza chyba skądinąd z poświęconych tej postaci powieści. The Kindly Ones z kolei natychmiast, jeszcze przed przeczytaniem motta, narzucają skojarzenia z Ajschylosem - z racji tytułu oczywiście. Tytuł ten najlepiej chyba byłoby przełożyć Boginie łaskawe - tak bowiem brzmi alternatywna wersja tytułu Eumenid Ajschylosa w klasycznym polskim przekładzie Stefana Srebrnego (jest to chyba lepszy tytuł, można dorzucić na marginesie, niż Łaskawe boginie, który to tytuł nadała tłumaczka Paulina Braiter odpowiedniemu, też noszącemu tytuł The Kindly Ones, epizodowi Gaimanowskiego Sandmana).

Czytelnika, spodziewającego się osadzonego w greckich realiach retellingu mitycznej opowieści o morderstwie Agamemnona, zabójstwie Klitajmnestry przez dzieci, karze, jaka na Orestesa-matkobójcę spada z rąk Erynii, i próbach przekonania tych ostatnich, by uwolniły go od prześladowań i stały się tytułowymi Boginiami Łaskawymi, muszę jednak rozczarować. The Kindly Ones w niczym nie przypominają opowieści w stylu Król musi umrzeć Mary Renault. Owszem, imiona mitycznych bohaterów sagi o Atrydach padają często w powieści, ale w przypadku dzieła Scott mamy do czynienia nie z retellingiem i nie z fantasy, ale z klasyczną science fiction. Atreusz jest więc nazwą słońca w skolonizowanym przez ludzkość układzie planetarnym, słońca dalekiego i zimnego, wokół którego krąży centralna planeta Agamemnon; na jego dwóch księżycach, noszących imiona Orestesa i Elektry - tak jak na wszelkich innych światach, nazywanych u Scott konsekwentnie imionami bogów i herosów, nie tylko z mitologii greckiej - ludzkość usiłuje, mimo trudnych warunków, przetrwać i rozwijać cywilizację. Cywilizację, a raczej cywilizacje, bo w skontruowanym przez Scott świecie, przypominającym nieco Ekumenę Le Guin, rozmaitym kulturom, które wyewoluowały po opanowaniu przez ludzkość kosmosu, nie jest się łatwo dogadać. Układ, w którym znajdują się połączone tym samym modelem cywilizacyjnym księżyce noszące imiona dzieci Agamemnona, znajduje się raczej na peryferiach zamieszkanego świata i przybywający do niego pozaświatowcy - jak Trey Maturin, ciemnoskóry Mediator zarządzający światowymi interesami jednej z wielkich rodzin Orestesa, rodu Haleksów, czy Leith Moraghan, nie do końca sprawna po wypadku ex-wojskowa z Korpusu Pokoju, a obecnie kapitan statku pocztowego - potrzebują wielu lat praktyki, by dostosować się do wymogów specyficznego orestiańskiego kodeksu honorowego.

Powieść Scott należy niewątpliwie do gatunku science fiction - realia, nacisk na wskazanie, że mamy do czynienia z odległą przyszłością, rekwizytornia gatunku, jak roboty, skutery powietrzne, napędy nadświetlne i statki kosmiczne, wyraźnie na to wskazują - ale z drugiej strony, jej wersji SF zdecydowanie bliżej jest do Ursuli K. Le Guin czy Nancy Kress niż do naukowych wzorców charakterystycznych dla, powiedzmy sobie, Grega Egana czy nawet Dana Simmonsa. Pomysły autorki dotyczące techniki, napędów statków kosmicznych czy na przykład zastosowania robotów w gospodarstwie domowym nie są specjalnie odkrywcze ani nowatorskie (patrz scena na wyścigach hoobeyów), ale też powiedzmy sobie szczerze, nie o to chodzi: Scott w The Kindly Ones, podobnie jak Le Guin w Lewej ręce ciemności, znacznie bardziej interesuje opis społeczeństwa, jego ewolucji i funkcjonowania.

Porównanie z arcydziełem Le Guin nasuwa się czytelnikowi dość automatycznie: zarówno u jednej, jak i u drugiej autorki mamy świat, którego mieszkańcy, choć mają wspólne z Ziemianami korzenie, stosunkowo niedawno zostali ponownie odkryci przez większą konfederację zamieszkanych przez ludzkość planet (podobnie jest zresztą w wielu innych powieściach, na czele z cyklem barrayarskim Lois McMaster Bujold). I Gethen, i Orestes to planety zimowe, lodowate, nie znające letniego słońca i ciepłych mórz. I w jednym, i w drugim przypadku w wyniku izolacji i trudnych warunków życia wykształcił się nader specyficzny i trudny do pojęcia dla cudzoziemców kodeks honorowy, oparty o założenia mocno dla nie-Orestian/nie-Getheńczyków abstrakcyjne. Dodatkowo, w obu przypadkach głównym bohaterem, którego punkt widzenia poznajemy, jest ciemnoskóry mediator, przybysz z zewnątrz, który musi jakoś sobie w tych trudnych warunkach radzić. Różnica polega przede wszystkim na tym, że Trey przybył na Orestesa ładnych parę lat przed początkiem akcji, a poza tym - nie przybył, jak Le Guinowski Genly Ai, jako pierwszy wysłannik do nieznanej kultury; mniej więc w jego relacji zdumienia egzotyką i poczucia obcości, a więcej - codziennych zmagań z innością świata dookoła. Poza tym mieszkańcy Orestesa nie są tak specyficznie aseksualni/obojniaczy jak Getheńczycy - choć, można by dodać na marginesie, niezbyt również przejmują się heteronormatywnością i związki damsko-damskie i męsko-męskie są u nich raczej na porządku dziennym; zresztą to właśnie powolne rodzenie się dwóch takich związków jest gdzieś w tle fabuły powieści.

Kodeks honorowy Orestesa - i tu widać, jak inteligentnie i subtelnie potrafi Scott korzystać z inspiracji mitem Atrydów - oparty jest, podobnie jak świat Orestei, na zasadach plemienno-rodowych. Ród i rodzina są wszystkim: jednostka oceniana jest wedle tego, jak do wymagań rodu potrafi się dostosować. Rody te to zresztą raczej liczące po kilka(naście) tysięcy ludzi plemiona niż rodziny jako takie - i oczywiście, im bliżej jest się głównej gałęzi takiego rodu, tym wyższą można osiągnąć pozycję.

Sama organizacja rodów jest także mocno skomplikowana: na czele stoją matriarchinie lub patriarchowie, pochodzący z głównej linii. Kwestia dziedzictwa jest formalnie regulowana, a pozycje Dziedzica, czyli wybranego na następcę dziecka przywódcy i Półdziedzica (Demi-heir), czyli jego/jej wybranego potomka, są formalnymi tytułami w strukturze klanów. Nie jest jednak łatwo pozycję w klanie utrzymać: najmniejsze naruszenie kodeksu honorowego, regulującego wszystkie dziedziny życia Orestianina, może zakończyć się procesem i decyzją rady plemienia o wymierzonej popełniającemu to wykroczenie kary śmierci. Orestes, w rezultacie, pełen jest samotnych, nie opłakiwanych przez rodziny duchów.

Duchów, dodajmy, jak najbardziej cielesnych i materialnych - śmierć, na którą skazuje się za wykroczenia i przestępstwa, jest śmiercią cywilną, a nie cielesną. Ten, kogo dotyka, oficjalnie uchodzi za zmarłego: nie ma praw obywatelskich, nie istnieje w strukturze społecznej, nie należy do żadnego rodu, nikomu poza licencjonowanymi Mediami nie wolno z nim rozmawiać - ba, żyjący nawet nie mogą ich widzieć!. W scenie spotkania w teatrze jeden z bohaterów, Rohin, mówi o obecnym tam swoim bliźniaku-aktorze my late brother, podkreślając, że nawet w sferze języka duchy zaliczane są do świata zmarłych. W tej samej, świetnie zresztą napisanej scenie, Rohin musi najpierw poprosić Treya, który jest Medium, o udzielenie mu tymczasowo swoich prerogatyw, by mógł z ukochanym bratem porozmawiać osobiście. Duchy na wsiach żyją z żebraniny, ale żyją marnie - żywi ich przecież nie widzą, nie mogą widzieć, bo kto złamie ten zakaz i zwróci uwagę na ducha, ryzykuje, że za naruszenie zasad kodeksu czeka go ten sam los. Duchy w stolicy Orestesa, Nekropolis, mają się nieco lepiej - współtworzą większą część tamtejszego półświatka, wypełniając role od aktorów i pracowników technicznych w miejscowych kompaniach teatralnych przez osoby do towarzystwa aż po prostytutki płci obojga. Do rozmów z duchami uprawnieni są wyłącznie specjaliści, noszący tytuł Medium; większość, jeśli nie wszyscy, pochodzą spoza Orestesa, a ich znakiem rozpoznawczym jest noszony na ubraniu symbol czarnej dłoni.

Z klanu można jednak także wystąpić z własnej woli. Niegdyś wymagało to zabójstwa trójki członków własnego rodu, później, w miarę rozwoju cywilizacji na Orestesie, rozlew krwi zastąpiono aktem symbolicznym: egzekucją trzech kukieł, symbolizujących krewnych. Ci, którzy wyrzekną się rodziny - zwani w kulturze orestiańskiej para'an (l. mn. para'anin) - tracą co prawda pozycję i spadają na margines tamtejszego społeczeństwa, ale za to zyskują przynajmniej względną samodzielność i nienależność, pozwalającą na przykład na zdyntansowanie się od klanowych waśni - a to właśnie taka waśń klanowa znajduje się w centrum fabuły powieści Scott.

No właśnie - fabuła. The Kindly Ones to jedna z tych powieści, w których autorka miała znakomity pomysł na świat i jego konstrukcję i ten opis świata zdecydowanie przytłacza tu fabułę. Składają się na nią w zasadzie dwa główne wątki. Z jednej strony, śledzimy dzieje Treya Maturina, cudzoziemca w służbie rodu Haleks, z dość szczegółowym opisem jego pracy, kontaktów z Matriarchinią rodu i z jej wnukami - Półdziedzicem Rohinem i jego bratem-bliźniakiem, aktorem-duchem Rehurem, z którym Trey ma chwilowy romans oraz jego opieki nad ostatnim ocalałym z ataku wrogów potomkiem głównej gałęzi rodu. Z drugiej, oglądamy historię znajomości pozaświatowej pilot Leith Moraghan z para'an Guil ex-Tam'ne, także pracującą jako pilot, ale już na samym Orestesie. Decyzja, aby punktami widzenia byli wyłącznie cudzoziemcy, znający lokalną kulturę lepiej (Trey) lub gorzej (Leith), niewątpliwie dodaje egzotyki cywilizacji Orestesa, ale też pozbawia czytelnika kontrastowej perspektywy. Fantastyczny dwugłos Estravena i Ai w Lewej ręce ciemności pozwala na ukazanie reakcji autochtona na obcego i obcego na autochtona. U Scott fakt, że obie postacie, których oczyma patrzymy na ten świat (w pierwoosobowej narracji Treya i w trzecioosobowej z punktu widzenia Leith) to cudzoziemcy sprawia, że perspektywę mamy tak naprawdę jedną. Brakuje spojrzenia z punktu widzenia Orestianina, które pozwoliłoby ocenić, czy kultura Ateńczyka (bo z planety o nazwie Atena pochodzi) Treya jest równie nietypowa dla mieszkańca domeny Haleks, jak orestiańska dla Treya. Co prawda autorka na moment (2 rozdziały) oddaje głos Rehurowi, pisząc z jego punktu widzenia, a także, na moment (1 rozdział) patrzy oczyma Guil, ale to niewiele zmienia - to są rozdziały, w których Scott skupia się na akcji i niewiele miejsca poświęca analizie emocji i relacji z innymi. Poza tym, zarówno Rehur (jako duch), jak i Guil (para'an) stoją poza systemem klanowym Orestesa i ich opinia zawsze będzie opinią zdecydowanej mniejszości.

Problemem z fabułą The Kindly Ones jest, jak dla mnie, fakt, że cała historia sporu klanowego, który stoi jej centrum, wydaje się mało przekonująca - od samego pretekstu, jaki całą aferę wywołuje, przez opis wydarzeń podczas konfliktu aż po problem wewnętrznych machinacji w klanie po tym ataku. Mnie, szczerze mówiąc, tak naprawdę dość mało obchodziło, co się stanie - przerzucałam strony dotyczące najazdu na cytadelę Haleks, licząc na to, że w następnym rozdziale dowiem się czegoś więcej o tym, jak funkcjonuje tamtejsza kultura...

Wspominałam wcześniej o licznych podobieństwach między The Kindly Ones a Lewą ręką ciemności. Dlaczego więc powieść Le Guin jest bezdyskusyjnym arcydziełem, a książka Scott - dziełkiem z górnej strefy stanów średnich gatunku science fiction? Chodzi nie tyle o literacką klasę obu autorek - Scott to w końcu bardzo sprawna i kompetentna pisarka, której umiejętnościom niewiele można zarzucić - co chyba raczej o uniwersalność sytuacji i bohaterów, które Le Guin w Lewej ręce ciemności przedstawiła, a której brakuje w powieści Scott. Szalona ucieczka karhidzkiego eks-premiera z ambasadorem Ekumeny przez mroźne pustkowia Zimy i rodzące się między nimi niełatwe zaufanie, porozumienie i przyjaźń to do dziś jedna z najbardziej przejmujących metafor spotkania z Innym, jakie zna literatura fantastyczna, podczas gdy rodzący się powoli związek Leith i Guil pozostaje po prostu jeszcze jedną, niczym specjalnym nie wyróżniającą się historią o czymś na pograniczu przyjaźni i miłości między dwiema osobami z różnych światów.

Scott warto czytać, bo to niezła pisarka, choć The Kindly Ones to książka raczej inspirująca pomysłem na świat niż imponująca sama przez się; mnie osobiście marzy się, żeby autorka kiedyś wróciła do świata Orestesa, ale tym razem umieszczając w nim postacie tak żywe i barwne jak Hefajstion i Ptolemeusz z jej wersji historii Aleksandra...

wtorek, 29 kwietnia 2008, ninedin

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...