Blog > Komentarze do wpisu

Prawie powrót prawie króla

Ellen Kushner, Delia Sherman, The Fall of the Kings, Bantam Books, New York 2002

 

* * * uwaga mnóstwo spojlerów! * * *

Jakim cudem żadna z powieści Ellen Kushner (poza książeczkami dla dzieci) nie ukazała się w po polsku, jak to się stało, że nie zainteresowało się nią jak dotąd żadne wydawnictwo w naszym kraju, jest poza moimi zdolnościami zrozumienia. Kushner jest pisarką znakomitą - nie przyzwoitą, jak, powiedzmy, Tanya Huff, nie niezłą, jak Melissa Scott - znakomitą. Jej umiejętności kształtowania świata, tworzenia wiarygodnych postaci, pisania intrygujących fabuł, a zarazem wpisywania ich w mityczne i kulturowe archetypy i tradycje są bezbłędne, a przy tym - Kushner jest naprawdę dobrą i to rozwijającą się stylistką. Wystarczy porównać pełen nastroju, ale też z lekka kiczowaty prolog do pierwszej z jej powieści, która okazała się sukcesem, Swordpoint (1994), z jasnym, klarownym, a przy tym eleganckim stylem późniejszej o osiem lat powieści The Fall of the Kings, napisanej przez Kushner wspólnie z wieloletnią partnerką (zawodową i życiową) Delią Sherman. Do tego ma oryginalny pomysł na swoją własną wariację fantasy. Jak tak można, Panie i Panowie Wydawcy?
The Fall of the Kings dzieje się kilkadziesiąt lat po Swordpoint: dwudziestoparoletni Alec, którego tam poznaliśmy jako studenta, zdążył zostać księciem Tremontaine, rozstać się z wieloletnim kochankiem Richardem St. Vierem, dorobić reputacji szaleńca i degenerata, spłodzić nieślubną córkę, uciec z miasta, zejść się z Richardem ponownie, przekazać tytuł siostrzenicy, wyjechać na drugi koniec świata, opłakać ukochane osoby, które stracił, ożenić się, umrzeć i zostawić po sobie syna, którego nigdy nie widział - a większość z tego niejako "poza kadrem"; na szczęście dla czytelników czasy od pojawienia się w jego życiu Katherine do ucieczki z miasta Kushner postanowiła opisać w The Priviledge of the Sword*.
W The Fall of the Kings Alec Campion Tremontaine i jego skandaliczna reputacja wisi jak cień nad losami jego (chyba niespełna) dwudziestoletniego syna Therona. Matka Therona, egzotyczna cudzoziemka lady Sophia, ma swoich chorych i swoją pozycję lekarza przy Uniwersytecie i swój pokój, pełen pamiątek po ukochanym zmarłym mężu. Ciotka, księżna Katherine, ma swój tytuł i pozycję w Radzie, świetne - mimo sześćdziesięciu paru lat - zdrowie, które zawdzięcza stałym treningom i swej przeszłości zawodowego szermierza i przyjaciela-zarządcę domu, którego kiedyś chyba kochała, a który z jej błogosławieństwem ożenił się z inną. Siostra - no dobrze, przyrodnia siostra, Jessica - ma charakter odziedziczony po ojcu i wzmocniony przez wychowanie (lady Jessica z Diuny to, jak chodzi o upór i talent do intryg, jej duchowa siostra!), obyczajową odwagę odpowiednią do tegoż charakteru i swój biznes na wpół pirata, a na wpół - handlarza dzieł sztuki (i nie zapominajmy o załodze złożonej z samych ślicznych kobiet!). Jego kuzyni mają żony i dzieci i pieniądze, jego koledzy z Uniwersytetu - naukowe pasje, nawet mała dziewczynka spotkana na balu ma pomysł na swoje życie, będzie pisała romanse. A Theron? Theron ma pecha w miłości - a raczej wyjątkowy talent do zakochiwania się w nieodpowiednich osobach.
A może właśnie jak najbardziej odpowiednich? Kiedy spotykamy go po raz pierwszy, dziedzic rodu Tremontaine i najprawdopodobniej przyszły książę właśnie kończy, nie z własnej woli, romans z najbardziej znaną i chyba najbardziej skandalizującą artystką w mieście. Ysault pragnęła go tak długo, jak długo chciało się jej go malować - a właśnie skończyła cykl inspirowanych starożytną historią swego kraju obrazów, w którym Theron pojawia się zarówno jako model do postaci królobójców, jak i zamordowanych władców. To jak najbardziej odpowiednie - tak jak rzymski Brutus, Theron jest jednocześnie krewnym ostatnich władców i potomkiem w prostej linii Davida Tremontaine'a Wyzwoliciela, zabójcy tyrana Gerarda. Fakt, że przedstawienia te ociekają przemocą i (homo)erotyzmem, też nie jest przypadkowy: z jednej strony, cóż za skandal, gdyby oficjalnie ujawniono, kto pozował do tych śmiałych, podniecających, prowokujących - i zakazanych, jak większość rzeczy wiążących się z obaloną przed stuleciami monarchią - aktów! Z drugiej, choć sama nie mogła zdawać sobie z tego sprawy, Ysault podświadomie sięgnęła w swojej sztuce do zapomnianych, pradawnych korzeni władzy królewskiej, do rytuałów związanych z czymś, w co nikt w kraju, w stolicy, w Riverside już nie wierzy. Do magii - magii, do której kolejne zakochania Therona podświadomie go prowadzą.
He was very sure that he would never love again, brzmią ostatnie słowa prologu, kiedy Theron wychodzi z domu już byłej ukochanej. To nigdy okazało się bardzo krótkie: parę miesięcy później, ku rozpaczy studentów historii starożytnej na miejscowym uniwersytecie, Theron kompletnie zawrócił w głowie wschodzącej gwieździe wśród wykładowców, Basilowi St. Cloudowi. Młody Campion i starszy o kilka lat (został doktorem przed trzydziestką, o czym sam wspomina) St. Cloud spotykają się na pozór przypadkiem, w łóżku lądują, ku obopólnej satysfakcji, prawie natychmiast, kłócą się namiętnie o wszystko - słowem, zachowują się jak typowa para kochanków. Tyle, że Theron ma dziwaczne, niepokojące sny, a Basil dostaje coraz większej obsesji na punkcie zrekonstruowania, na czym właściwie polegała znana głównie z legend, a nie z przekazów historycznych, specyfika monarchii na Północy, jeszcze przed zjednoczeniem państwa pod władzą wspólnych królów. Żaden z nich jeszcze nie wie, że od chwili, kiedy pierwszy raz się spotkali, znaleźli się gdzieś w pół drogi między młotem Historii a kowadłem, że się tak wyrażę, Podświadomości Zbiorowej. Theron zapewne wcale nie chciałby obalać ustroju i zostać królem, a St. Cloud w chwili, kiedy go poznajemy, otrząsnąłby się z obrzydzenia na myśl o staniu się oszustem, zdrajcą i wrogiem publicznym, za jakich uchodzą historyczni magowie. A jednak w finałowych scenach St. Cloud, ostatni i pierwszy mag królestwa, zwiąże rytualnym złotem Therona, pierwszego i nowego króla - nie bacząc na konsekwencje, które będą straszne. To, jak do tego dojdzie, jest głównym motywem powieści.
Fabuła The Fall of the Kings jest wielowątkowa, skomplikowana, z typowymi dla powieści Kushner zmianami punktów widzenia w narracji, a konstrukcją swoją przypomina tragedię, i to w jej greckim rozumieniu - od pewnego momentu nie ma już ucieczki, cokolwiek bohaterowie by zrobili, nie odwrócą katastrofy. Co więcej - jak Edyp, dążący do wyjaśnienia zagadki zarazy w Tebach, nie zdają sobie sprawy z konsekwencji tego, co się dzieje. Rolę boga z maszyny, który ma do odegrania swoją nieprzywidywalną rolę w rozwiązaniu zagadki, gra w tym przypadku Jessica Campion, równie amoralna, błyskotliwa i lojalna wobec kochanych osób jak jej nieżyjący ojciec. W tle mamy politykę i intrygi przywódców miasta, realia kulturowe zarysowane głębiej i staranniej niż w którymkolwiek poprzednim tekście z tego cyklu (szerokie tło historyczne i etnograficzne, opis wielu różnych warstw społecznych) i poważnie potraktowaną historię nauki w świecie fantastycznym. Tu zresztą znakomicie widać, że autorki, przede wszystkim Delia Sherman, mają za sobą doświadczenia akademickie - jest to jedna z nielicznych powieści fantastycznych, w których świat nauki nie ogranicza się do zawsze takich samych typów charakterów wygrzebanych z lamusa powieści przygodowej, innymi słowy - do ciągłych wariacji nt. Szalonego Naukowca (panie Andrzeju S., do Pana i Pańskiego Oxenfurtu piję!). Historia kariery St. Clouda i jego rywalizacji z zarozumiałym kolegą po fachu, doktorem Crabbem (równie sympatycznym jak Crabbe w Harrym Potterze, dodajmy), o katedrę historii na uniwersytecie tylko na pozór jest w tle wydarzeń - w rzeczywistości spór tych dwóch jest nie tyle kłótnią o metodologię historii, co o naturę prawdy i o porządek świata. Jeżeli wygra Crabbe, świat pozostanie taki, jaki był. Jeżeli wygra St. Cloud - nikt, z samym Basilem na czele, nie wie, co może się stać, jeśli wygra St. Cloud.
Jak moja ukochana Celia Friedman, Kushner i Sherman stawiają w The Fall of the Kings pytanie o cenę, jaką płaci się za magię. Theodora Goss w Strange Horizons zwraca uwagę na fakt, że każdy wybór jest tu wyborem złym. Jeżeli, jak współcześni Therona, odrzucimy tradycję, wskazującą na magiczny związek króla i jego ziemi, jeżeli w imię racjonalizmu zrezygnujemy z dawnych mitów, grozi nam pustka, wyjałowienie i zagubienie poczucia sensu świata. Jeżeli uwierzymy w magię i spróbujemy wskrzesić dawne rytuały, ceną może być krwawy obłęd i utrata zmysłów, kulturowe cofnięcie się o stulecia. Autorki - dokładnie jak Friedman w swojej olśniewającej Trylogii zimnego ognia - stawiają pytanie, ale nie dają łatwej odpowiedzi, i chwała im za to!
Do tego dochodzi umiejętność, za którą chwaliłam Ellen Kushner już wcześniej: talent do kreowania wiarygodnych, psychologicznie prawdziwych postaci, zwłaszcza - postaci kobiecych. Tutaj i Katherine, i Sophia, a także znacznie mniej prominentne, co nie znaczy mniej ciekawe bohaterki, Ysault i Jessica, są autentyczne i przekonujące. Równie dobrze poradziły sobie panie z bohaterami. Grupa studentów St. Clouda to barwna kolekcja typów, od porywczego i naiwnego, jak tylko piętnastolatkowi przystoi, Petera Godwina, przez romantycznego Anthony'ego Lindleya aż po praktycznego dwudziestolatka Benedicta Vandeleura i onieśmielonego światem akademii wiejskiego chłopca Justisa Blake'a. Sam St. Cloud, dumny, despotyczny i uparty, jest przy tym hojny, inteligentny i charyzmatyczny, lubiany przez kolegów i uwielbiany przez studentów. Kushner i Sherman wskazują przy tym wyraźnie na psychologiczne powody jego skrytości i nieumiejętności podporządkowania się, rysując wiarygodny portret intelektualisty z awansu społecznego, chłopskiego syna ciągle nie do końca pewnego swojej pozycji w świecie, nie rozumiejącego tak naprawdę ani swoich uczuć, ani swojej roli w związku z młodziutkim dziedzicem jednej z największych arystokratycznych rodzin w kraju. W przypadku Therona z kolei udało się autorkom uniknąć największego niebezpieczeństwa: powielenia w nim postaci Aleca. Owszem, mamy przez to do czynienia z postacią mniej barwną, mniej charakterystyczną i w sumie mniej fascynującą, ale za to - mówiącą własnym głosem. Theron jest nie tyle zepsutym, co skrajnie rozpieszczonym, a przez to kompletnie nie znającym życia dzieciakiem. Sophia widzi w nim nadzieję rodu i ostatnie wspomnienie po ukochanym mężu, Katherine - swojego następcę, przyszłego księcia Tremontaine; tylko Jessica dostrzega, że chłopak jest dramatycznie niegotowy do przyjęcia którejkolwiek z tych ról. Jak Alec, Theron ucieka na uniwersytet i do Riverside, tyle że na niego czeka tam nie rozsądny i kochający Richard, a popadający w obsesję Basil St. Cloud. Theron chce dobrze i bardzo, bardzo próbuje - im bardziej próbuje, tym gorzej mu wychodzi, vide nieszczęsna próba małżeństwa z panną Randall, które ma rozwiązać jego problemy. Momentami, jak Aleca, trudno go lubić, ale trudno mu nie współczuć i trudno nie docenić psychologicznej konsenwencji, z jaką Kushner i Sherman tę postać skonstruowały. Jedynym bohaterem, który mnie rozczarował - może nie tyle on sam, co jego wątek - jest śledczy na usługach kanclerza, Nicholas Galing, który ma zaważyć w sposób dramatyczny na losach młodego Campiona. Obsesyjny i uzdolniony, napędzany przez mieszankę politycznych ambicji i prywatnych skrywanych pożądań, Galing uważa Therona za centrum monarchistycznego spisku, a wszystko, co tamten robi, umacnia go w tym przekonaniu. Szkoda, że nie dowiadujemy się o nim jeszcze czegoś więcej...
The Fall of the Kings ma to do siebie, że - znowu podobnie jak Trylogia zimnego ognia Celii Friedman - sam w sobie jest fascynujący, ale równie fascynująca byłaby opowieść o tym, co zdarzyło się później. Czy Justis będzie kontynuował badania St. Clouda? Co z Theronem i jego uczuciami, co z ambicjami Galinga? Kto umrze, kto przeżyje, kto zostanie szefem katedry historii, a kto następnym księciem Tremontaine? Mam cichą nadzieję, że panie Autorki może jeszcze kiedyś zechcą wrócić do świata Riverside. Na razie mam nadzieję, że uda mi się w końcu kupić wymarzoną przeze mnie koszulkę i dumnie obnosić się z byciem fanką.

 

* Właściwa kolejność lektury (Swordpoint, Red-Cloak, The Swordsman Whose Name Was Not Death, The Priviledge of the Sword, The Death of the Duke, The Fall of the Kings) jest zasadniczo różna niż kolejność powstawania i publikacji tych tekstów (chronologicznie, The Fall of the Kings jest wcześniejsze od The Priviledge of the Sword); to tak na marginesie.

poniedziałek, 12 maja 2008, ninedin

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...