Blog > Komentarze do wpisu

Prawda was wyzwoli

Delia Sherman, Through A Brazen Mirror, Circlet Press, Cambridge MA 1999

 

 

Zaczyna się ta książka zwyczajnie i przewidywalnie, a kończy niezwykle i nietypowo - od dwóch dni nie bardzo mogę myśleć o czym innym niż zakończenie Through a Brazen Mirror Delii Sherman. Na początku wszystko pasuje do znanego schematu: tajemniczy młody człowiek bez imienia i pochodzenia, robiący bajkową karierę na dworze królewskim. Zła czarownica w wieży, wspomagająca się demonami z piekła rodem. Młody, wojowniczy i głupi król, wciąż żyjący pod fatalnym wpływem pomysłów poległego doradcy i przyjaciela. Śliczna i mądrzejsza od rówieśniczek córka arystokraty, nieszczęśliwie zakochana w uroczym szambelanie. I młoda kobieta, którą intrygi wiedźmy pozbawiły męża i synka, zamordowanych przez zbójców. Na samym niemal początku dowiadujemy się tego, co w każdej innej powieści fantasy byłoby sednem całej sprawy i tajemnicą odkrytą dopiero w ostatniej chwili: że wiedźma Margaret jest matką młodej wdowy i że to ta wdowa, Elinor, w męskim przebraniu jest Williamem Flowerem, królewskim szambelanem. William robi karierę od pucybuta do milionera (a raczej od kuchcika do szambelana), a król coraz częściej myśli nie o zmarłym przyjacielu i nie o sprawach państwa, a o pięknych dłoniach i gładkiej twarzy swojego zaufanego doradcy, tłumiąc w sobie ukryty lęk, że stał się ofiarą nienaturalnej, grzesznej namiętności. Wszyscy czytaliśmy Wieczór Trzech Króli i wiemy, jak się takie historie kończą: dziewczyna zrzuci męskie przebranie, król odetchnie z ulgą, że pokochał, jak Pan Bóg przykazał, kobietę i po hucznym weselu będą żyli długo i szczęśliwie. W końcu Sherman oparła swoją książkę na rekonstrukcji ludowej ballady, to się musi dobrze skończyć!

I rzeczywiście: jak to w balladach, król, chcąc zagłuszyć swe lęki, rusza na polowanie, gdzie magiczny biały jelonek prowadzi go do ruin dworu; tam biały gołąb śpiewa mu balladę o kobiecie, która po stracie najbliższych przywdziała strój mężczyzny. Pijany ze szczęścia król Lionel wraca do zamku, porywa ukochaną w ramiona i obdarzywszy ją namiętnym pocałunkiem demaskuje ją wobec dworu jako lady Elinor. Od tej pory już wszystko będzie - źle.

Po śmierci męża i synka Elinor znalazła tyle spokoju, ile tylko mogła (a jej koszmary świadczą, jak niewiele tego spokoju zaznała) - znalazła, odrzucając swoją kobiecość. William mógł być czasem pogodny, uśmiechać się i snuć plany na przyszłość; William radził sobie jakoś z własnym życiem. Ale nie Elinor: dla niej nie ma szans. Kiedy Lionel demaskuje ją wobec dworu, Elinor musi wrócić do kobiecego stroju - i zakłada ciężką żałobę, cofając się o rok, wracając przez to do chwili, która ją psychicznie okaleczyła. Przeszłość, nie przyszłość zaczyna rządzić jej życiem, bo jako kobieta, nie może być szambelanem, nie może służyć na dworze. Jedyne, co jej zostaje, to uciec - uciec po raz kolejny i po raz kolejny, znów jako mężczyzna, szukać spokoju. Elinor nie przebiera się tylko dlatego, by ukryć się przed wrogami - robi przede wszystkim dlatego, że po tym, co się stało z jej rodziną, nie może dłużej być kobietą, wdową, matką martwych dzieci. Jako mężczyzna, może funkcjonować; bycie kobietą, odgrywanie kobiecej roli ją zabija.

Ujawnienie prawdy okaże się końcem spokoju Elinor, ale da szansę na refleksje królowi. Lionel początkowo chce się z Elinor ożenić i do diabła z cudzoziemską księżniczką i jej posagiem. Ale prędko rozumie, że jego najgorsze lęki są prawdziwe: on nie kocha Elinor, kocha Williama; kocha i może kochać mężczyznę, a nie kobietę. Nie zapytał jej o zdanie, kiedy ujawnił ją przed całym dworem, niszcząc przez to nie tylko jej przyszłość, ale swoją miłość. Jej ucieczka z dworu zmusza go do refleksji, do zastanowienia się nad sobą i symbolicznego przejścia drogi przez labirynt, który razem projektowali. Sherman udało się znakomicie pokazać, jak ten głupi, nieodpowiedzialny i stłamszony przez cienie swego wybitnego ojca i dominującego przyjaciela smarkacz dorasta, jak dojrzewa do swojej roli odpowiedzialnego władcy, a także - do akceptacji własnych uczuć i emocji. Pierwsza myśl o tym, że w Williamie się zakochał, powoduje atak paniki i kończy się natychmiastowym wyproszeniem tegoż z komnaty i ucieczką na polowanie następnego dnia. Ale prawda, która została ujawniona, zmusza go do myślenia, do buntu przeciw sobie samemu i do zaakceptowania, że choć miał liczne doświadczenia (seksu, nie miłości) z kobietami, średnio go one tak naprawdę interesują. To połowa drogi - bo w tym miejscu Lionel jest pełen nienawiści i gniewu, na siebie, na świat, na Elinor/Williama; ale wraz ze zrozumieniem przychodzi akceptacja nie tylko tego, kim jest, ale także i tego, co musi być zrobione, czego, jako król, nie może uniknąć. Nie będzie więc kochanka dla króla: będzie śliczna i głupiutka księżniczka za żonę, będą dzieci i tylko w sekrecie kultywowana pamięć miłości do kogoś, kogo nigdy nawet nie było.

Sherman w ogóle znakomicie sobie radzi z opisem zmienności ludzkiej natury. Autorka wstępu do wznowienia Through A Brazen Mirror, a prywatnie życiowa partnerka Delii S., (a przy okazji ostatnio jedna z moich ulubionych autorek), Ellen Kushner, pisze, że kiedy książka ukazała się po raz pierwszy w roku 1989, odrzuciła czytelników i krytyków nie tyle odważnym jak na swoje czasy przedstawieniem odkrycia przez jednego z głównych pozytywnych bohaterów swojej homoseksualnej tożsamości, ale przede wszystkim tym, co Kushner nazywa prawdą: realizmem. Niezwykle symboliczna jest tu scena, kiedy młoda arystokratka Alyson pomaga Elinor zdjąć męski strój, a założyć kobiecy. Jest to scena znana z setek awanturnicznych romansów: oto spod kostiumu przystojnego młodzieńca wyłania się piękna kobieta; opadają bandaże, które ukrywają jej kształty, a bohaterka z rozkoszą zakłada na siebie głęboko wydekoltowaną suknię. O takiej scenie marzy Lionel wracając do pałacu z wieścią o tym, że William nie jest bynajmniej Williamem. U Sherman spod bandaży wyłania się brzuch Elinor ze znakami po wielu ciążach (rodziła siedmiokrotnie, to jedyne dziecko, które przeżyło, zostało zamordowane), jej boki z odciśniętymi liniami tam, gdzie wbiły się ciasno zawinięte bandaże, piersi spłaszczone i zniekształcone po roku ukrywania; niewiele w tym piękna, William ze ślicznego chłopca zmienia się w znacznie starszą, zbyt wysoką, niezbyt interesującą kobietę. Takie przełamanie konwencji to, obawiam się, więcej, niż przeciętny fan Feista czy Dragonlance może zaakceptować. Do tego dochodzi brak happy endu - Elinor znika, Lionel zostaje ze swoją smutną decyzją, Alyson przygotowuje się do zostania opiekunką młodej królowej.

Miłość Lionela nie zniosła odkrycia tożsamości Elinor, ale fascynacja i zauroczenie Alyson - owszem. Córka i bratanica arystokratów zakochała się w Williamie tak, jak tylko nastolatka może się zakochać, a kiedy dowiedziała się prawdy - zakochała się po raz drugi, tym razem w idei wolności i niezależności, jaką dało Elinor męskie przebranie. Alyson zachowuje się jak narwana nastolatka, jej pomysły na wspólną ucieczkę są naiwne i dziecinne, ale jej przyjaźń i lojalność nie ulegają wątpliwości. Ona też nauczy się czegoś od Elinor - i tak jak Lionel, nauczy się, na czym polega jej obowiązek.


Najbardziej fascynująco jednak Sherman manipuluje (i to jest właściwe słowo) swoimi czytelnikami, przedstawiając postacie Elinor i Margaret i ich wzajemne relacje. I znowu, na początku nie mamy zbyt wielu wątpliwości. Owszem, dowiadujemy się, że Margaret miała ojca, który ją bił, i że jej mistrz-czarodziej gwałcił ją regularnie, póki nie zaszła z nim w ciążę. Lentus jest wyjątkową świnią jako nauczyciel i partner - ale wydaje się naprawdę kochać córeczkę; i wtedy właśnie, kiedy ujawniają się w nim ludzkie uczucia, Margaret go morduje. Nie ma wątpliwości, że to ona jest Zła, a Elinor Dobra - zwłaszcza, że o Elinor niewiele tak naprawdę wiemy; widzimy zabójstwo jej rodziny, a potem, w retrospekcjach, jej dorastanie, młodość i pierwsze spotkanie z późniejszym mężem. Elinor, jaką widzimy, jest kobieca, ale niezależna: jak matka, ma talent magiczny, leczy ziołami i pomaga rodzić dzieci; uwielbia pracę w domu, nie znosi cerować i szyć. Jest kochającą żoną, która nie może doczekać się zdrowego dziecka, jest ciekawą świata osobą, która w prezencie zażyczyła sobie od męża, by ją nauczył czytać. Jest, wreszcie, tą dziewczyną w chłopięcym przebraniu, która na dworze wydaje się mieć swoją drugą szansę na szczęście - bo przecież zmarły - brzydki i niczym się nie wyróżniający - mąż i małe dziecko to nic innego, jak sprytny zabieg narracyjny, a prawdziwa historia jej życia dopiero się zaczyna, prawda? Trzeba tylko pozbyć się tej szatańskiej wiedźmy Margaret.
Tymczasem im dalej czytamy, tym bardziej los Margaret wydaje się podobny do losu Makbeta: ona kiedyś usłyszała przepowiednię własnej śmierci i robi wszystko, by jej zapobiec, a zapobiegając - jak Szekspirowski król sprowadza to nieszczęście na siebie. Przegrywa na każdym froncie - kiedy Lionel ją pokonuje, nie staje naprzeciw potężnej wiedźmy, a wobec złamanej, słabej kobiety, która straciła wszystko. I wtedy widzimy inną Elinor: Elinor zimną, bez serca, bez litości, Elinor, której emocje umarły wraz ze śmiercią męża i synka. Przerażąjący jest ten jej brak współczucia, brak choćby odrobiny uczuć, które pozwalałyby na pewno nie wybaczyć, może nie zrozumieć, ale przynajmniej - zobaczyć przyczyny takiego, a nie innego postępowania jej rodzonej matki.
Bardzo, bardzo warto wyszukać tę - trudno dziś dostępną i wydaną w nieatrakcyjnej szacie graficznej z wyjątkowo brzydką okładką, która jednak podobała się autorce - powieść. Psychologiczna prawdziwość tej historii, subtelne rozumienie ludzkiej natury i znakomita konstrukcja narracji, z jej przeplatającymi się opowieściami o Margaret i Elinor i starannie rozplanowanymi retrospekcjami, to wyjątkowe zalety powieści i w ogóle Delii Sherman jako pisarki. Jeżeli mogłabym mieć tu jakąś uwagę, to radzę czytać - skądinąd ciekawą - przedmowę Ellen Kushner jako posłowie, a nie wstęp do lektury, bo chwilami ujawnia nieco za dużo z tego, co się stanie.

PS. Tutaj jest pełna wersja ballady, która była inspiracją dla Delii Sherman, w wykonaniu Martina Carthy'ego, który dokonał też rekonstrukcji jej pełnego tekstu na podstawie rozmaitych średniowiecznych źródeł.

środa, 11 czerwca 2008, ninedin

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...