Blog > Komentarze do wpisu

Prze-pisywanie Susan

C. S. Lewis, The Chronicles of Narnia: The Last Battle, HarperTrophy 1994
Neil Gaiman, "The Problem of Susan", [in:] Fragile Things, William Morrow, New York 2006, s. 181-190;
HonorH, "The Queen's Return" (@ http://honorh.livejournal.com/226358.html);
TrisB, "The Ivory Horn" (@ http://yuletidetreasure.org/archive/40/theivory.html);

 

*** mnóstwo spoilerów ***

 

Nowości, powrót do nielubianej książki i pierwsze w historii tego bloga recenzje fanfików. Wszystko przez notkę Sary Monette o opowiadaniu Gaimana i w sumie przez film Adamsona wg Księcia Kaspiana Lewisa. Nie lubię Lewisa: nie przepadam za jego (przyznaję, błyskotliwymi i naukowo znakomitymi) pracami naukowymi, nie cierpię Trylogii międzyplanetarnej, a już szczególnie nie znoszę Narnii. Nie znoszę jej przy tym od dzieciństwa, choć faktem jest, że Lewisa czytałam późno: pamiętam, jak jako nastolatka (14? 15 lat może?), razem z moją (około) trzynastoletnią siostrą wyżywałyśmy się z bezlitosną złośliwością na wszystkim, co nam się w powieściach Lewisa - zwłaszcza w porównaniu z Tolkienem - nie podobało; z jakichś powodów naszym szczególnym wrogiem była Pani Bobrowa i jej maszyna do szycia, która wydawała się nam kompletnie nie ma miejscu w poważnej fantasy. Cóż, na pewne pomysły Lewisa byłyśmy już za stare (żeby się nimi zachwycić) i za młode (żeby zrozumieć koncepcje Lewisa jako autora). Od tamtego czasu doceniłam pewne fragmenty w potępianej niegdyś przeze mnie w czambuł Narnii, jak choćby znakomite sceny z udziałem zaklętego Rilliana w najlepszym chyba w całym cyklu Srebrnym krześle czy staroświecki urok Podróży "Wędrowca do Świtu", ale też zrozumiałam, na czym polegał mój problem z Lewisem i z Narnią. Daruję sobie dzisiaj rozważania o Lewisowskiej mitologii, a - podobnie trochę jak Sarah Monette, której stanowisko chciałabym przy okazji zrelacjonować - skupię się na Ostatniej bitwie i na różnych reakcjach profesjonalnych i nieprofesjonalnych autorów na problem Susan Pevensie i jej losu.
Ostatnia bitwa jest moim zdaniem źle napisaną powieścią, w której wątła i kompletnie nieprawdopodobna fabuła (kraj, w którym mitycznym władcą jest Lew, i w którym nikt nie jest w stanie odróżnić osła w lwiej skórze od lwa prawdziwego?) służy za listek figowy dla topornej, skrajnie dosłownej i mało pomysłowej chrześcijańskiej alegorii (tak, wiem, Apokalipsa i ludzie nie rozpoznający Antychrysta i inne tam takie...).
Większość problemów polega na tym, że Lewis nie jest chyba do końca pewien, czy woli napisać alegorię, czy opowieść, a szwy, którymi zszyta jest jedna z drugą, wyłażą na wierzch, gdzie się tylko da. Do tego mamy grupkę papierowych postaci (król Narnii, który jest jak skóra zdarta z Kaspiana), tanią quasi-patriotyczną retorykę (Mówiące Zwierzęta, co z pełnym entuzjazmem rzucają się bezbronne na kalormeńskie lance, niemal jak kamienie przez Boga rzucane na szaniec) i więcej niż trochę zajeżdżającego moralnością krzyżowca rasizmu (paskudna pogarda dla ciemnoskórych, Arabopodobnych Kalormeńczyków). Daruję już sobie działającą mi jak mało co na nerwy scenę z Dobrym Kalormeńczykiem, który dowie się, że skoro był dobry, to i tak nigdy nie służył swemu Bogu, tylko Aslanowi, niezależnie od tego, co on sam o tym sądzi - chce czy nie chce, i tak będzie zbawiony. Zajmę się za to tym, co się stało z rodzeństwem Pevensie.
W opowiadaniu Gaimana "The Problem of Susan" mamy wstrząsającą scenę, w której Susan idzie wśród zgromadzonych w budynku szkoły ciał ofiar katastrofy kolejowej, w której zginęła jej rodzina: to jest dokładnie ta scena, której nie ma u Lewisa, a jesli przypomnimy sobie kompletnie spokojną i raczej obojętną reakcję zarówno młodych Pevensie, jak i reszty nowo zbawionych Narnijczyków na fakt ich własnej śmierci, uzyskamy mocno makabryczne zestawienie dwóch scen, dwóch zachowań.
Susan odrzuciła Aslana i Narnię. Dlaczego? Bo dorosła - a raczej, jak zostaje to sprecyzowane w Ostatniej bitwie, bo udawała dorosłą, interesując się jedynie nylonami i przyjęciami. Susan straciła swoją naiwną dziecięcą wiarę w Lwa i jego krainę, sprzedała ją za wątpliwe przyjemności bycia kobietą. Ale czy wątpliwe? Susan zostaje potępiona - tak, potępiona w jak najbardziej chrześcijańskim tego słowa znaczeniu, bo przecież nie wejdzie do krainy Aslana, prawdziwej Narnii, która jest rajem i której bramy są przed odstępcami zamknięte - za to, że zrobiła coś, czego nie zrobił ani Edmund, ani Peter, ani Lucy: zmieniła się. Tego robić nie wolno: Narnia to w końcu kraina wyłącznie dla Piotrusiów Panów i ich żeńskich odpowiedników. Nie ma w niej miejsca dla dorosłych kobiet: nie ma wśród działających bohaterek matek (oprócz Pani Bobrowej), nie ma żon, nie ma wojowniczek, czarodziejek, dowódczyń armii; jest tylko Biała Czarownica, wcielenie wszystkiego, co w kobietach złe - jednocześnie kusicielka sprowadzająca młodych naiwnych chłopców na drogę zła i lodowate wcielenie wiecznej Zimy, sterylnej i bezpłodnej. Jest też wiedźma, która uwiodła Rilliana - ucieleśnienie destrukcyjnej miłości i seksualności. Są, oczywiście, dziewczynki w dużych ilościach - małe dziewczynki, często działające jak chłopcy (Jill?), dzieci, ale nie kobiety. Susan, jedyna z grupy dzieci, która stała się kobietą, musiała jak Ewa zapłacić za to wygnaniem z Raju. Dla Susan-Ewy nie będzie nawet powrotu z Otchłani, żadnego twój, Adamie, dług spłacony... Neil Gaiman znakomicie zdaje sobie z tego sprawę. W jego tekście Susan została, co zauważa w swojej z niego recenzji Monette, przede wszystkim zdradzona, i to podwójnie: najpierw, kiedy spotkała ją kara drastycznie niewspółmierna do winy, a potem, kiedy śni o Narnii: Narnii jako wyniku obrzydliwego paktu między Bogiem a Diabłem, Aslanem a Czarownicą, potwierdzonego przez przelaną krew jej rodzeństwa i przez groteskowy akt seksualny między dwójką rzekomych wrogów. Jako zaplątana w tryby historii ofiara zakulisowego paktu między pozornie skłóconymi nadludzkimi mocami (trochę jak Shadow w Amerykańskich bogach, skądinąd), Susan jest Hiobem tej opowieści: to ona straciła wszystko, co można było stracić, płacąc potworną cenę. Z drugiej strony, jest w Susan także coś z bohaterów Bradbury'ego: jeśli sen Susan odbija w jakikolwiek sposób rzeczywistość, jak w jednym z opowiadań Kronik marsjańskich Narnia może okazać się oszustwem, domkiem z piernika wystawionym przez Czarownicę (i Lwa) po to, by naganiać do niego niewinne ofiary i karmić się nimi, bez litości, bez końca. Jeżeli tak jest, Susan ma przynajmniej jedno szczęście: wymknęła się takiemu losowi. Gaiman nie pierwszy raz przerabia cudze postacie, cudze koncepcje literackie - ale w tym przypadku robi to wyjątkowo inteligentnie.
Nawet wielbiciele Lewisa mają problem z jego pomysłem na rozwiązanie problemu Susan i starają się znaleźć jakieś wyjście z tej mało przyjemnej sytuacji. Opowiadanie "The Queen's Return" (fanfic, znaczy) robi dokładnie to: przeprowadza teodyceę dla Aslana (czytaj: Lewisa). Susan zgrzeszyła, bo dorosła, bo chciała być popularna, bo chciała żyć - ale właśnie tego nigdy, od śmierci rodziny, nie robiła. Autor(ka?) każe Susan zrobić standardową karierę królowej serc i księżnej Diany swoich czasów, ale podkreśla, że nie dało jej to szczęścia. Dopiero ze spotkania z Aslanem w pewne ponure Boże Narodzenie Susan dowiaduje się, że jej losem zawsze było żyć dalej: jej rodzeństwo mogło już znaleźć spokój w kraju Aslana, ale jej przeznaczone było dźwigać krzyż doczesnego żywota na ziemi. Nie była to kara za zdradę ani zemsta Lwa na grzesznicy: sic fata habebant. Dopiero zrozumienie tego pozwoliło Susan otworzyć serce dla wieloletniego wielbiciela, wyjść za niego i urodzić czwórkę dzieci (a kolejnych troje adoptować). Kiedy umiera, trafia, szczęściara, wprost do kraju Aslana; o losie jej męża nie ma mowy - wielce po Lewisowsku, można by złośliwie dorzucić. Znacznie mądrzej i ciekawiej do tematu podszedł autor / podeszła autorka (??) drugiego tekstu z gatunku fanfiction, jaki chciałam tutaj wziąć pod uwagę. "The Ivory Horn" jest crossoverem między Narnią a His Dark Materials Pullmana. Susan Pevensie (a raczej po mężu Sue Baker) jest tutaj kostyczną, sarkastyczną i raczej nie lubianą profesor fizyki w Oksfordzie, z obsesją na punkcie podróży między światami, która spotyka młodego adepta nauki, Willa Parry'ego, znanego z powieści Pullmana. Sue szuka drogi do krainy, którą opuściła i w której kiedyś była królową... Opis losu Susan, która nigdy nie pogodziła się z tym, co się stało i nigdy nie przestała szukać - Susan samotnej, zgorzkniałej i skrzywdzonej, Susan, która nie wie, że jej ukochana Narnia stała się upiorną pustynią gdzieś w połowie drogi między Mordorem a Zakazaną Strefą i że dla niej nie ma już do tamtego świata powrotu jest naprawdę przejmujący. Prawdziwsze to, a przy tym smutniejsze niż bezlitosne i raczej bezrefleksyjne pozbycie się Susan przez autora oryginału...

środa, 18 czerwca 2008, ninedin

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2008/06/24 00:27:32
Pani Bobrowa jest upiorna, też tak uważam. Już pan Tumnus (? chyba tak, ten faun z początku) doprowadzał mnie do białej gorączki, ale Bobrowie i maszyna przelali czarę. Zawsze mam w dodatku wrażenie, że Narnia jest szkicem powieści, a nie powieścią, że Lewis najnormalniej pod słońcem _nie umiał pisać_. Ani porządnej fabuły, ani bohaterów, tylko rozpaczliwie przewidywalne, ledwie naszkicowane zdarzenia. No i ta ideologia straszliwa. Do "Ostatniej bitwy" nie dobrnęłam, nie pamiętam, którym tomem rzuciłam. "Świat czarownic" Andre Norton w porównaniu z Narnią był wybitną powieścią. Zresztą tu akurat broniłabym dwóch pierwszych tomów - zapamiętałam z nich nastrój i to, że to była pierwsza książka o bramach do innych światów, jaką czytałam, i ten moment, kiedy Simon Tregarth orientuje się, że "nie jest juz w Kansas", że się tak wyrażę, był dla mnie wielkim przeżyciem. A co do Kansas - cała seria L. Franka Bauma, nawet te późne, dość już bylejakie tomy, to arcydzieło w porównaniu z Narnią. Pomijając fakt, że "The Wizard of Oz" i tom o Kubusiu Dyniogłowym to autentyczne arcydzieła.
-
2008/06/25 17:23:43
Lewis, i owszem, się uczył; dialogi np. w "Srebrnym krześle" są o niebo lepsze niż w pierwszych powieściach z cyklu. I zgadzam się z Twoją opinią o tym, że zwłaszcza "Lwa, czrownicę..." czyta się jak konspekt powieści. I zgadzam się też, że literacko i pierwsze "Swiaty czarownic" i pierwsze ksiązki z cyklu o jeźdźcach smoków są w sumie lepsze....
-
2008/06/25 19:09:59
No to walnę herezją - nawet pierwszy Kane jest chyba lepszy :D
-
2008/06/28 19:40:02
Kane... ech, Kane to była guilty pleasure, tak okropne, że aż wciągało...
-
2008/06/28 20:19:32
To może Michael Moorcock :) Mam wrażenie, że wszystko, nawet Dan Brown, jest lepsze od Narnii...
-
2009/03/08 21:48:55
Niszczycie całą moją mitologię dzieciństwa... Bo dla mnie Narnia to jedna z ulubionych powieści tamtego okresu, a zwłaszcza część pierwsza.

Oczywiście już wtedy wkurzało mnie wiele rzeczy. Wkurzał mnie Aslan, najbardziej i to, że wszyscy się tak wyżywali na biednym Edmundzie.

Natomiast magia oddziaływała bardzo. Cała saga podobała mi się różnie, bo Księcia Kaspiana mocno przekartkowałem. Tak bardzo, że jak oglądałem ostatnio film... to reagowałem tak: Acha... A więc stąd o to chodzi z tymi drzwiami w powietrzu.. itp. I dopiero miesiąc temu zrozumiałem skąd się nagle w baśniowej Narnii ta zgraja ludzi, skoro w pierwszej części tak niesamowitością było rodzeństwo. Podróż Wędrowca też tak średnio. O późniejszych nawet nie wspominając. Tak naprawdę do gustu przypadło mi tylko Srebrne krzesło... Uwielbiam motyw z miastem olbrzymów i potem... to całe podziemne miasto.

Oczywiście chrześcijańska ideologia Lewisa j est dla mnie kompletnie niestrawna. Za to świetny jest ten pomysł z połączeniem Mrocznych Materii i Narni. Mistrzostwo :)
-
2009/03/09 16:26:02
Ja zdecydowanie "Srebrne krzesło" lubię najbardziej. A Narnię przeczytałam w dzieciństwie za późno - jako licealistka chyba (?); nie miałam szans zafascynować się nią w dziecinny sposób.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...