Blog > Komentarze do wpisu

Niemowlę nie ma pojęcia

Robert Charles Wilson, Spin, TOR Books, New York 2005

Swoją karierę czytelnika speculative fiction zaczynałam od SF, i to w jej zdecydowanie twardej odmianie - moje pierwsze fantastyczne lektury (poza niesławnej pamięci powieścią dla dzieci Ci z Dziesiątego Tysiąca) to z jednej strony science fiction Złotego Wieku i okolic (Odyseja marsjańska Weinbauma i Tumitak z podziemnych korytarzy Tannera to te zapamiętane z wczesnego dzieciństwa, razem z Wyspą delfinów Clarke'a), z drugiej - i tu już winna jest moja szanowna Mama - Dzienniki gwiazdowe. Ile z tego rozumiałam, tyle rozumiałam (ile rozumie z Lemowej groteski dziewięciolatka?!), ale połknęłam bakcyla. Potem oczywiście - za pośrednictwem Conana, nie Tolkiena! - zobaczyłam pierwszy w życiu kawałek prozy fantasy i gdyby robić statystykę dzisiaj, pewnie więcej by mojej liście "przeczytanych lubianych" było fantasy; nie zmienia to jednak faktu, że pierwsza dziesiątka tej listy zawierałaby zdecydowanie więcej niż jeden tekst SF*.
To krzepiące, że ciągle można napisać powieść SF sensu stricto - taką, która ciągle przede wszystkim opiera się na naukowym koncepcie, wokół którego organizuje się akcję i świat przedstawiony - i zrobić to w sposób fascynująco oryginalny. To jest wlaśnie casus Spinu Wilsona (gdybym to ja miała tę powieść tłumaczyć, dałabym jej tytuł Wir), książki, którą kupiłam parę dni temu i pochłonęłam "na trzy razy", spędzając trzy dni prawie wyłącznie na lekturze. Wilson ma dwa talenty, które bardzo rzadko idą w parze: z jednej strony, ma pomysły na swoje naukowe idee i wynalazki, z drugiej - jest znakomitym psychologiem. Idea naukowa stojąca za Spinem jest błyskotliwa, bo pozwala połączyć sprzeczności: przedstawić świat przyszłości odległej o miliony lat i wizję ludzkości czekającej, aż umierające Słońce pochłonie Ziemię, a zarazem - pokazać wiarygodnie cywilizację niemal identyczną z naszą. Wyobraźmy więc sobie, że pewnej nocy nanotechnologiczna membrana oddziela naszą planetę od reszty wszechświata i że na każdą sekundę na Ziemi na zewnątrz upływa 3, 17 roku - łatwo policzyć, ile czasu na zewnątrz upłynie w czasie, powiedzmy, miesiąca... Wilson jednak nie poprzestaje tylko na efektownym wynalazku, ale wyciaga z niego prawdopodobne konsekwencje dla rozwoju społeczeństwa, nauki i cywilizacji. Niemowlę nie ma pojęcia, że zostało pożarte przez niedźwiedzia, powtarza wielokrotnie jedna z bohaterek powieści: niemowlęciem, nieświadomym tak naprawdę własnego losu, jest u Wilsona ludzkość, zamknięta w kokonie Wiru przez jakichś inteligentnych Obcych, nazywanych Hipotetycznymi; nie wiadomo, czym jest Spin - kolebką czy więzieniem, czy ma nas zatrzymać, czy chronić; pewne jest tylko, że nie ochroni przez przemianami Słońca. W tę historię o straconym pokoleniu, żyjącym w cieniu nieuniknionej zagłady całej ludzkości, autor wpisuje grupę intrygujących i psychologicznie prawdziwych bohaterów: butnego, błyskotliwego i bezwględnego biznesmena E. D. Lawtona, jego żonę-alkoholiczkę Carol i ich dzieci, genialnego, zdystansowanego i samotnego pracoholika Jasona i jego bliźniaczkę Diane, niekochaną przez ojca i usiłującą znaleźć jakiś ratunek na poczucie bezsensu życia w kolejnych wariantach sekty, do której razem z mężem należą. Całą tę (mocno skądinąd dysfunkcyjną) rodzinę oglądamy oczyma narratora, Tyrella Dupree, przyjaciela Jasona i Diane z dzieciństwa, który jako dorosły został leakrzem, opiekował się przewlekle chorym Jasonem i ciągle kochał się w Diane. Spin jest w takim samym stopniu powieścią o technologii i jej wpływie na cywilizację, co subtelną historią psychologiczną o lojalności, przyjaźni i nadziei. W największym jednak stopniu jest to powieść - o miłości. O fascynacji Jasona wszechświatem i nauką, fascynacji, której nie można nazwać inaczej, jak tylko namiętnym zakochaniem, za które w końcu płaci życiem; o zaborczej i zazdrosnej miłości ojca do syna, która bardzo często graniczy z nienawiścią; o obsesyjnej, nieszczęśliwej miłości kobiety do kobiety, miłości, która bardzo dosłownie dare not to speak its name. O miłości Simona do Diane, która żadnemu z nich nie przyniosła nic dobrego, i o miłości Diane i Tyrella, która jak najbardziej dosłownie zwycięża wszystko, choć obojgu trzeba na to wiele, wiele lat. O bezsensownych i skazanych na klęskę próbach Tyrella znalezienia kobiety, która zastąpiłaby Diane. O bezinteresownej przyjaźni Tyrella i Jasona i jeszcze bardziej bezinteresownej sympatii, jaką Tyrell poczuł do wysłannika stworzonej przez ludzkość marsjańskiej cywilizacji. O oddaniu i lojalności sumatrańskiej lekarki Ibu Iny i jej krewnych z ludu Minangkabau. A zarazem - jest to powieść o konsekwentnie i prawdopodobnie opisanych nowych technologiach, o nowych chorobach, o szalonym w swej skali projekcie hodowli cywilizacji... Mało którego autorowi udaje się tak inteligentnie łączyć te zazwyczaj sprzeczne ze sobą żywioły. Do tego jeszcze jest autor Spinu bardzo dobrym stylistą - powieść jest napisana oszczędnie, prosto, a jednocześnie niezwykle sugestywnie; kadencja zdań Wilsona zostaje z czytelnikiem na długo po tym, jak przeczytał ostatnie. Bardzo, bardzo warto spróbować!
PS. i tak symbolicznie, dzisiaj rano TVN24 poinformowała, że potwierdzono obecność wody na Marsie...


* W dziesiątce byłyby na pewno co najmniej 3 powieści SF: Hyperion Simonsa, The Diamond Age Stephensona (o ile to jest SF :P) i The Stars My Destination Bestera. Może jeszcze też Snow Crash tegoż samego Stephensona, a z opowiadań - Flowers for Algernon Keyesa. Spin, btw, też w okolicach końcówki pierwszej/początku drugiej dziesiątki się zmieści.

piątek, 01 sierpnia 2008, ninedin

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...