Blog > Komentarze do wpisu

Kanon: Smoki, tym razem klasycznie

Anne McCaffrey, Dragonflight, Corgi Books, London 1990 (I wydanie 1968); przekład polski: Jeźdźcy smoków, przeł. T. Banasiński, Wyd. Amber, 1991)

 

Postanowiłam zacząć od tego wpisu nową kategorię: recenzje klasycznych, uważanych za kanoniczne powieści speculative fiction. Wszystko dlatego, że zdałam sobie sprawę, że jako czytelnicy też do pewnych rzeczy dorastamy. Wiele tekstów, które czytałam jako nastolatka, odebrałam potem zupełnie inaczej jako osoba dwudziestoparoletnia - i odbieram jeszcze inaczej dziś, kiedy mam inne doświadczenie czytelnicze, inne wykształcenie i inną wrażliwość. Ergo, czasami warto do tej klasyki wrócić, czy to po to, żeby utwierdzić się w przyjętej kiedyś opinii, czy to - żeby ją zweryfikować.   
Jeszcze dwa słowa o tym, jakie książki będę zaliczać do kanonu. Chciałabym, żeby znalazły się tu:
1. Teksty nagradzane najważniejszymi nagrodami w świecie fantastycznym, to jest Hugo i Nebulą;
2. Teksty, które żadnej z tych nagród nie otrzymały (jak ten na przykład), ale funkcjonują (plus minus) w powszechnym obiegu jako "klasyka gatunku" (tak, wiem, mało to precyzyjne).
Ta lista ma obejmować powszechnie akceptowaną klasykę, nie mój prywatny kanon. Pewnie, że mam takowy, ale na liście kanonu nie będzie np. mojej ukochanej Celii Friedman; będzie za to, powiedzmy sobie, mniej ukochana Marion Zimmer Bradley. A na pierwszy ogień pójdą znowu smoki.  

 

Jako całość, cykl Anne McCaffrey o jeźdźcach smoków mnie dość znudził. Przy tym "jako całość" jest w tym przypadku pewnym nadużyciem: przeczytałam ledwie kilka książek z kilkunastu, które go tworzą. Pierwsza część, obsypana nagrodami i uważana przez wielu za arcydzieło, wydała mi się kiedyś nieco zbyt prosta, zbyt oczywista. Postanowiłam zweryfikować tę opinię - a zakup (za 50 groszy!) w sklepie z... tanią odzieżą (sic!) sfatygowanej kopii amerykańskiego wznowienia z 1990 dostarczył mi wygodnego pretekstu.
Kiedy czyta się McCaffrey po lekturze Naomi Novik, widać, jak wiele autorka Smoka jego królewskiej mości zawdzięcza klasycznemu ujęciu swojej starszej koleżanki. Podobnie jak u McCaffrey, także u Novik smoka i wybranego przez niego na towarzysza człowieka łączy od pierwszej chwili nierozerwalny związek na całe życie. Zarówno jeźdźcy smoków w poświęconym im cyklu, jak i awiatorzy u Novik to, że zacytuję McCaffrey, a breed apart, samotnicy, których społeczeństwo poważa i szanuje, ale od których woli trzymać się z daleka. Już pominę podobieństwo (podejrzewam, że założone) między afrykańskim miastem smoków w Empire of Ivory a weyrami u McCaffrey - ciekawsze jest podobieństwo we wzajemnych stosunkach F'lara i Mnementha do tych, jakie łączą Willa Laurence'a i Temeraire'a; w obu przypadkach głęboki wzajemny szacunek i przywiązanie maskowane bywa humorem i odrobiną ironii. To powiedziawszy, zamierzam wygłosić małą herezję: McCaffrey była pierwsza i chwała jej za to, ale Novik, moim zdaniem, jest po pierwsze lepszym psychologiem, po drugie - lepszą pisarką.
McCaffrey w Jeźdźcach smoków udało się bardzo zgrabnie i inteligentnie połączyć SF i fantasy. Z jednej strony, feudalny świat Pernu, z jego lordami, posiadłościami, królowymi, jeźdźcami smoków i całym skrajnie tradycyjnym systemem społecznym wpisuje się znakomicie w konwencje high fantasy. Z drugiej - kluczowa dla intrygi idea Nici, jak również pomysł na oddalenie związanego z nimi niebezpieczeństwa, a także samo pochodzenie smoków mają klasyczne fantastycznonaukowe wyjaśnienie. Przy tym obydwie te sfery, fantasy i science fiction, przenikają się w tej powieści płynnie i bez zgrzytów; świat Pernu jest intrygujący i pomysłowy, a przy tym przekonujący i konsekwentnie skonstruowany, nawet jeżeli "naukowe" uzasadnienia pozostają raczej naukawe niż naukowe.
W konstrukcji fabuły widać wyraźnie, że początkiem całości było opowiadanie - struktura jest wyraźnie epizodyczna, z wyodrębnioną pierwszą częścią, czyli historią Poszukiwania Lessy. Nie zmienia to jednak faktu, ze fabuła jest interesująca: w pierwszej części McCaffrey pomysłowo ogrywa historię Kopciuszka, tyle że zamiast żoną księcia Kopciuszek zostaje partnerką królowej smoków; w drugiej - sięga po klasyczny motyw, powiedzmy sobie, porządków w Shire, a raczej - w weyrze, kiedy to awansowana do roli królowej Lessa i popierający ją F'lar i jego ludzie muszą szybko przywrócić stare dobre obyczaje, żeby ocalić świat od grożącej mu katastrofy. Do tego dochodzi pomysłowo wykorzystany trop z zasobów klasycznej SF, podróż w czasie, znaczy. Niby nic oryginalnego, ale pomysłowe, inteligentne i sensownie sklejone w całość.
Problemem u McCaffrey są dla mnie bohaterowie. Mają okropne imiona (Lessa czy Moreta jeszcze ujdą, ale za F'lara, F'nora, R'gula i S'lela chętnie bym skazała Autorkę na karną lekturę jakiejś pracy onomastycznej), ale to jeszcze byłby najmniejszy kłopot. Problem polega na tym, że jej bohaterowie są z jednej strony antypatyczni, z drugiej - mało przekonujący. Przyjrzyjmy się Lessie: na początku zostaje ukazana jako uparta, zgorzkniała, dziewczyna, knująca w samotności plan zemsty na znienawidzonym zabójcy swej rodziny, Faxie - no hrabia Monte Christo, nieomal! Już pominę prawdopodobieństwo sytuacji, w której jedna (!) i działająca w tajemnicy przed wszystkimi (!) osoba omal nie doprowadza do bankructwa i ekonomicznej ruiny wielkiej posiadłości. Kłopot z Lessą polega - w moim odczuciu - na tym, że McCaffrey głównie mówi nam wiele o tym, jaka to ona jest uparta i niezależna, niebezpieczna i manipulatorska; bez odautorskiego komentarza Lessa z I części powieści wydaje się głównie - no Kopciuszkiem, niestety, a i inicjatywy ma tyle samo. Ta panienka, to dziewczątko, miałoby mieć na sumieniu zabójstwo niewinnego człowieka (pierwszego zarządcy Ruatha, s. 34), i nie mieć z tego powodu żadnych wyrzutów, poza no, żałowała, że nie żył (ibidem)? Niestety, w żaden sposób mnie to nie przekonuje. Autorka nam mówi, że tak jest - i nie daje żadnych powodów, żebyśmy uwierzyli. Lessa z części II ma z kolei być ambitną i twardą kobietą, ale jest, niestety, tylko rozwydrzoną małolatą, która i tak wie wszystko lepiej i i tak zrobi po swojemu...
No i oczywiście jest jeszcze scena z Lessą z gatunku tych, które z jakichś powodów irytują mnie najbardziej. Pierwszy dzień w weyrze, Lessa się kąpie; kocha się kąpać, choć od dziesięciu lat tego nie robiła. Spod warstwy brudu wyłania się olśniewająco piękna dziewczyna o delikatnej budowie i szczupłym dziewczęcym ciele (tylko spore piersi jakoś mniej pasują do tej chudości: her breasts (...) did not entirely reflect the gauntness of the rest of her, s. 70). Masa paskudnych, tłustych i splątanych kudłów, które napawały F'lara w Ruatha takim obrzydzeniem (s. 53: his gorge rose at the thought of touching the filthy mat of hair) zmienia się po umyciu w otaczającą głowę Lessy aureolę lśniących czarnych loków, sięgających aż do pasa.
Cholera, nie potrzebuję w fantastyce skrajnego realizmu, a moje zdolności do zawieszenia niewiary są spore (darowałam już autorom i wampira w kosmosie, i zlepienie przy pomocy magii rozbitego przy pomocy magii rzekomo niezlepialnego kryształu, i znikający i nie wiadomo skąd pojawiający się miecz...), ale to jest akurat jeden z tropów, który mnie wyjątkowo irytuje. Dziesięć lat głodu i ciężkiej fizycznej pracy, brudu i zimna, najwyraźniej nie zrobiło na Lessie wrażenia; nie zmieniło jej, nie sprawiło, że stwardniały jej dłonie, a mięśnie ramion się rozrosły, że na stópkach pojawiły się odciski, a skołtunione i pełne wszy włosy trzeba było obciąć. Jak mówię, nie oczekuję od autorów, żeby trzymali się skrajnego realizmu, nie będę czepiać się, powiedzmy, stanu uzębienia Lessy (bohaterom fantasy, jak wiadomo, zęby się nie psują), ale trochę szacunku dla rozumu czytelnika, poproszę; mogła to zrobić, mądrze i prawdziwie, Delia Sherman, mogłaby i McCaffrey. Przypomnę, że wbrew temu, jak się ją dzisiaj próbuje sprzedawać, seria McCaffrey była oryginalnie przeznaczona dla dorosłych czytelników.  
Lessa jest mało wiarygodna, za to F'lar i F'nor - po prostu niesympatyczni. F'nora pominę, bo jego komentarze o tym, że nowa Weyrwoman ma być przede wszystkim ładna i inne tego typu uwagi za bardzo kojarzą mi się ze sposobem myślenia co poniektórych kierowców tira. F'lar za to zachowuje się jak piętnastolatek, który dostał do ręki władzę nad grupą trzynastolatków i obnosi się wśród nich ze swoją dorosłością. Ja wiem, że on ma być arystokratycznie wyniosły, fascynujący jak pan Rochester i ogólnie cool, ale jest głównie antypatyczny, a jego zachowanie wobec Lessy (np. zastanawianie się, jakim cudem udało się jej zachować dziewictwo) świadczy o tym, że autorka nie dała mu ani odrobiny empatii; i wszystko byłoby OK, gdyby autorka zdawała sobie sprawę z tego, że jest to wada, a nie dowód na Ogólną Coolowość. 
Ogólna ocena? No cóż, powiem krótko - czyta się miło, zestarzało się, jest w kanonie, znać wypada.


Lektura uzupełniająca, czyli to samo, ale inaczej:
- Naomi Novik, cykl Temeraire, czyli jak napisać podobną historię, też lekką i przygodową i raczej bez wielkich intelektualnych pretensji, znacznie nowocześniej i psychologicznie prawdziwiej;
- Elisabeth Bear & Sarah Monette, A Companion to Wolves; to nie jest do końca udana książka, ale warto zobaczyć, jak dwie feministyczne zawodowe krytyczki i pisarki dekonstruują motyw telepatycznych zwierząt-towarzyszy;

poniedziałek, 08 września 2008, ninedin

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2008/11/16 14:10:28
Jestem pod wrażeniem! rewelacyjna notka. Świetnie jest sobie przypomnieć w taki sposób lektury z przeszłości. Pamietam, jaki był mój zachwyt jako 15-latka nad McCafrey po jeźdźcach smoków połykałem parę innych jej tomów, ale szybko się zmęczyłem. W samej sadze dojechałem tylko do połowy 2 tomu
-
2008/11/16 23:16:02
Dzięki :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...