Blog > Komentarze do wpisu

Farewell to the Flesh

Elizabeth Bear, Carnival, Bantam Spectra Books 2006


Z duetu autorskiego Bear - Monette początkowo Sarah Monette wydawała mi się tą znacznie ciekawszą i bardziej pomysłową; im więcej jednak czytam Elizabeth Bear, tym lepiej widzę, jak dramatycznie jej na początku nie doceniłam.
Carnival jest - co zauważyło kilku recenzentów - w swoich ogólnych zarysach bardzo klasyczną powieścią SF, z jej tradycyjnymi motywami: Ziemia, rządzona przez tyranów i tyrańsko uciskająca swoje kolonie, quasi-utopijne (na pozór) społeczeństwo kolonii z ich dziedzictwem Obcej cywilizacji i ziemska misja, mająca być początkiem inwazji - i, jak się łatwo domyślić, bohaterowie oczywiście okażą się w końcu zbyt szlachetni, by zrealizować plany swojego podłego rządu.
Że zacytuję innego recenzenta: what happens when a trio of borderline personalities decide to save the universe.
Tyle że, jak zwykle u niej, Bear stawia te tradycyjne i konwencjonalne tropy na głowie, miesza je i przekształca, i w efekcie daje czytelnikowi tekst, który z jednej strony jest świetną realizacją pewnej literackiej konwencji, z drugiej, ze względu na swoją, przepraszam za wyrażenie, subwersywność, oryginalnym i głębokim na temat tej konwencji komentarzem. Z polskiego na nasze: Bear pisze klasyczną SF, jednocześnie podważąjąc, przekształcając i reinterpretując większość typowych dla klasycznej SF schematów.
Po pierwsze, Carnival to nie tylko historia o wojnie i Kontakcie, także opowieść o miłości i zdradzie. Jako dyplomatów w misję na Nową Amazonię posłano dwójkę dysydentów, których normalnie czekałoby więzienie albo i kara śmierci, ale są zbyt dobrzy w tym, co robią, by rząd mógł pozwolić sobie na ich stratę. Bohaterowie byli kiedyś parą, dopóki ich związku nie zniszczyła zdrada i polityka... co nie znaczy, że razem ze związkiem minęła miłość. Po siedemnastu latach od chwili, kiedy widzieli się po raz ostatni, czterdzieści lat po tym, jak się w sobie zakochali, w tej misji spotykają się ponownie.
Po drugie, każdy, kto czytał chociaż jedną powieść Sary Monette albo któreś z dłuższych opowiadań Elizabeth Bear zapewne już się domyśla, że obydwaj bohaterowie tej historii miłosnej są mężczyznami. Nie żeby w fantastyce ostatnich kilkudziesięciu lat było to czymś szczególnie rewolucyjnym (Kushner, Sherman, Monette, Lackey, Rice, Barker, Delany, Brite, Gabaldon, Laurell Hamilton, J. Carey, Flewelling, M. Scott, Gaiman, Kay, długo by wymieniać; motyw jest - zwłaszcza w fantasy - na tyle popularny, że doczekał się hasła w rejestrującym wszelkie klisze i banały gatunku Tough Guide to Fantasyland Diany Wynn Jones), ale zawsze jest to przykład odejścia od konwencji kosmicznego westernu, i to na dwóch płaszczyznach (przez wprowadzenie motywu romansowego jako jednego z głównych, i wybór homoseksualnych protagonistów). Oba te zabiegi są dokładnie przeciwne konwencji fantastyki Złotego Wieku - podczas gdy, o czym była już mowa, poza tym pod wieloma względami powieść Bear świetnie by się w takiej konwencji mogła zmieścić.
Po trzecie, ponoć (zdaniem R. Ziemkiewicza np.) SF i psychologia wykluczają się nawzajem. No właśnie niekoniecznie. Elizabeth Bear ma duży talent do psychologicznych subtelności i jej portret kochanków, rozdzielonych przez politykę i czas, a zarazem ciągle czujących do siebie tę dziwaczną mieszankę miłości, pożądania, rozczarowania, tęsknoty i odpowiedzialności za siebie nawzajem, jest rzeczywiście intrygujący, zwłaszcza, że autorka dość konsekwentnie przeskakuje z jednego punktu widzenia na drugi, od opinii Michelangela do Vincenta, dając czytelnikowi wgląd w uczucia jednego i drugiego; co więcej, ich emocje i wzajemne uczucia, a także psychika ich przewodniczki, Lesy Pretorii, stanowią klucz do fabuły powieści. Bear mistrzowsko buduje między dwoma głównymi bohaterami napięcie - tak psychologiczne, płynące z dzielonej przez nich historii miłości i zdrady, jak i czysto erotyczne. Przygląda się swoim postaciom z bliska, rejestrując ich drobne gesty, wymiany uwag, przypadkowe dotknięcia... rysując portret dwójki ludzi, którzy kochają się i pożądają, choć już wiele lat wcześniej weszła między nich polityka, prawo, zasady i dobro większości. Psychologicznie prawdziwe są też postacie z Nowej Amazonii, przede wszystkim matka-polityk Lesa, uparta, zdecydowana i zbuntowana, enfant terrible własnego świata, ale też jej niewolnik-kochanek Robert czy dzieci tej pary, Katya i Julian. Cóż - Carnival jest dowodem, że da się pisać psychologiczną SF, a ponieważ, kiedy ostatnio sprawdzałam, to Bear, a nie Ziemkiewicz, miała na koncie nagrodę Hugo, to chyba jednak uznam ją za większy autorytet...
Punkt wyjścia jest, jak już wspomniałam, dość klasyczny. Katastrofa ekologiczna na Ziemi doprowadziła do wyginięcia 90% ludzkości, w tym wszystkich na półkuli północnej. Na Ziemi powstał fundamentalistyczny rząd, którego naturalnym elektoratem byli katolicy z Ameryki Pd. i azjatyccy muzułmanie; co więcej, tak naprawdę kontrolę nad Ziemią sprawują tajemniczy the Governers (i ja bym ich chyba przetłumaczyła Wychowawcy, wbrew pozorom), maszyny zaprogramowane do strzeżenia, per fas et nefas, by ludzie przestrzegali narzuconego stylu życia (a nadmiarowych ludzi się np. zabija). Śmiercią karane są, jak w kodeksie Drakona, liczne mniej lub bardziej poważne wykroczenia, od nadużywania dramatycznie wręcz brakującej energii po romanse z osobami tej samej płci. Co więcej, imperialistyczny rząd Ziemi zamierza podbić swoje byłe kolonie, najlepiej metodą divide & impera; ergo, na zarządzaną przez wyłącznie kobiecą społeczność Nową Amazonię nasi dwaj kochankowie zostają wysłani jako ambasadorzy/ szpiedzy/ prowokatorzy; tyle że każdy z nich ma własne plany... ergo do fantastyki naukowej dochodzi spora dawka thrillera politycznego i political fiction.
Wszystkich czytelników, którzy w tym momencie postanowili, że nie mają ochoty czytać kolejnej agitki, w której społeczność złych białych chrześcijańskich konserwatystów, którzy zatruwają środowisko i nie pozwalają na homoseksualne małżeństwa, przeciwstawiona jest wielokulturowej, proekologicznej, newage'owej i kochającej sztukę oraz szanującej dziedzictwo wymarłej Obcej cywilizacji kulturze tolerancyjnych lesbijek, pragnę niniejszym uspokoić: ta książka nie jest agitką. Bardzo zdecydowanie nie jest. Tyrański rząd ludzkości jest rządem ekologów, zarządzana przez same kobiety i spychająca mężczyzn do roli podludzi Nowa Amazonia bynajmniej nie jest rajem, panie polityczki są jedna w drugą potworami pierwszej klasy (taka np. Maiju, regularna nazistka, która chętnie zamknęłaby męską populację NA w gułagach albo wymordowała i zastąpiła ich udział w rozmnażaniu sztucznym zapłodnieniem!). Ziemian podzielono na tych, co przeżyją, i tych, którzy zginą, wedle kryterium rasowego: wymordowane 90% ludzkości zawierało niemal 100%  rasy kaukaskiej (Europa i Ameryka Pn. były odpowiedzialne za ekologiczną katastrofę, która poprzedziła powstanie Wychowawców), więc rasistowska i bezlitosna Ziemia to Ziemia Azjatów, Afrykańczyków, mieszkańców Ameryki Pd., Aborygenów. Nowa Amazonia nie jest ratunkiem dla Ziemi ani wzorem do naśladowania. Ekologia nie jest rozwiązaniem. Obcy nie są etyczni i przemądrzy. To przeciwny ziemskiego systemowi Vincent jako jedyny z bohaterów jest chrześcijaninem (gnostykiem, ale chrześcijaninem). Michelangelo Kusanagi-Jones i Vincent Katherinessen nie są aniołami, ani wzorcami osobowymi, ani nawet nieszczęśliwymi ofiarami a la Jack w Vellum Hala Duncana, o którym to Vellum pewnie lada moment napiszę. Co więcej, Bear idzie jeszcze krok dalej - oba społeczeństwa są poddane krytyce, ale też nie krytyce absolutnej: widzimy powody, dla których społeczności Nowej Amazonii i Ziemi rozwinęły się tak, a nie inaczej, i zaczynamy rozumieć, jak to się stało, że szczytne idee ekologicznego trybu życia i równouprawnienia kobiet wyrodziły w się w dwie przeciwstawne, identyczne dyktatury.
Nowa Amazonia nie jest feministyczną utopią: w ogóle przecież nie jest feministyczna, w tym sensie, że feminizm oznacza równość obu płci. Rząd Nowej Amazonii jest pod wieloma względami równie restrykcyjny i bigoteryjny jak rząd ziemski - i tę antyutopijność Nowej Amazonii widać najwyraźniej w historii Juliana, piekielnie utalentowanego syna Lesy, jednej z głównych nowoamazońskich bohaterek powieści. Jego los jest dokładnie identyczny jak los, który oczekiwałby naukowo utalentowaną dziewczynę w Średniowieczu: co z tego, że ma zdolności, skoro jest nie tej płci, co trzeba. Widać ją także w podziale mężczyzn na gentle males (homoseksualistów), którzy mogą pełnić ograniczone role w społeczeństwie (ogrodnicy, szoferzy itd.) i studs, którym z założenia się nie ufa i którzy traktowani są przez prawo jak niebezpieczne zwierzęta domowe. Z drugiej strony, Ziemianie (w sensie politycznym, nie geograficznym; Vincent nie urodził się na Ziemi) nie są lepsi: obaj główni bohaterowie mają problem z zaakceptowaniem sytuacji, w której dopuszcza się do poważnych decyzji kobiety i obaj są przekonani, że jest to jakiś rodzaj aberracji, że coś jest tu nie w porządku. Obaj przy tym brzydzą się Nowej Amazonii, brzydzą jedzenia mięsa i posiadania zwierząt domowych, brzydzą zapachów, smaków i wszystkiego, co ich otacza; dla nich, wychowanych w skrajnie ekologicznym reżimie, to wszystko są dowody dzikiego barbarzyństwa. Tyle że zarówno Michelangelo, jak Vincent, jak Lesa Pretoria mają dość determinacji, wewnętrznej uczciwości i rozsądku - i mają też dość otwarte umysły - by móc, powoli, otworzyć się na argumenty, system wartości i podejście tej drugiej strony. Być może to, że i oni, i ona wiedzą, że z ich własnymi społecznościami jest coś bardzo nie w porządku i że wszyscy troje zaznali tego na własnej skórze, pomaga w tym otwarciu? Być może pomaga też fakt, że seksualność każdego z nich odbiega od przyjętej w ich poszczególnych kulturach normy? (Lesa jest bardzo zdecydowanie heteroseksualna i nie boi się mężczyzn, nie czuje też wobec nich wyższości ani nie traktuje ich z pobłażaniem; Roberta, ojca Juliana, kocha od lat i ufa mu bardziej niż jakiejkolwiek kobiecie).
Powieść Bear jest przede wszystkim studium błędnego koła: represji i nietolerancji, które rodzą, w odpowiedzi, kolejne represje i nietolerancję; w pewnym sensie można powiedzieć, że z bohaterami tej powieści jest jak z niewolnikami, którzy wyzwalają się, tworzą własne państwo i natychmiast kupują sobie niewolników. Między władzami Ziemi a opiniami, powiedzmy, Maiju Montevideo, nie ma żadnej różnicy, poza tym, kto właściwie ma być prześladowany, zamknięty w gułagach, odcięty od decydowania o własnym świecie, pozbawiony praw. Równie niemoralna jest społeczność Obcych i ich genetyczne manipulacje własnym gatunkiem. Mechanizm jest ten sam: wszystkie te społeczeństwa są antyutopijne i okrutne, a wyjść poza ten schemat mogą, w obu przypadkach, tylko jednostki, ci, którzy są na pograniczu, którzy sami są o krok od znalezienia się wśród tych zamykanych, prześladowanych, odciętych. Obie pary -
zarówno Lesa i Robert, jak Vincent i Angelo - żyją we własnych, prywatnych światach, ukrywanych przed rodakami: nikt nie wie, że Lesa pozwoliła Robertowi się kształcić, nikt nie zna prywatnego języka Kusanagi-Jonesa i Katherinessena. Kii, przedstawiciel/twór lokalnej Obcej rasy, został zbudowany, by być badaczem i kontrapunktem dla Jedności ich umysłów. Ta izolacja, paradoksalnie,  pomaga każdemu z nich wyjść poza swoją kulturę i spróbować zrozumieć tę inną. Każdy system polityczny, dążący do kontrolowania swojej populacji, musi się zdegenerować; siła tkwi w indywidualnościach, nie w systemie; jednostki zawsze mogą się porozumieć, wbrew wszelkim różnicom, jeżeli przeciwstawią ideologii własny rozum, własne szczere emocje i własną wewnętrzną uczciwość - to chyba najbliższa "przesłania" myśl, jaką w powieści Bear da się wyczytać. 
Ale o oryginalności tej powieści świadczy nie tylko jej strona psychologiczno-socjologiczna, ale także pomysły naukowe, na czele z The Governors i noszoną przez bohaterów mgłą, chroniącą i kontrolującą ich organizmy i mogącą zabić ich, cicho i bezboleśnie, w każdej  chwili, wedle woli ich nadzorców.Do tego dochodzi jeszcze jedna kwestia:
sztuka i estetyka, przy czym przez sztukę trzeba tu rozumieć także literaturę, a raczej - język poetycki. Są one jednym z kluczy do powieści Bear: od wyboru imion protagonistów (Vincent i Michelangelo, ten drugi w oczywisty sposób po malarzu, rzeźbiarzu i architekcie, ten pierwszy, wbrew pozorom, po Ednie St. Vincent Millay), przez pretekst, jakiego ziemski rząd używa dla wysłania ich na Nową Amazonię, scenę w galerii aż po stosowaną przez potężnych Obcych mieszkańców NA definicję inteligencji: społeczność bez sztuki inteligentna nie jest. Z tego samego założenia wyszli Wychowawcy: na Ziemi, podczas Oceny, tylko ci utalentowani, ci kreatywni, zostali oszczędzeni: art was survival, wedle słów Kusanagiego-Jonesa. Jeszcze jeden trop postawiony na głowie, jeszcze jedna celna obserwacja: Ziemia mniejszości, Ziemia geniuszy i artystów, Ziemia ekologów bynajmniej nie stała się rajem...
Zastanawiam się, w jakim stopniu Nowa Amazonia jest aluzją do Whileway, zamieszkanej przez same kobiety planety z pamiętnego, kontrowersyjnego i nagradzanego opowiadania Joanny Russ When It Changed, gdzie sytuacja wyjściowa jest niemal identyczna: do kolonii-świata kobiet przybywa delegacja mężczyzn ze starej Ziemi, a ich przybycie musi zmienić porządek rzeczywistości. Tyle że jeżeli tak jest - a pewnie jest, Bear jest oczytana w feministycznej literaturze - to uczennica przerosła mistrzynię, i to zdecydowanie: powieść Bear jest, co oczywiste, bogatsza w szczegóły, ale też inteligentniejsza, subtelniejsza i zdecydowanie mniej jednostronna niż opowiadanie Russ.
Elizabeth Bear tą powieścią dogoniła, w mojej opinii, Sarę Monette. Aha, żeby było jasne: dalej nie lubię ich wspólnej książki, A Companion to Wolves...


Do obejrzenia: The Lawrence Tree Georgii O'Keefe, oraz Spirito del Carnevale Vinnie Ream Hoxie - dzieła wspomniane w pamiętnej scenie w galerii; to ostatnie zresztą zapewne współodpowiedzialne za tytuł powieści...

 

wtorek, 11 listopada 2008, ninedin

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...