Blog > Komentarze do wpisu

Kły

John Marks, Fangland, Penguin Press, New York 2007

 

Fangland

 

Będzie, niestety, wysoce nieświątecznie, ale za to z dedykacją. Zainspirowana otóż znakomitym horrorowym blogiem cedro84 postanowiłam jako następną książkę do recenzji wybrać jakiś horror - a ponieważ wybierałam wedle własnego gustu, trafiło na horror z jednej strony, w kontekście obecnej mody, dość nietypowy, z drugiej - bardzo klasyczny, a na dodatek na absolutnie klasycznym modelu oparty.  

Ktokolwiek myśli, że kraina kłów z tytułu powieści Johna Marksa - powieści, dodajmy, będącej retellingiem Draculi Brama Stokera - odnosi się do Transylwanii, grubo się myli.
Tak, Transylwania występuje w jednej z głównych ról - to tam wybiera się zarozumiała, uparta, chwilami bigoteryjna i nieco więcej niż trochę antypatyczna amerykańska dziennikarka Evangeline "Line" Harker, by w górskim kurorcie Pojana Braszów spotkać się z Ionem Torgu, królem podziemia. Tak, Torgu jest wampirem - ale kły, prawdziwe kły ma w tej powieści nie on, tylko Line i jej koledzy z programu The Hour, niekoronowani królowie amerykańskiego dziennikarstwa telewizyjnego. To redakcja nosi w ich prywatnym slangu wdzięczną nazwę fangland - i to oni będą mieli do czynienia z potworem na swoją miarę: z wampirem, którego przekleństwo polega na tym, że jest wcieleniem pamięci o wszystkich wstrętnych i morderczych skłonnościach ludzkości, a esencją jego natury jest nieustająca, niemilknąca litania nazw: Sarajewo, Treblinka, Kadesz, Gomora, Łubianka...
Fangland to opowieść o strachu. O podszytej lękiem niechęci Line Harker do seksownych gadżetów, które narzeczony przywiózł jej z Amsterdamu i o strachu czekającego na śmierć w zamku Draculi/hotelu Torgu obłąkanego norweskiego dziennikarza; o strachu bliskich Evangeline o jej los i o strachu pracowników The Hour przed tym, co przyniesie kolejny dzień. Marks ogrywa antykorporacyjne fobie i prywatne obawy swoich bohaterów, mieszając je z archetypowymi lękami, jaki budzą w nas ciemny las, na wpół opuszczony hotel z dala od cywilizacji, pradawny krwiopijca i nagła, niezrozumiała śmierć. Nad tym wszystkim unosi się jeszcze jeden cień: budynek The Hour stał tuż przy World Trade Center i ten strach - nieokreślony, przytłaczający, paraliżujący. To miejsce, to wydarzenie wywołuje w bohaterach uczucia takie same, jak pradawny las w Transylwanii: lęk, wpisany w samą ludzką naturę, zaraźliwy, nieuleczalny i irracjonalny; taki sam lęk wywołuje też przecież wampir-Torgu, żywe (albo nie-żywe) wspomnienie ludzkich okrucieństw i zbrodni... 

Notka na okładce brzmi John Marks napisał najlepszą powieść o wampirach od czasu "Wywiadu z wampirem". Chwilami wygląda na to, że John Marks napisał najlepszą powieść o wampirach od czasów Draculi. Dotyczy to przede wszystkim I części opowieści, będącej paralelą dla transylwańskich przygód Jonathana Harkera u Stokera; tutaj błyskotliwy jest przede wszystkim sposób, w jaki Marks przekształca i przemodelowuje "pożyczone" od Stokera motywy: dopiero po przeczytaniu powieści Marksa widać, o ile więcej sensu ma połączenie w jedno postaci Jonathana Harkera i Miny Murray i uczynienie właśnie z tego, kto jako piewszy napotkał wampira, osoby, która z zagrożeniem wampiryzmem cały czas będzie się zmagać. Świetne jest też zastąpienie ahistorycznej i nierealistycznej Transylwanii Stokera przez drobiazgowo i realistycznie opisaną rzeczywistość postkomunistycznej Rumunii - rzeczywistość opisaną, dodajmy, sine ira et studio, bez poczucia wyższości, ale i bez naiwnego rozczulania się nad nieskażoną drapieżnym kapitalizmem enklawą tradycji.
Mistrzowski jest opis pierwszej reakcji Evangeline Harker na nocny las w Braszowie; Marks znakomicie prowadzi tu narrację, bardzo sprytnie posługując się znanym od czasów Homera zabiegiem, zwanym prolepsą: narracja Evangeline uprzedza tu wydarzenia, bohaterka/narratorka sporo mówi o tym, co będzie dalej, choć nie zdradza żadnych sekretów fabuły. Jej reakcja, którą można podsumować krótko słowami: nie czytałam "Draculi", nie widziałam żadnego z filmów, a powinnam była, bo powinnam była wiedzieć, co mnie tu może czekać, służy przede wszystkim budowaniu napięcia i wzmacnianiu dominującej w pierwszych scenach powieści emocjonalnej huśtawki. Evangeline czasem postrzega Rumunię jako normalny, rozwijający się kraj "po przejściach" (nieprzypadkowo w jej opisie pierwszego wrażenia dominującą rolę odgrywa wyliczanka nazw znajomych wielkich międzynarodowych koncernów, których bilboardy dostrzega - Rumunia jest dla niej a country behaving as if it's brand new, s. 19), czasem jednak górę biorą irracjonalne, nieokreślone lęki, których ona sama nie rozumie - jak jej wizja okolic Ploesti, które z przemysłowego, zdegradowanego krajobrazu zmieniają się w jej oczach w rodzaj ziemi jałowej, gdzie industrialny krajobraz staje się zmityzowanym, przerażającym Mordorem. Opis puszczy w okolicach Braszowa i hotelu, w którym Evangeline jest podejmowana przez Iona Torgu, wpasowuje się dokładnie w ten drugi schemat: krainy dalekiej, obcej, niezrozumiałej, a przez to groźnej. Ale nie jest tak, że ta ziemia jest obca tylko sama z siebie - Evangeline podejmuje spory wysiłek, żeby nawet nie próbować zrozumieć ciemnych mitów Transylwanii, żeby nie zwrócić uwagi na podobieństwa, aluzje, dziwaczne skojarzenia. W tej samej scenie Line-narratorka przyznaje, że nigdy nie czytała tej książki, nie miała pojęcia o żadnych z tych filmów - fakt, że nie padają tu imiona Stokera i Draculi, Beli Lugosiego i Christophera Lee, że nie pada, ani razu, słowo wampir, nadaje tej scenie dodatkowego znaczenia. Z jednej strony, przez brak użycia tych kluczowych tutaj słów, buduje nastrój grozy - Evangeline wie, co mogłoby jej zagrażać, ale nie ośmiela się powiedzieć; z drugiej, wpisuje się w tradycję nienazywania zła po imieniu, niewywoływania wilka z lasu, obecną w tradycji literatury, także fantastycznej, od bardzo dawna. Dodatkowo, charakteryzuje to samą Line: wkroczyła na wrogie terytorium nie mając pojęcia, jak się na nim poruszać. Nie zna konwencji, nie wie, co robić; a to znaczy, że zgodnie z regułami gatunu musi - jak Jonathan Harker i tłumy postaci po nim - wpakować się w kłopoty, i to poważne.

To nie zawsze jest aż tak znakomita książka, jak w tych pierwszych scenach, ale jest interesująca. Marks nie jest autorem horrorów sensu stricto - udało mi się wyguglać tylko jedną inną jego książkę, religijne eseje, żeby było zabawniej - ergo nie czuje się w obowiązku iść za modnymi trendami w horrorze. A te trendy... cóż, wydaje się, że za sporo z nich odpowiedzialna jest Anne Rice, bo to bodaj czy nie głównie dzięki niej w dzisiejszej bardziej "mainstreamowej" fikcji spod znaku horroru (i paranormal romance) królują uwodzicielskie, emanujące seksem i epatujące mroczną przeszłością i złamanymi sercami młode, przystojne wampiry. Ion Torgu jest do nich tak niepodobny, jak to tylko możliwe: podstarzały, nieatrakcyjny, źle ubrany, z resztkami zepsutych zębów w niestarannie ogolonej twarzy, może wywoływać wiele uczuć - litość, grozę, odrazę - ale na pewno nie erotyczną fascynację. Nieprzypadkowo zresztą Torgu boi się seksu - to przez seksapil Evageline pokonuje go po raz pierwszy... Tutaj - paradoksalnie może właśnie dlatego, że trzyma się tradycyjnego, Stokerowskiego modelu - Marks jest daleko od obecnych mód w horrorze*.
Powieść Marksa momentami chwyta za gardło swoją psychologiczną przenikliwością i błyskotliwym przetworzeniem tradycji, momentami epatuje obrzydliwościami i irytuje dość wysilonymi analogiami między wampiryzmem a terroryzmem, ale jedno trzeba przyznać - wciąga i intryguje. Bardzo warto!

PS. Ponoć wg książki Marksa ma powstać film  z Hilary Swank w roli Evangeline...

 

I wbrew pozorom, pozdrawiam wszystkich świątecznie!

 

* Nie chcę przez to powiedzieć, że Dracula u Stokera nie jest/ nie ma być erotycznie intrygujący: ma, jak najbardziej (patrz np. uwagi Stephena Kinga w Dance macabre), ale że jego oddziaływanie jest znacznie mniej oczywiste niż takiego, powiedzmy, Louisa, Lestata, Jean-Claude'a czy - last but not least - Draculi w filmowej wersji Francisa Forda Coppoli...        

środa, 24 grudnia 2008, ninedin

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2008/12/26 20:42:21
wampir, wampir, wampir, wampir, wampir...

Jestes okrutna w tym ciągłym podsuwaniu mi pod nos tytułów, których nie dam rady i tak przeczytać.

a tymczasem.... temat jak rzeka. Ja mam słabość do rice i nawet jezeli jest ona cholernie nierówna to i tak mam do niej słabość. Jest w tej swojej nierówności tak cudownie nie-wampirza, tak cudownie ludzka. ale muszę powiedzieć, że jest w tym cos irytującego, że wampir przestał być przerażająco, a stał się podniecający.

***

A tak kompletnie, kompletnie na marginesie to - naszła mi taka refleksja - ze jeśli chodzi o blogowanie i pisanie recenzji, czy notatek z lektury, to uwielbiam -o wiele bardziej - opisywać książki przeciętne, albo kiepskie, od tych arcydzieł. Oczywiście przy arcydziełach mozna pisac więcej ochów i achów, ale odkryłem, że mi w pisaniu sprawia największa frajdę na takim opisie książki, żeby - przy całej mierności fabuły i stylu - sprawiała ona wrażenie fascynujacej. nie chodzi mi tutaj o kłamanie i koloryzowanie, ale własnie o tak sugestywny opis zdarzeń i bohaterów, takie eksponowanie pojawiających się w niej motywów, żeby czytelnik mojej recenzji, mając doskonale świadomość, że recenzuję gniot, poczuł w sobie jakąś fascynacje do opisywanej pozycji.

Mhm... to chyba efekt po przeczytaniu Pocałunku kobiety-pajaka, czytałaś? Genialnej książki, jednej z najgenialniejszych własnie o fascynacji kulturą popularna i to wcale nie w tym najwyższym wydaniu.
-
2008/12/26 21:25:38
Nigdy nie czytałam powieści Puiga, ale oparty na niej film Hectora Babenco był jednym z moich największych przeżyć kulturowych w czasach plus minus licealnych; pamiętam, jak niewiarygodne wrażenie na mnie zrobił...
A jak już o filmach mowa - jednym z moich ulubionych filmów jest Ed Wood Tima Burtona, wielkie wyznanie miłości do złych filmów; jest mi bliski, bo sama mam bardzo podobny stosunek do fatalnych filmów i kiczowatych książek - z jednej strony, darzę je niezrozumiałą sympatią, z drugiej - nawet jeżeli uważam je za beznadziejne, uwielbiam o nich pisać, czasem, żeby się wyżyć, a czasem, żeby poszukać w nich jakichś okruszynek dobrych pomysłów, ciekawych postaci... skarbów, ukrytych w śmietniku, że się wyrażę :)
A żęby nie było, że tylko ja jestem okrutna- przynajmniej parę rzeczy z Twojego bloga znalazło się na mojej liście do przeczytania "na wczoraj" :)
-
2008/12/28 12:40:15
Nie oglądałem filmu, ale słyszałem o nim i... to jest niesamowite jak wyraźnie pamięć o tym jest wyraźna. Dawno, dawno temu przeglądałem sobie Tele tydzień, a tam był krótki artykuł o życiu aktorki, która w tym filmie zagrała. to był artykuł w kontekście jej wyjazdu do Hollywood. I tytuł, Pocałunek kobiety-pająka i hostoria tej kobiety tak mocno zapadły mi w pamięci (nie wiem czemu) że kiedy później dobrych parę lat później natrafiłem w bibliotece przypadkiem na tę powieść, to od razu zdecydowałem przeczytać co jak i gdzie... I muszę powiedzieć, że to była jedna z najlepszych decyzji w moim życiu. Film też muszę obejrzeć.

A jeszcze tak w okolicach rozważań na temat pisaniarecenzji, to najbardziej ciężko wbrew pozorom piszę się o tych, które są zwyczajnie dobre i wybitne. Albo nie ma (dosłownie) o czym pisać, albo brakuje słów ;-)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...