|
Blog > Komentarze do wpisu
Kły
John Marks, Fangland, Penguin Press, New York 2007
Będzie, niestety, wysoce nieświątecznie, ale za to z dedykacją. Zainspirowana otóż znakomitym horrorowym blogiem cedro84 postanowiłam jako następną książkę do recenzji wybrać jakiś horror - a ponieważ wybierałam wedle własnego gustu, trafiło na horror z jednej strony, w kontekście obecnej mody, dość nietypowy, z drugiej - bardzo klasyczny, a na dodatek na absolutnie klasycznym modelu oparty. Ktokolwiek myśli, że kraina kłów z tytułu powieści Johna Marksa - powieści, dodajmy, będącej retellingiem Draculi Brama Stokera - odnosi się do Transylwanii, grubo się myli. Notka na okładce brzmi John Marks napisał najlepszą powieść o wampirach od czasu "Wywiadu z wampirem". Chwilami wygląda na to, że John Marks napisał najlepszą powieść o wampirach od czasów Draculi. Dotyczy to przede wszystkim I części opowieści, będącej paralelą dla transylwańskich przygód Jonathana Harkera u Stokera; tutaj błyskotliwy jest przede wszystkim sposób, w jaki Marks przekształca i przemodelowuje "pożyczone" od Stokera motywy: dopiero po przeczytaniu powieści Marksa widać, o ile więcej sensu ma połączenie w jedno postaci Jonathana Harkera i Miny Murray i uczynienie właśnie z tego, kto jako piewszy napotkał wampira, osoby, która z zagrożeniem wampiryzmem cały czas będzie się zmagać. Świetne jest też zastąpienie ahistorycznej i nierealistycznej Transylwanii Stokera przez drobiazgowo i realistycznie opisaną rzeczywistość postkomunistycznej Rumunii - rzeczywistość opisaną, dodajmy, sine ira et studio, bez poczucia wyższości, ale i bez naiwnego rozczulania się nad nieskażoną drapieżnym kapitalizmem enklawą tradycji. To nie zawsze jest aż tak znakomita książka, jak w tych pierwszych scenach, ale jest interesująca. Marks nie jest autorem horrorów sensu stricto - udało mi się wyguglać tylko jedną inną jego książkę, religijne eseje, żeby było zabawniej - ergo nie czuje się w obowiązku iść za modnymi trendami w horrorze. A te trendy... cóż, wydaje się, że za sporo z nich odpowiedzialna jest Anne Rice, bo to bodaj czy nie głównie dzięki niej w dzisiejszej bardziej "mainstreamowej" fikcji spod znaku horroru (i paranormal romance) królują uwodzicielskie, emanujące seksem i epatujące mroczną przeszłością i złamanymi sercami młode, przystojne wampiry. Ion Torgu jest do nich tak niepodobny, jak to tylko możliwe: podstarzały, nieatrakcyjny, źle ubrany, z resztkami zepsutych zębów w niestarannie ogolonej twarzy, może wywoływać wiele uczuć - litość, grozę, odrazę - ale na pewno nie erotyczną fascynację. Nieprzypadkowo zresztą Torgu boi się seksu - to przez seksapil Evageline pokonuje go po raz pierwszy... Tutaj - paradoksalnie może właśnie dlatego, że trzyma się tradycyjnego, Stokerowskiego modelu - Marks jest daleko od obecnych mód w horrorze*.
I wbrew pozorom, pozdrawiam wszystkich świątecznie!
* Nie chcę przez to powiedzieć, że Dracula u Stokera nie jest/ nie ma być erotycznie intrygujący: ma, jak najbardziej (patrz np. uwagi Stephena Kinga w Dance macabre), ale że jego oddziaływanie jest znacznie mniej oczywiste niż takiego, powiedzmy, Louisa, Lestata, Jean-Claude'a czy - last but not least - Draculi w filmowej wersji Francisa Forda Coppoli... środa, 24 grudnia 2008, ninedin
TrackBack
Komentarze
2008/12/26 21:25:38
Nigdy nie czytałam powieści Puiga, ale oparty na niej film Hectora Babenco był jednym z moich największych przeżyć kulturowych w czasach plus minus licealnych; pamiętam, jak niewiarygodne wrażenie na mnie zrobił...
A jak już o filmach mowa - jednym z moich ulubionych filmów jest Ed Wood Tima Burtona, wielkie wyznanie miłości do złych filmów; jest mi bliski, bo sama mam bardzo podobny stosunek do fatalnych filmów i kiczowatych książek - z jednej strony, darzę je niezrozumiałą sympatią, z drugiej - nawet jeżeli uważam je za beznadziejne, uwielbiam o nich pisać, czasem, żeby się wyżyć, a czasem, żeby poszukać w nich jakichś okruszynek dobrych pomysłów, ciekawych postaci... skarbów, ukrytych w śmietniku, że się wyrażę :) A żęby nie było, że tylko ja jestem okrutna- przynajmniej parę rzeczy z Twojego bloga znalazło się na mojej liście do przeczytania "na wczoraj" :) 2008/12/28 12:40:15
Nie oglądałem filmu, ale słyszałem o nim i... to jest niesamowite jak wyraźnie pamięć o tym jest wyraźna. Dawno, dawno temu przeglądałem sobie Tele tydzień, a tam był krótki artykuł o życiu aktorki, która w tym filmie zagrała. to był artykuł w kontekście jej wyjazdu do Hollywood. I tytuł, Pocałunek kobiety-pająka i hostoria tej kobiety tak mocno zapadły mi w pamięci (nie wiem czemu) że kiedy później dobrych parę lat później natrafiłem w bibliotece przypadkiem na tę powieść, to od razu zdecydowałem przeczytać co jak i gdzie... I muszę powiedzieć, że to była jedna z najlepszych decyzji w moim życiu. Film też muszę obejrzeć.
A jeszcze tak w okolicach rozważań na temat pisaniarecenzji, to najbardziej ciężko wbrew pozorom piszę się o tych, które są zwyczajnie dobre i wybitne. Albo nie ma (dosłownie) o czym pisać, albo brakuje słów ;-) |
|
Jestes okrutna w tym ciągłym podsuwaniu mi pod nos tytułów, których nie dam rady i tak przeczytać.
a tymczasem.... temat jak rzeka. Ja mam słabość do rice i nawet jezeli jest ona cholernie nierówna to i tak mam do niej słabość. Jest w tej swojej nierówności tak cudownie nie-wampirza, tak cudownie ludzka. ale muszę powiedzieć, że jest w tym cos irytującego, że wampir przestał być przerażająco, a stał się podniecający.
***
A tak kompletnie, kompletnie na marginesie to - naszła mi taka refleksja - ze jeśli chodzi o blogowanie i pisanie recenzji, czy notatek z lektury, to uwielbiam -o wiele bardziej - opisywać książki przeciętne, albo kiepskie, od tych arcydzieł. Oczywiście przy arcydziełach mozna pisac więcej ochów i achów, ale odkryłem, że mi w pisaniu sprawia największa frajdę na takim opisie książki, żeby - przy całej mierności fabuły i stylu - sprawiała ona wrażenie fascynujacej. nie chodzi mi tutaj o kłamanie i koloryzowanie, ale własnie o tak sugestywny opis zdarzeń i bohaterów, takie eksponowanie pojawiających się w niej motywów, żeby czytelnik mojej recenzji, mając doskonale świadomość, że recenzuję gniot, poczuł w sobie jakąś fascynacje do opisywanej pozycji.
Mhm... to chyba efekt po przeczytaniu Pocałunku kobiety-pajaka, czytałaś? Genialnej książki, jednej z najgenialniejszych własnie o fascynacji kulturą popularna i to wcale nie w tym najwyższym wydaniu.