Blog > Komentarze do wpisu

Umarli podróżują szybko

Barbara Hambly, Traveling with the Dead, Del Rey 1995

 

 

Ja dzisiaj znowu o wampirach.

Okej. Czytałam Zmierzch z przyległościami. Czytałam Laurell Hamilton i Kelley Armstrong, Tanyę Huff, Charlaine Harris, Patricię Briggs i kogo tam jeszcze, łącznie z pseudohorrorowymi harlekinami (sic!). Oglądałam jakieś naście razy najważniejszy (i najlepszy artystycznie) film o wampirach będący po pierwsze romansem, a dopiero po drugie czymkolwiek innymi - czyli Draculę Francisa Forda Coppoli, plus całkiem sporo innych podobnych tematycznie dzieł (The Hunger?). O telewizyjnych serialach na ten sam temat (Blood Ties wg Huff, Moonlight) nie wspomnę. Przeczytałam Wampira Janion i jakieś tysiąc książek krytycznych o gotycyzmie i romansach. Uważam się, ergo, za coś w rodzaju eksperta, ale nie tyle od horrorów, co od ich pochodnej: romansów i romansideł z wampirami i im podobnymi w roli głównej (tzw. paranormal romance, jak o sobie Amerykanie uczenie nazwali).

I jako samozwańczy ekspert muszę powiedzieć, że chyba najlepszą książkę o wampirach i miłości, jaką czytałam, napisała w 1995 roku Barbara Hambly, która jako pisarka zawsze wydawała mi się najzupełniej i absolutnie przeciętna.

Tak na marginesie, wspomniana wyżej Charlaine Harris w pewnym stopniu podziela moją opinię o powieściach Hambly (ale najpierw trzeba zjechać na sam dół, żeby się przekonać).

Traveling with the Dead, sequel do entuzjastycznie przeze mnie ocenionych Nocnych łowców, to powieść o miłości i wędrówce, teoretycznie z polityczną intrygą w tle. Tak naprawdę jednak, w centrum stoją trzy - cztery, w jakimś stopniu, a pięć, jak się okazuje - historii miłosnych.

To z miłości do żony lord Ernchester, londyński wampir, ulega szantażowi austriackich agentów - a ona, z tej samej miłości, rusza za nim do Wiednia. To z miłości do męża Lydia Asher wybiera się w podróż przez pół świata, by ostrzec swojego Jamiego przed niebezpieczeństwem. To ułudą miłości karmi don Ysidro nieszczęsną, głupią pannę Margaret Potton. To ze wspomnieniami dawnej miłości - kobiety, której dla jej dobra kazał wierzyć, że została zdradzona i opuszczona - musi się w Wiedniu zmagać James Asher. To w miłości wreszcie - wszechogarniającej, nie znającej granic ani zasad, zaborczej, egoistycznej i zaślepionej - trzeba szukać początków całej afery, która na pozór wydaje się czysto szpiegowska i politycznie motywowana.

Hambly jednak komplikuje sprawy, miesza wątki. James wyrusza w misję ratunkową z Antheą Ernchster i z biegiem czasu ma dla niej coraz więcej szacunku i coraz więcej problemów z faktem, że jej coraz mocniej pożąda. Lydii w poszukiwaniach Jamesa towarzyszy Simon Ysidro, który zaczyna budzić w pani Asher uczucia znacznie bardziej skomplikowane, niż na początku - zwłaszcza od kiedy orientuje się ona, że nie są one tak całkiem jednostronne... Autorka jest przy tym subtelna i nienachalna: emocje opisuje subtelnie, kilkoma zaledwie kreskami, nie popadając w romansowy melodramatyzm. Jej zrozumienie dla ludzkiej natury i psychologiczną intuicję widać przede wszystkim w reakcjach Jamesa na to, jak zachowuje się Lydia wobec Simona, w jego cichej zazdrości i pełnym poczucia winy zrozumieniu, co musi się dziać z jego spokojna, poukładaną i racjonalną żoną.

Barbara Hambly dalej bawi się tropami związanymi z wampiryzmem. Tym razem z kolei obserwujemy przegląd wszelkich romansowych komunałów, otaczających postać mrocznego, bajronicznego kochanka: to z takich opowieści o zrodzonym w poprzednich żywotach wiecznym braterstwie dusz, mrocznych pocałunkach wśród płomieni świec i namiętnej miłości kobiety, która może odkupić grzesznika, Ysidro utkał swoją pułapkę na biedną, naiwną i brzydką Margaret Potton. Jedną zresztą z najmocniejszych stron powieści Hambly jest fakt, że ona swoich wampirzych bohaterów nie usładza, nie usprawiedliwia. Taka Anthea Ernchester jest mądrą, cierpliwą i kochającą kobietą - i nie do zapomnienia jest scena, kiedy (jeszcze w Those...) opowiada Jamesowi o tym, jak po dotknięciu srebra chorowała, nie mogła wstawać i Charles, jej mąż, musiał ją karmić. Anthea urywa, ale obecna przy tym inna wampirzyca kończy za nią - Charles przynosił jej dzieci, które zabijała. Anthea czuje się niekomfortowo, mówiąc o tym, ale raczej dlatego, że jest damą i nie chce urazić uczuć Ashera, niż dlatego, że ma jakiekolwiek wyrzuty sumienia. Nigdzie tak, jak tutaj, nie widać różnicy między ludźmi a wampirami, między życiem a byciem nieumarłym. I to nie jest tak, że Anthea jest niezdolna do uczuć: naprawdę kocha i zawsze kochała męża, jest lojalna wobec Jamesa i dobra dla zależnych od siebie wampirów; ona tylko, od dawna, nie jest już człowiekiem. Nieumarli Hambly na pewno nie są, że użyję określenia Drakainy, ukutego przez nią w kontekście Zmierzchu Meyer, oswojeni. Autorce bardzo zresztą pomaga to, że zdecydowała się na niełatwe rozwiązanie kwestii przetrwania wampirów; jej bohaterowie mogą wegetować na krwi zwierzęcej, ale prawdziwą siłę i umiejętność wykorzystania magicznych wampirzych zdolności daje im tylko śmierć - zabicie człowieka, odebranie nie tylko jego krwi, ale i jego siły życiowej. Kiedy Lydia i Simon Ysidro podróżują do Stambułu, warunkiem, jaki stawia wampirowi pani Asher, jest zakaz zabijania; zakaz, którego Lydia zacznie niemal-żałować, kiedy zrozumie, że naraża w ten sposób na niebezpieczeństwo nie tylko swój cel (odnalezienie męża, którego kocha), ale i samego Simona, którego... no właśnie.

Mam wrażenie, że Hambly nie zamierzała kończyć historii Jamesa, Lydii i Simona na tej powieści; zbyt wiele rzeczy sygnalizowanych jako ważne pozostaje niedopowiedzianych. James obsesyjnie wraca wspomnieniami do kobiety, którą kochał i zostawił w Wiedniu przy okazji swoich szpiegowskich wyczynów; wraca do niej tak często, myśli o niej tak wiele, że ja osobiście byłam przekonana, że Francoise odegra jakąś rolę w intrydze, oprócz bycia częścią bolesnej przeszłości Jamesa. A skoro już o przeszłości mowa... chciałabym też dowiedzieć się czegoś więcej o biografii Simona Ysidro. Uchodzi on za najstarszego wampira w Europie (i choć okazało się to nie być prawdą w Those Who Hunt the Night, jest już chyba prawdziwe w Traveling...), i - choć kwestie pochodzenia, więzów krwi i zależności od mistrzów są dla egzystencji wampirów u Hambly absolutnie kluczowe - choć znamy jego mistrza, nigdy tak naprawdę nie dowiadujemy się, jak to się naprawdę stało, że został wampirem, ani czy ma własnych potomków. A jego natura? Kim jest naprawdę Ysidro, sarkastyczny i okrutny, który mówi Jamesowi bez wahania o swoich zabójstwach, o przelewaniu krwi, o tym, że wampirzy potomek jest udany, gdy skutecznie i bezlitośnie morduje - i który ma dom pełen książek, który czyta Wind in the Willows, który karmi koty w ciemnym londyńskim zaułku? Który, wedle klasycznego romansowego tropu, zakochuje się, bez szans, bo nigdy by jej nie przemienił, w śmiertelnej żonie przyjaciela, a następnie świadomie kłamiąc zmusza ją do uwierzenia, że jednak jest potworem, żeby zmusić ją do zapomnienia o nim? Szkoda, że mamy małe szanse się tego dowiedzieć, bo Hambly ostatnio głównie pisuje o wielkich Amerykankach i dzieciach Jedi...

 

Mam ochotę napisać fanfik do tej książki, a to mi się dawno nie zdarzyło.

 

PS. Obiecuję, na jakiś czas koniec z wampirami; następnym razem będzie o szklanych domach i dżentelmenach włamywaczach. 

wtorek, 27 stycznia 2009, ninedin

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2010/02/25 23:56:39
To polecam do kolekcji obejrzanych/przeczytanych dzieł o wampirach dołączyć jeszcze jedną, a konkretnie "Akademię wampirów". To pierwsza część nowej sagi Richelle Mead dość krzywdząco porównywanej do "Zmierzchu"... Polecam.
-
2010/02/27 13:47:04
Tak się nawet ostatnio zastanawiałam, czy po to nie sięgnąć, ale na razie zagrzebałam się (z tematów wampirycznych) w Charlaine Harris; ale będę pamiętać o Mead :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...