Blog > Komentarze do wpisu

Bohaterowie: There Goes My Hero

 

Autorka może się na początek usprawiedliwi - nie ma chwilowo sieci w domu, a na dodatek właśnie wróciła z Italii, stąd ten długi brak wpisów - i brak aktywności na zaprzyjaźnionych blogach takoż. Ergo, skoro zawiniłam, dzisiaj zdradzę swój wstydliwy sekret.

 

Istnieje otóż pewien typ superbohaterów, na który pisząca te słowa kompletnie nie jest uodporniona.

Okej, może dla mnie nie istnieć Clark Kent, szlachetny dziennikarz przebierający się za szlachetnego Supermana. Może nie istnieć zbzikowany kapitan Jack Sparrow ani dzielny kapitan Picard ani jeszcze paru innych (zwłaszcza filmowy Legolas). Niestety, jest też pewien typ, na który pisząca nie jest ani trochę uodporniona i w którym zawsze - jeżeli tylko ten typ jest dostatecznie przyzwoicie zrealizowany - zawsze się zakocha.

Mój superbohater jest, niestety, z gatunku mad, bad and dangerous to know i ma sporo wspólnego z osobą, wobec której pierwszy raz te słowa wypowiedziano. Blond, zdecydowanie, mimo braku słabości do blondynów w życiu realnym; raczej w typie szczupły i zwinny niż męski i postawny. Tajemniczy i z mroczną przeszłością; z mroczną takoż teraźniejszością, dodajmy, bo najczęściej mój superbohater nie do końca jest bohaterem: zwykle stoi gdzieś w pół drogi między światłem a ciemnością, a często nawet znacząco poza połową, w stronę mroku. Intelektualista, niewątpliwie - zawsze w końcu kochałam się w facetach mądrzejszych ode mnie; najlepiej, oczywiście, geniusz, przerastający wszystkich dookoła. Emocje musi mieć skomplikowane, życie trudne, charakter wredny, wrogów wielu, a przyjaciół nie do końca rozumiejących tragizm jego położenia; dobrym człowiekiem jest bardzo niekoniecznie. Przekonałam się także, na wszystkich poniższych przykładach, że odrobina erotycznej dwuznaczności nie przeszkadza, a wręcz przeciwnie.

Dodajmy na marginesie, że jest to zawsze dokładnie ten bohater, który, gdyby pisząca te słowa jakimś cudem znalazła się, na modłę bohaterki Purpurowej róży z Kairu, w jego świecie, nawet by nie zauważył jej istnienia. Dodajmy jeszcze, że w realnym życiu każda z tych osób doprowadziłaby mnie do szału w ciągu pięciu minut.

I tak, wiem, człowiek powinien się wstydzić tego, jak łatwo daje się autorom uwodzić...

Kilka przykładów, żeby nie było gołosłownie:

1. No nie mogę zacząć od nikogo innego, tylko od opisywanego już jakieś setki razy przeze mnie bohatera Coldfire Trilogy C. S. Friedman, Geralda Tarranta, który jest absolutnie doskonałym wcieleniem tego typu. Jasnowłosy, wysoki, niebieskooki - a do tego mroczny, okrutny, tajemniczy i cierpiący. Na sumieniu ma tysiące ofiar swojego wampirycznego głodu i ofiarę złożoną z ukochanej żony w imię przypieczętowania paktu z diabłem, ale nie potrafi nie stanąć po stronie ludzkości w konfrontacji z chcącą ją zniszczyć siłą i wciąż, w milczeniu, tęskni za utraconym człowieczeństwem. Najpotężniejszy mag swego świata, boi się światła słońca i może trafić wprost do piekła, jeżeli choć raz okaże komukolwiek ludzkie uczucia. Jego ofiary - zawsze kobiety, zawsze blade i jasnowłose - umierają w przerażającej rozkoszy, choć sam Tarrant, jako quasi-wampir, z erotycznymi rozkoszami sensu stricto niewiele może mieć wspólnego. Wyznawcy kościoła Erny ciągle powtarzają jego słowa, bo to jemu zawdzięczają uformowanie kanonu swojej wiary. Sarkastyczny, złośliwy, bezlitosny w swojej ocenie rzeczywistości, Tarrant potrafi być lojalny, choć nigdy się do tego nie przyzna, i umie docenić wartość innych, choć im tego nie powie. Poświęca w końcu swoje wieczne życie i wybiera, świadomie, wieczne potępienie, w imię dobra ludzkości... licząc, dod końca, że może znowu uda mu się wyłgać od śmierci. Miłość mojego życia od roku 2001. Znacznie ciekawszy i bardziej skomplikowany, niżby wynikało z mojej charakterystyki.

2. Obiecałam kiedyś napisać o tym panu osobno, ale pozwolę sobie dzisiaj wspomnieć o nim króciutko. Główny bohater cyklu powieści Dorothy Dunnet, Francis Crawford Lymond, hrabia de Sevigny, ma w życiorysie więcej przygód niż Atos, Portos, Aramis i Will Turner razem wzięci. Dunnett poświęciła Lymondowi trzy tysiące stron, ja mam trzy tysiące znaków, więc w skrócie: jako nastolatek, trafia w sam środek bitwy pod Solway Moss, wzięty do niewoli, ląduje na galerach, a potem na dworze okrutnej i przebiegłej siostrzenicy Henryka VIII, Margaret Douglas, uwodzicielki i mistrzyni intryg. W rodzinnej Szkocji okrzyczano go zdrajcą, własna rodzina ma go za sprzedawczyka i angielskiego szpiega. Wyjęty spod prawa, wraca do Szkocji: odtąd przez kilkanaście lat będzie tułał się po dworach i polach bitew Europy i Azji, to jako szpieg, to jako dowódca kompanii najemników - szpieg jak co najmniej Bond, a dowódca na miarę Aleksandra Wielkiego, to nie ulega chyba żadnej wątpliwości. Każdy, kto go pokocha, kończy marnie, a kochają się w nim mężczyźni i kobiety po równo. Genialny w walce, genialny w planowaniu, genialny we wszystkim, co robi, Lymond mówi w kilkunastu językach, gra na wszystkich wyobrażalnych instrumentach, rzuca cytatami z klasyki na poczekaniu i doczekuje się, od jednego z bohaterów, sarkastycznej uwagi: Byłoby łatwiej, gdybyś czasem mówił prozą, jak inni. Okręcił sobie wokół palca cara Iwana Groźnego i wydawał polecenia nastoletniej Marii Stuart; niewielu jest ludzi, którzy nie boją się jego bezlitosnego sarkazmu, ostrego języka i ciętych uwag. Ma udręczoną duszę i złamane serce, swojej erotycznej atrakcyjności używa nie dla własnej przyjemności, ale jako broni - i wobec mężczyzn, i kobiet, chodząc z nimi do łożka zazwyczaj wtedy, kiedy może mu to coś dać i jednocześnie go unieszczęśliwić. Los też nie szczędzi mu ciosów: śmierć, jaką sprowadza na bliskich, makabryczny los, na który musiał skazać własnego synka, niezrozumienie ze strony przyjaciół, uzależnienie od wina i opium, polityczne problemy, a wreszcie haniebny dla człowieka jego czasów stygmat rzekomego nieślubnego pochodzenia, i to z kazirodczego związku - to tylko niektóre z ciosów, jakie na niego spadają. W jednej z najbardziej poruszających scen mówi do przyjaciela z dzieciństwa, Nie pozwól, żebym zwrócił cię przeciwko mnie - ale, oczywiście, zawsze robi coś niewybaczalnego i zawsze coś zwraca innych przeciw niemu, bo Francis ma absolutnie niszczycielski zwyczaj nieinformowania nikogo o swoich planach. A plany, oczywiście, miewa na poziomie swojego geniuszu, a więc nie do przejrzenia dla zwykłych śmiertelników; i jakoś dziwnie, w oczach tychże śmiertelników ten plan zawsze wygląda na plan zdrajcy, mordercy, szaleńca albo potwora. Nie mówiąc o tym, że zwyczaj chronienia innych przez okazywanie im pogardy i braku zaufania (jak się obrażą i uciekną, to wrogom będzie trudniej ich znaleźć) też mu nie przysparza zrozumienia u przyjaciół...
Aha; jasne włosy, błękitne oczy, szczupłe dłonie o długich palcach.

Aha nr 2: Powieść Dunnett jest dowodem, że płeć jest rzeczą drugorzędną w przypadku mojego superbohatera: w bardzo podobny sposób zakochałam się w przyrodniej siostrze Francisa, Marthe, która jest podobna jak dwie krople wody, tylko jeszcze wredniejsza, bardziej cyniczna i znacznie bardziej nieszczęśliwa...

 

3. Don Simon Ysidro, o którym było ostatnio, wampir, który nigdy nie mówi, o co mu chodzi, zawsze planuje o jeden krok do przodu i ma dom pełen książek. Zabija, żeby żyć i robi to skutecznie, choć, jak się okazuje, płaci za to cenę wyrzutów sumienia; od lat żyje samotnie, odczuwa dziwaczny rodzaj sympatii do swego ludzkiego współpracownika Jamesa Ashera i zakochuje się, namiętnie i bez nadziei, w jego żonie Lydii. Lodowaty, błyskotliwy i sarkastyczny, docenia Ashera za intelekt, a Lydię za medyczną wiedzę; potężny i obdarzony magicznymi mocami, wspomina z dreszczem przerażenia chwilę, w której światło słoneczne padło przez ułamek sekundy na jego dłoń i wypaliło na niej blizny na pięćdziesiąt lat. Od czterystu lat dramat swojej samotności przeżywa w milczeniu, choć, kiedy jemu podobnym grozi niebezpieczeństwo, wbrew ich woli decyduje się dogadać z pogardzanymi przez nich śmiertelnymi. Wiem, widziałam już ten typ; wiedziałam, od pierwszej chwili, kiedy mój wzrok padł na jego bladą skórę, jasne włosy i szczupłą sylwetkę, że pewnie znowu się zakocham.

 

4. Alec Campion. Też już kiedyś o nim było. Zły człowiek, w sumie, przeraźliwie przy tym nieszczęśliwy, blyskotliwy i inteligentny, perfidny i dziwacznie uczciwy. Żenił się dwa razy, spał z połową miasta, całe życie kochał człowieka, z którym spędził w slumsach młodość. Genialny, summa summarum. Udając zepsutego i zdegenerowanego arystokratę, przez lata po cichu kontrolował, dla dobra wszystkich, politykę swojej ojczyzny. Fascynujący. Jasne włosy, jasne oczy, arystokratyczny akcent.

5. Jeżeli jest dostatecznie przyzwoicie zrealizowany, powiedziałam, więc na koniec będzie antyprzykład: niejaki Daemon Sadi z powieścidła Anne Bishop, tragiczny heros w skórzanych spodniach, mroczny i ponury magiczny syn Szatana (sorry, Saetana), z zawodu bosko skuteczny seks-niewolnik. Nie zna jeszcze miłości, bo wie, że za tysiące lat pokocha Wiedźmę, która dopiero przyjdzie na świat; w związku z tym jest jedynym chyba super-seks-niewolnikiem w historii świata, który w ciągu ostatnich dwóch tysięcy lat obywał się bez erekcji. Nieszczęśliwy i niezrozumiany z powodów zbyt licznych, by je wymieniać. Niestety, na mnie nie podziałało, ale to pewnie dlatego, że nie pamiętam koloru jego włosów...

PS. Dla przybliżenia typów: jako Tarranta zawsze wyobrażałam sobie Jude'a Lawa na tym zdjęciu, Simona mógłby, jak dla mnie, zagrać Jonathan Rhys Meyers, a idea paru osób z listy dyskusyjnej o Dorothy Dunnett, że idealnym Lymondem byłby Szkot James McAvoy w wersji blond, dosyć mnie przekonuje; (alternatywa: Sean Bean z okolic tuż po Caravaggiu Jarmana), z Jessicą Biel jako Marthe. Moim osobistym Alekiem Campionem, który zdecydowanie jest interesujący, a nie piękny, mógłby zostać, na przykład, Cillian Murphy. Nad Sadim nie będę się zastanawiać, bo dość odrzuca mnie od facetów w skórzanych gaciach.

czwartek, 26 lutego 2009, ninedin

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2009/03/01 23:38:59
Nareszcie :) Myślałem, że już się nie doczekam nowej notki :)
Oczywiście, tradycyjnie nie przeczytałem książek o których wspominasz, więc wyłapuje tylko ogólny portret...
-
2009/03/01 23:53:50
he he ;) żeby przybliżyć... hmmm... Dumasowski (książkowy, nie z żadnej wersji filmowej!) Hrabia Monte Christo byłby charakterologicznie niezłym pierwowzorem... Najgorzej mają moi gracze w RPG (zdarza mi się prowadzić Maskaradę) - mam takiego odwiecznego NPC-a, który dosyć reprezentuje ten mój ukochany typ i od lat zatruwa im życie...
Specjalnie dla Ciebie następna notka będzie o Stephenie Kingu :)
-
2009/03/02 13:54:28
a tak jeszcze to Cillian Murphy jest jednym z moich ulubionych aktorów, szkoda, że w nowych batmanach jest go tak mało :()

Za Stephenem Kingiem bardzo to ja nie przepadam, ale chętnie przeczytam twoją kolejną notkę na ten temat. :) i jeszcze: właśnie wczoraj zacząłem czytać CZarodziejke z Florencji. Jestem dopiero na 100 stronie, więc za wcześnie na konkretne opinie, ale na razie bardzo zachęcająca. W ogóle mam ochotę odpocząć nieco od horrorów. Zastanawiam się nawet czy nie przyłączyć się do wyzwania... cóż... zobaczymy :)

Fajnie, że wróciłaś. Jak ci było w Italli?
-
2009/03/02 16:51:53
Fajnie cię znowu poczytać :)

W Italii było fantastycznie, choć męcząco - założyłyśmy sobie ambitne zwiedzanie Rzymu (antycznego głównie) i tego się trzymałyśmy; udało mi się zobaczyć parę rzeczy, o których zawsze marzyłam, plus trochę cudów, o których istnieniu w ogóle nie wiedziałam. Zwiedziłam Forum Romanum, byłam na długaśnym spacerze Via Appia i w Muzeach Watykańskich. Kwitły kwiaty, poza tym. I było zielono. Ale miło jest znowu wrócić do pisania.
-
2009/03/03 19:53:08
Nie mam serca do podróży. Ani mnie bawi zwiedzanie, ani świadomość obcowania w historycznych miejscach. A może to efekt przymusowej turystyki jaką rodzice mi fundowali w dzieciństwie? No nie wiem...

W każdym razie chciałem się pochwalić, że jak tylko skończę Czarodziejkę,..., która na 200 stronie jest tak samo dobra jak na pierwszej to zabiorę się za polecaną przez ciebie powieść Lord John i sprawa osobista :)
pozdr.
-
2009/03/09 16:28:50
A ja lubię podróżować, może dlatego, że strasznie długo nie miałam szans nigdzie wyjechać i dopiero jak zaczęłam sama pracować okazało się, że to się da zrobić:)
-
2009/03/11 14:20:34
Mogę wtrącić?;)
Taak, pani lubi drani... Bud gay'e też są bardziej w moim typie, może dlatego, że są bardziej wyraziści, niejednoznaczni i tajemniczy niż Ci dobrzy, szlachetni rycerze w lśniących zbrojach. Ciekawa jestem tylko, czy ich "magnetyzm" wynika z celowych zabiegów ich twórców, czy po prostu tak wychodzą i już...
-
2009/03/11 20:25:23
Fajnie cię to zobaczyć Eruana...

A jeżeli chodzi o tych złych, to faktycznie, jak to jest, że są oni bardziej pociągający i w książkach i w życiu... ?
;-)
Jestem na setnej stronie Lorda Johna
-
2009/03/12 11:09:56
Dzięki cedro:)
No właśnie nie wiem, a chciałabym się dowiedzieć tylko nie znam żadnego pisarza, którego mogłabym zapytać:/ Z własnego doświadczenia wiem, że ci gorsi charakterowo bohaterowie sami mi wychodzą, nie przykładam do ich tworzenia większej wagi... Może w tym tkwi sekret?;)
-
2009/03/15 00:40:59
Hej ;)
Ja mam swoją teorię z tymi "złymi/dobrymi" draniami :). Oni są w dużej części pokłosiem Romantyzmu: zbuntowani, niezwykli, wyrastający ponad społeczeństwo i ponad nudne normy, zaspokajają takie pragnienia, jakie mamy po cichu i pozwalają sobie na to, na co my byśmy nigdy sobie nie pozwolili - a zarazem, w jakiś sposób da się z nimi identyfikować, bo mimo wszystko są po właściwej stronie... To się oczywiście tyczy głównie mnie samej, ale osobiście nie jestem w stanie sympatyzować z takimi postaciami, które nie mają w sobie ani krztyny człowieczeństwa. Mogę podziwiać robotę Thomasa Harrisa (i Anthony'ego Hopkinsa), włożoną w postać Hannibala Lectera, ale sam Lecter pozostawia mnie obojętną... Nie wzrusza, nie wywołuje podziwu ani współczucia, co najwyżej przeraża.

Aha: pani nie zawsze lubi drani - woli, na przykład, Skrzetuskiego (książkowego i filmowego) od Bohuna, i Wołodyjowskiego (takoż) od Azji Tuhajbejowicza... :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...