Blog > Komentarze do wpisu

Kanon: Pod wodą

Jules Verne, Dwadzieścia tysięcy mil podmorskiej żeglugi, tł. Bolesław Kielski, Wyd. Zysk i Ska, Poznań 2004

 

Ależ by było pięknie, gdyby ktoś napisał tę książkę na nowo.
Dla współczesnego czytelnika, który ma więcej niż trzynaście lat (kiedy w tym wieku czytałam tę książkę po raz pierwszy, byłam zachwycona), powieść Verne'a będzie pod wieloma względami trudna do czytania. Po pierwsze, potwornie wręcz zestarzała się metoda pisarska autora:
http://weltderwunder.de.msn.cominkrustowanie głównej narracji milionem naukowych, geograficznych i przyrodniczych szczegółów, popisy erudycji bohaterów mające w zamierzeniu edukować czytelnika i kilkustronicowe nieraz (a na dodatek często będące mocno na bakier z nauką) wykłady na tematy rozmaite, od elektryczności przez Platona po ośmiornice. Ten sam zresztą problem jest z powieściami Szklarskiego o Tomku Wilmowskim: w nich też trudno dziś przebrnąć przez wielostronicowe wypisy z Geografii dla początkujących...
Po drugie: męcząca jest sama kompozycja powieści, której nominalny główny bohater, profesor Pierre Arronax, nie jest niczym innym, jak narzędziem służącym do ekspozycji fabuły. Profesor, innymi słowy, z jakichś nie do końca jasnych dla czytelnika powodów wzbudził fascynację kapitana Nemo i teraz Nemo zabiera go ze sobą, gdzie tylko może, dzięki czemu czytelnik ma szansę obserwować, co robi kapitan Nemo. Poza tym Arrnonax jest człowiekiem bez właściwości: nie ma charakteru, osobowości, trudno nawet określić jego postawę życiową czy ocenić, jakie tak naprawdę ma zdanie na temat kapitana. Jego towarzysze, poczciwy Conseil i porywczy wielorybnik Ned Lang, nie mają co prawda w sobie ani krzty oryginalności i posklejani są z najbardziej wyświechtanych stereotypów wiernego służącego i dzielnego, jeśli niezbyt wykształconego syna Nowego Świata - ale przynajmniej te stereotypy są w jakiś sposób barwne. 
Z Conseilem związany jest trzeci problem, jaki współczesny czytelnik napotka, usiłując przebić się przez powieść Verne'a: a mianowicie fakt, że potraktowana bez komicznego dystansu relacja łaskawego i cierpliwego pana (Arronax) i wiernego, ograniczonego i gotowego do poświęceń dla pana sługi (Conseil) jest dziś nieznośnie wręcz archaiczna i nieprawdziwa, a dla młodej publiczności - tak naprawdę trudna do wyobrażenia sobie. Wyczuł to bardzo trafnie Peter Jackson, zmieniając w swojej wersji Władcy Pierścieni nieco podobną relację pan-sługa (Frodo-Sam) na bliską, osobistą przyjaźń i lojalność. Czytając pierwszoosobową narrację Arronaxa w 20 000 mil i protekcjonalne uwagi w rodzaju na szczęście, wbrew nazwisku, Conseil nigdy nie dawał rad, bo też nikt go o to nie prosił, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że pan profesor jest bigoteryjnym i kompletnie nie rozumiejącym ludzi skrajnym egoistą... Przy czym zdaję sobie sprawę, że tak się kiedyś pisało, że Conseil to duchowy brat Rzędziana i Kalego, Piętaszka i
toutes proportions gardées Dyndalskiego - ale i tak mi to, jako czytelnikowi, a nie historykowi literatury, przeszkadza. Mniej Kalego, więcej Sancha Pansy i Figara poproszę. 
Tak więc ja chcę tę książkę napisaną na nowo, najlepiej przez Neila Stephensona. Mniej technobełkotu - albo przynajmniej współczesny dla mnie technobełkot, jak już musi być. Najlepiej niech narracja będzie dalej w 1 osobie, ale niech opowiada Conseil: może to robić z ironią Figara, a może zza jego naiwnej narracji XIX-wiecznego Sancha Pansy wychylać się sarkazm autora - byle bym dostała przeciwwagę dla patosu i samouwielbienia Pierre'a A. I niech mi mój hipotetyczny autor zbuduje tę powieść na tym, co jest w niej do dziś fascynujące: na nierozwiązanej (w tej konkretnej powieści) zagadce tożsamości i osobowości imiennika Odyseusza (on też się kiedyś przecież nazwał "Nikt") i dowódcy Nautilusa, autokratycznego wodza podwodnego państwa w państwie, cynika, polityka, mordercy, rebelianta i uczonego, kapitana Nemo. A przede wszystkim niech mi ktoś oprze tę starą-nową książkę na największej, a kompletnie niemal przez Verne'a pominiętej, zagadce: na relacji Arronaxa i Nemo, naukowej fascynacji nie do końca łatwej do wyobrażenia sobie (więc uciekający przed ludźmi kapitan ma jednak jakiegoś człowieka, na którego intelektualnym uznaniu mu zależy...) i bardzo, bardzo romantycznym (w znaczeniu literackim, a nie emocjonalnym!) oglądzie kapitana przez Arronaxa. Patrząc na Nemo oczyma profesora, widzimy ni mniej ni więcej, tylko popularną wersję romantycznego, bajronicznego bohatera, potężnego i nienal doskonałego nadczłowieka, miotanego tragicznymi i niszczącymi emocjami, które zniszczyłyby istotę mniejszego kalibru. Nemo jest romantycznym bohaterem w dokładnie takim samym stopniu, co dumasowscy Atos czy Edmund Dantes...
Aha, w ramach realizmu, którego od tej formy SF należy wymagać: koniecznie chcę scenę, w której Ned Lang, po paru miesiącach bez kobiecego towarzystwa, pożycza z biblioteki kapitana jakiś album o greckich rzeźbach, z dużą ilością nagich Afrodyt... 

PS. Przepisanie przez Alana Moore'a w Lidze niezwykłych gentelmanów się nie liczy i jakkolwiek Liga mnie zachwyciła, to kapitan miał w tym stosunkowo najmniejszy udział...
P. PS. Tak na marginesie, obrazek powyżej to ilustracja Edwarda Riou do francuskiego wydania, przedstawiająca Atlantydę.

niedziela, 03 maja 2009, ninedin

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2009/05/05 22:16:53
Powinienem puścić focha i teraz nie zostawiać komentarzy za to milczenie, ale...

pieprzyć to. Za to ja mam teraz chwilowy przestój w publikacji notek :)
Ta książka o której piszesz zawsze mnie ciekawiła, bo muszę przyznać, że to czego cedro najbardziej się boi to stwory wodny... ale mimo to jakoś nie dałem rady przebrnąć przez tę książkę. I chyba po jakiś 50 stronach spasowałem.
ps
Ale w recenzji pojawiło się nazwisko Stephensona. Czytałaś jego cykl barokowy, bo ja z wielkim zapałem sięgnąłem po żywe srebro i po ok 150 stronach stwierdziłem, że pierdolę. że inteligencja inteligencja, ale ja chce jakiś krwisty wątek zaspakający najniższe gusta może być zdrada, może romans, może seks może zbrodnia... ale jakos tak po prostu nie dałem rady.
-
2009/05/06 13:10:44
Ech... ja przepraszam za to milczenie i te przestoje, ale a) brak sieci w domu, b) praca naukowa zżerają mi ostatnio czas tak strasznie... Siedziałam przez tydzień w Oksfordzie na konferencji i dość umierałam z nerwów, mając wygłosić referat zaraz po światowym specjaliście nr 1 od tematu...
Verne'a dzisiaj czytać się nie da, tak naprawdę: ta książka zestarzała się tak strasznie, że dziś w zasadzie nie spełnia swojej podstawowej funkcji, czyli na czytadło się nie nadaje - ale jest w niej, w pomyśle, ciągle coś intrygującego, coś fascynującego; stąd moje marzenie, żeby ktoś to napisał jeszcze raz...
"Cykl barokowy" czytałam, choć jeszcze nie cały, i mam wobec tej książki strasznie mieszane uczucia: bo jak już zaczynałam czytać, to czytałam, czytałam, czytałam - ale jak odkładałam, to nie chciało mi do niej wracać. Stephensona uwielbiam za dwie wczesne książki, "Diamentowy wiek" i przede wszystkim "Zamieć" ("Snow Crash), bo to są olśniewające post-cyberpunkowe, z jadowitym humorem napisane arcydzieła. "Cryptonomikon" z kolei przyprawił mnie o ciężkie kompleksy - nic, ale to NIC nie rozumiałam z większej części narracji ;)
-
2009/05/06 16:14:36
Tak Tak Tak...
Ze Stephensonem jest fokładnie tak jak piszesz, jezeli zacząłem czytać to czytałem, ale jak odłożyłem, to nic mnie nie ciągneło z powrotem.
-
2009/05/07 12:44:23
Poprawka: u mnie tak było z "Cyklem barokowym". "Zamieć" mogę czytać w kółko (i robię to, mniej więcej raz w roku, i jak zacznę, to trudno mi przestać ;)). Ech, chyba o niej niedługo napiszę...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...