Blog > Komentarze do wpisu

Wielki Obecny i legion naśladowców

W ramach minirecenzji z opowiadań - kilka przykładowych tekstów znanych pisarzy (którzy często sami mają już status klasyków gatunku), odwołujących się do autora, którego można spokojnie nazwać Wielkim Ciągle Obecnym: H. P. Lovecrafta.

Na pierwszy rzut oka wydawałoby się, że lovecraftowska stylistyka (te wszystkie odwieczne, niewypowiedziane i bluźnierczo ohydne bestie z przedwiecznego chaosu....) się zestarzała, że jego bardzo w sumie proste w konstrukcji opowiadania, na dodatek dość przewidywalne, jeśli chodzi o schemat fabularny, odejdą na spoczynek na Półce Zasłużonych horroru, obok tekstów innych, trochę zapomnianych, ważnych dla gatunku i nie bardzo już dających się czytać klasyków (Clark Ashton Smith?). Tyle że tak by się mogło wyłącznie wydawać komuś, kto Lovecrafta zna ze streszczeń, a współczesnej fantastyki nie czyta - nie wiem, czy jest pisarz (łącznie z Tolkienem!) równie często i równie otwarcie przywoływany, trawestowany i cytowany przez współczesnych fantastów, jak Lovecraft. A że nie tylko fantaści czują z nim duchowe pokrewieństwo, dowodzi napisana przez Michela Houllebecque'a, niekwestionowaną gwiazdę literatury francuskiej (tego od Cząstek elementarnych) książka o samotniku z Providence, którą zamierzam na tym blogu zrecenzować całkiem niedługo.

I dzisiaj właśnie nie będzie o samym Lovecrafcie, a raczej o tym, jak go kilku cenionych współczesnych fantastów przerabiało.

 

The Boy and His God Charlesa Strossa jest jednym z tych tekstów, w których lovecraftowski motyw Wielkich Przedwiecznych został wykorzystany w przewrotny, a przy tym humorystyczny sposób. Tekst Strossa jest jadowicie ironiczny i nieodparcie przy tym śmieszny. Zbudowany jest w całości na odwołaniach i aluzjach: począwszy od tytułu, przekształcającego ironicznie tytuł The Boy and His Dog Harlana Ellisona, przez wspomniane wcześniej lovecraftowskie nawiązania aż po sarkastyczne kpiny z poprawności politycznej (w świecie Strossa to chłopcy noszą kolczyki i stroją się przed lustrem, a matka głównego bohatera martwi się, że ten mógłby się zainteresować dziewczynami, i co sobie wtedy inni chłopcy w klasie pomyślą?). Świat z Chłopca i jego boga jest światem (światkiem, raczej) optymistycznych, politycznie poprawnych ateistów, którzy hodują bogów dawnych mitologii jak domowe zwierzątka: tym większy absurd, kiedy w tym poukładanym światku pojawia się Wielki (no, może trochę pomniejszy) Przedwieczny...(1)

Stross zabawnie i inteligentnie bawi się skojarzeniami słownymi i całymi zwrotami przeniesionymi żywcem z Lovecrafta, z wyczuciem buduje obraz komicznie absurdalnego świata, w którym żyją Howie i jego bóg. Także zakończenie, równie radośnie absurdalne jak cała reszta tekstu (Pomniejszy Przedwieczny contra ciężarówka) pasuje do klimatu tekstu. Charakterystycznie - Stross sytuuje lovecraftowskich Wielkich Przedwiecznych nie tyle w świecie literatury, co w dziedzinie mitologii, wśród innych bogów (Howie może wybierać między paroma bóstwami egipskimi i jedną czy drugą osobą z Walhalli, ale mamusia postanawia, że Potomek Czarnej Kozy z Lasu będzie tańszy i łatwiejszy w utrzymaniu). H. P. L. byłby zadowolony z tej idei (i może trochę mniej zadowolony z będącego głównym źródłem komizmu w tekście Strossa zestawienia god i dog, bóstwa i domowego zwierzątka...).

(1) A raczej, jak się w końcu okazuje, Pomniejsza - i zazdrosna jak jasna cholera - Przedwieczna.

 

Parodią jest też tekst Neila Gaimana Shoggoth's Old Peculiar (w tomie Dym i lustra), ale Gaiman bawi się raczej w parodię samego Lovecrafta i opinii o nim (scena, w której dwóch kolesiów w pubie w angielskim Innsmouth przeprowadza analizę jego stylu, jest jedną z zabawniejszych, jakie Gaiman napisał). W to wszystko, oczywiście, wpleciona jest parodia w parodii: narracja z punktu widzenia kompletnie niewiarygodnego, jak się okazuje, narratora, będąca wiariacją na temat starego jak Ameryka żartu pt. Amerykanin w UK. Na dodatek okazuje się, że ten Cthulhu i ci przedwieczni i inne takie tam to nasze, angielskie, a ten wredny amerykański turysta, Love-bloody-craft, jak o nim mówią miejscowi, po prostu wziął i bezczelnie przeniósł akcję do Innsmouth, USA... (2). Lovecraftowscy Obcy i kompletna niezrozumiałość angielskiego małego miasteczka poza sezonem łączą się w umyśle Bena Lassitera w jedną, niepojętą i nie do ogarnięcia całość, i nie wiadomo, co bardziej dziwaczne i przerażąjące: zatopione R'lyeh i kultyści Cthulhu czy ploughman's lunch i angielska herbata...

 

(2) Lovecraft to nie jest zresztą jedyne źródło literackich aluzji w tym tekście Moment, kiedy nie wytrzymałam i zaczęłam śmiać się na głos (w autobusie!), to była chwila, kiedy Ben, narrator, awoke on the cold hillside, jak bohater-narrator La Belle Dame sans Merci Keatsa: zestawienie ofiary piwa Shoggoth's Old Peculiar w rodzinnym mieście Wielkiego Cthulhu z ofiarą wampirycznej Damy z romatycznego wiersza - nie, tego było już za wiele.


W charakterze przerywnika: "kolęda"

 

 

 

Shoggoths in Bloom Elizabeth Bear to przykład skrajnie innego i dość w sumie nietypowego podejścia do motywów zapożyczonych z Lovecrafta. Bear traktuje swoje lovecraftowskie aluzje absolutnie serio: nie mruga do czytelnika, nie bawi się, nie pokazuje, ile radochy można sobie dziś zrobić z Przedwiecznych mackowatych potworów. Przy tym nie spodziewaj się, czytelniku, że E. B. postanowiła pobawić się w swoją przyjaciółkę Sarę Monette i napisała horror. Nic, ale to absolutnie nic z tych rzeczy.

Wyobraź więc sobie, drogi czytelniku, że można użyć historii rodem z Lovecrafta do napisania - społecznie zaangażowanego opowiadania o niewolnictwie i rasowych prześladowaniach. W alternatywnym świecie późnych lat 30. Tak, proszę państwa. Opowiadanie o początkach holokaustu w Niemczech i o USA, w których na Południu ciągle jest segregacja rasowa. Z shoggothami.

Udane opowiadanie, dodajmy.

Paul Harding, główny bohater Bear, jest czarnoskórym uczonym, jednym z pierwszych; usiłuje badać dziwaczne, nie bardzo poddające się prawom biologii istoty zwane shoggothami, które raz na jakiś czas wypływają na wybrzeża, żeby - no właśnie, żeby co? Zakwitnąć? Rozmnożyć się? Nikt nigdy nie widział martwego shoggotha, ergo Harding podejrzewa, że mogą one być praktycznie nieśmiertelne i jako takie - przydatne do badań nad przedłużeniem życia. Tyle że okazuje się, że shoggothy są trochę czym innym, niżby się wydawało...

Sukces tekstu Bear polega po trochu na tym, że autorka nas zaskakuje. W usianym aluzjami do Lovecrafta tekście (shoggothy, Arkham, Uniwersytet Miskatonic), kiedy nieświadomy niebezpieczeństwa uczony wchodzi w kontakt z czymś, co czytelnik z łatwością identyfikuje jako Grozę z Innego Wymiaru, albo inny pomiot Nyarlathotepa, możemy podejrzewać, że Będzie Źle. Tymczasem tutaj Paulowi Hardingowi, synowi i wnukowi niewolników, nie dzieje się nic złego - może poza tym, że odkrywa dziwaczne podobieństwo między shoggothami a sobą. Kluczem okazuje się - jak to często zresztą bywa u samego Lovecrafta - stary, zagadkowy tekst, tyle że u Bear nie jest to zapleśniały manuskrypt z pradawnego miasta ani kamień pokryty dziwacznymi napisami Cthulhu R'lyeh, tylko nonsensowna dziecięca rymowanka o tym, że the master comes no more...

Kiedy do Hardinga dociera, kim tam naprawdę są obiekty jego badań, staje on przed fascynującym dylematem. Mógłby zakończyć coś strasznego, co właśnie zaczyna się dziać w Europie, mógłby poprawić los swoich ludzi, wszystkich ludzi - ale za cenę stania się panem niewolników. I co z tego, że niewolnicy chcą być niewolnikami, że marzą o tym, by panowie wrócili i zaczęli im wydawać rozkazy: Paul, potomek niewolników, nie chce i nie potrafi być panem. W końcu wydaje rozkaz - naucz się być wolny, mówi, i naucz swoich braci (3). Lovecraftowskie potwory u Bear są - pomysłowo i zaskakująco - smutne i melancholijne, a nie przerażające i niewymawialne

 

(3) Tak na marginesie, że nawiążę do mojego poprzedniego wpisu, w tym sensie Harding jest dokładnym i absolutnym przeciwieństwem postawy Adriana Veidta - człowiekiem, który nie weźmie w swoje ręce losu całej planety i nie zadziała dla dobra ludzkości, choć mógłby, bo nie zgadza się na cenę, jaką musiałby on sam i inni zapłacić. Woli pójść na wojnę. Woli zadziałać sam, osobiście, na swoją maleńką ludzką skalę.

 

A skoro już wróciłam do Adriana Veidta, to może warto dorzucić, że inteligentnie i też dość nietypowo posłużył się Lovecraftem również Alan Moore, tym razem w Lidze niezwykłych dżentelmenów, a konkretniej - we wplecionej w powieść graficzną historii zatytułowanej Allan and the Sundered Veil. Moore, który w ogóle jest znakomitym naśladowcą i pastiszowcem, pożenił, jak łatwo zauważyć po tytule, Lovecrafta z H. Riderem Haggardem (i z H. G. Wellsem, jak się okazuje) - i wyszło to znakomicie. Opowiadanie Allan and the Sundered Veil jest błyskotliwym pastiszem powieści o Allanie Quatermainie, zachowującym specyficzny styl Haggarda i jego ulubione motywy (mroczne ruiny, egzotyczna i groźna nieznajoma, tajemnicze orientalne narkotyki...). Tyle, że kiedy Allan podróżuje poza ciało, w dziwacznej, pozbawionej czasu przestrzeni spotyka się z potworami z innego wymiaru, przeciekającymi do naszej rzeczywistości; potworami, które mogą zniszczyć i zniszczą Ziemię - potworami opisanymi w znanych znakomicie z H. P. L. terminach. Lovecraft i jego mitologia zostają wpisani w ten sam ciąg, co opowieści Haggarda i Wellsa - a lovecraftowskie potwory stanowią w tym świecie ostateczne zagrożenie, ostatni możliwy stopień grozy. O ile Stross (a po części i Gaiman) Lovecrafta radośnie i bezczelnie parodiuje, a Bear przekształca i trawestuje, by wykorzystać jego pomysły do zupełnie innych, zaskakujących celów, o tyle Moore pisze pastisz, ale całkiem poważny, fanfik niemal: umieszcza historię rodem z Lovecrafta w quasi-współczesnym dla niej kontekście, traktując ją jako opowieść grozy par excellence i część pewnej ważnej dla siebie literackiej tradycji.

I jeszcze raz, tym razem mniej solennie, a bardziej frywolnie:



Dzisiaj największy problem z Lovecraftem jest, wydaje mi się, taki, że o ile straszyć sugestiami to on potrafi niesamowicie, o tyle, kiedy czytelnik dostaje wreszcie opis Potwornej Przedwiecznej Besti, z milionami macek i niewyobrażalnie potwornymi przyssawkami, często robi się nieodparcie wręcz śmiesznie. Po XX wieku, po jego potwornościach, można obawiać się wizji obcych, niepojętych i amoralnych sił rządzących kosmosem i obojętnych na ludzki los, ale trochę trudno bać się Czarnej Kozy z Lasu i Wielkiego Cthulhu w postaci megaośmiornicy... Może dlatego tak często autorzy odwołujący się do Lovecrafta uciekają w parodię, w komiczne potraktowanie jego pomysłów. Z drugiej strony, spójność paranoicznej lovecraftowskiej wizji dziejów i mitologii Wielkich Przedwiecznych nie przestaje fascynować i intrygować, ale też niepokoić - i może właśnie dlatego ciągle i ciągle do Lovecrafta wracają i pisarze, i kolejne pokolenia czytelników.

źródło ilustracji: blog.erdener.org; źródło klipów: youtube

piątek, 15 maja 2009, ninedin

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...