Blog > Komentarze do wpisu

Morderstwa i tajemnice

Jo Walton, Farthing, TOR Books 2005


Z okazji czwartego czerwca - będzie książka o wolności, a raczej - jej braku, a jeszcze bardziej - o cenie, jakiej nie warto płacić za pozorowaną niezależność. Farthing Jo Walton, kanadyjskiej autorki SF młodego pokolenia. Książka, która miała być rewelacyjna.
To ja może powiem od razu: jestem rozczarowana. Porządnie rozczarowana, muszę przyznać – zaczynało się rewelacyjnie, a skończyło mało ciekawymi i przeideologizowanymi oczywistościami.

Powieść Walton zaczyna się intrygująco, bo ... na pozór znamy każdy element tej układanki. Lucy Eversley Kahn, młoda Angielka z dobrej rodziny, popełnia mezalians i uczy się żyć z konsekwencjami. Szacowny polityk sir James Thirkie ginie zamordowany podczas przyjęcia u znajomych w eleganckiej posiadłości Farthing. Ambitny prowincjusz, inspektor Carmichael ze Scotland Yardu, musi zmierzyć się z zagadką zabójstwa, wiedząc, że wyższe sfery niekoniecznie mają ochotę z nim współpracować i niechętnie dzielą się swymi sekretami. Pod powierzchnią uładzonego i konwencjonalnego high life'u kłębią się ukryte namiętności, a uprzejme uwagi wymieniane w drodze do kościoła maskują tlące się od lat konflikty, niechęci i animozje. Wszystko już było.

Ale to nie jest kolejna obyczajowo-kryminalna książka setnej naśladowczyni Agathy Christie ani kolejny Inspektor Morse: za brytyjską granicą, za Kanałem, jest kontynent, a na kontynecie – jedno wielkie, potężne europejskie państwo. Tym państwem rządzi Adolf Hitler. Prezydent USA, Charles Lindbergh, nie zdecydował się na włączenie Ameryki w konflikt, Trzecia Rzesza wygrała wojnę w Europie, a Winston Churchill przegrał batalię o serca i umysły Anglików, co umożliwiło The Farthing Set, grupie konserwatywnych polityków, doprowadzenie do zawarcia pokoju z Hitlerem. Anglia i Rzesza koegzystują teraz w pokoju i względnej przyjaźni. Gra się w krykieta, jeździ na wyścigi i ogranizuje garden parties na trawnikach. Jest pokój, wreszcie pokój, a na dodatek Anglia całkiem sporo zyskała na pokoju z Hitlerrem. Nikt nie rozmawia o Żydach, ostatecznym rozwiązaniu i obozach koncentracyjnych.

W pierwszej części powieści Walton napisała błyskotliwy pastisz: jej powieść ma wszelkie elementy klasycznego brytyjskiego kryminału z wyższych sfer, a czasem niemal jego parodii (łącznie ze służącym pytającym detektywa z niedowierzaniem: chyba nie podejrzewa pan nikogo ze służby?), ale nie dajmy się zwieść pozorom. Spod tego małego światka, w którym panna Marple poczułaby się jak u siebie w domu, co rusz wychyla się ten większy, bardziej niebezpieczny, odrażający.

Farthing jest, wbrew pozorom, w takim samym stopniu powieścią polityczną i społeczną, co kryminałem. Już od pierwszej sceny, kiedy David Kahn, mąż Lucy, wraca wściekły do pokoju, pojawia się wiodący temat, który będzie przewijał się przez całą narrację: uprzedzenia. Po pierwsze – antysemityzm. Nie tylko ten przerażąjący, zabójczy, po drugiej stronie Kanału, ten od fabryk śmierci i mydła z ludzi: także ten malutki, codzienny, na pozór mało szkodliwy, który każe porządnemu i uczciwemu policjantowi stwierdzić z pełnym przekonaniem: Z takim Żydem to nigdy nic nie wiadomo, kto tam wie, co mu odbije – takie sobie banalne zło... Ale Walton nie ogranicza się do antysemityzmu: przygląda się uważnie wszelkim uprzedzeniom, wszelkim barierom, jakie ludzie bezsensownie i bez powodu budują między sobą. Nie umyka jej oku ani snobizm rodziny Lucy i po trochu jej samej - “jesteśmy lepsi od prostaków z gminu, bo z lepszej gliny ulepieni”, mogłoby brzmieć motto jej matki – ani kąśliwe uwagi Angeli Thirkie o szwagrze, który jej zdaniem woli panów, czy pobłażliwe leceważenie, z jakim Carmichael traktuje konieczność przesłuchiwania uznawanych z góry za głupsze kobiet. Autorka jest przy tym (do czasu przynajmniej) subtelna i przewrotna: raczej sugeruje niż mówi wprost, podpowiada zamiast wskazać palcem. Pomaga jej w tym podział powieści na głosy: narratorka Lucy Kahn jest naiwna i choć na pewno nie głupiutka, to jednak bardzo mocno związana zasadami i konwencjami swojej sfery), a drugi wątek ma z kolei narrację prowadzoną z punktu widzenia potrójnego outsidera: policjanta, londyńczyka i człowieka z innej sfery – poczwórnego nawet, jak się w pewnym momencie okazuje, kiedy staje się jasne, że Carmichael za kobietami nie przepada w więcej niż jednym znaczeniu...

Morderstwo sir Jamesa nie jest jednak, wbrew pozorom, w centrum uwagi. Ważniejsze wydaje się w tym wszystkim małżeństwo Davida i Lucy, nietypowe nie tylko dlatego, że David jest Żydem, ale i ze względu na to, że w ich małżeństwie zawsze obecna jest trzecia osoba: jej nieżyjący ukochany brat, dla niego niegdyś kochanek, Hugh. I tu, niestety, zaczynają się kłopoty...

Hugh, nieco uprzedzając opinie Alfreda Kinseya, był zdania, że znacząca większość ludzi jest biseksualna (Macedonian, w jego terminologii), a stosunkowo niewielka homoseksualna (Athenian) lub heteroseksualna (Roman). Pomijając fakt, jak rzutuje to na wiedzę Hugha o antyku (a nie najlepiej, nie najlepiej...), autorka najwyraźniej podziela to przekonanie – znacząca większość postaci w jej powieści (Hugh, David Kahn, inspektor Carmichael, Mark Normanby, ale też Mamusia i panna Dorset) to osoby o homoseksualnych inklinacjach. Ja osobiście mam mieszane uczucia co do takiego rozwiązania – z jednej strony, Walton udaje się w ten sposób uniknąć starego jak świat problemu “Przedstawiciel mniejszości = ktoś specjalny”, i obojętne, czy specjalny = zły zabójca, czy też specjalny = nieszczęsny, niewinny anioł. Nikt nie może zarzucić Walton, że ukazuje akurat osoby bi/ - homoseksualne w jednej konwencji: David jest czarujący, Mamusia i Mark upiorni, a między nimi jest całe spektrum zachowań. Z drugiej strony – nie wiem nawet, jak to sformułować – za dużo? Za oczywiste? Skrajnie prawicowy, by nie rzecz, faszyzujący, polityk partii konserwatywnej, który głośno krytykuje dewiacje, a prywatnie daje się złapać na seksie z nieletnim chłopcem, po czym tuszuje sprawę – jak mało oryginalnym można być w kreacji swojego czarnego charakteru? W niektórych z kolei przypadkach (Mamusia to przykład klasyczny) informacja o orientacji seksualnej postaci nie jest czytelnikowi absolutnie i do niczego potrzebna i przynajmniej ja miałam wrażenie, że autorka tę informację umieszcza wyłącznie, żeby trochę poepatować (swoją poprawnością polityczną, znaczy).

Mam też problem z głównymi bohaterami. David Kahn wydaje się - najbardziej ze wszystkich postaci – obliczony na zrobienie pozytywnego wrażenia na czyteniku, bo ukazany jest jako najbliższy współczesnej mentalności. Syn prześladowanego narodu, bohater wojenny kraju, w którym go nie chcą, podczas wojny stracił człowieka, którego kochał, a mimo to zdołał odnaleźć się w powojennej rzeczywistości. David jest czułym kochankiem i mądrym mężem, rozumiejącym ambicje i pomysły żony; popiera związki zawodowe, a majątek, jaki posiada, zainwestował w bank, udzielający małych kredytów biednym, prostym ludziom. Nie ma uprzedzeń ani snobizmów, jakich pełni są wszyscy dookoła – reaguje tak, jak reagowałby współczesny, lekko lewicujący intelektualista. Podobnie z Lucy, która okazuje się znacznie mądrzejsza, dojrzalsza i - powiedzmy to szczerze - dwudziestopierwszowieczna, niż mogłoby się wydawać: wyszła za Żyda i eks-kochanka brata, z homoseksualizmem tegoż brata nie miała, mimo odebranego wychowania, żadnego  problemu, a na dodatek potajemnie wspiera finansowo dzieło ratowania ofiar Hitlera na kontynencie i rozumie, mimo braku informacji, czym są obozy koncentracyjne... No nie. Za dużo tego. Jestem zaskoczona faktem, że pisarka tak ewidentnie inteligentna i tak świetnie znająca konwencje literackie jak Walton wpadła w tak prostacką pułapkę, będącą zwykle problemem autorów marnych romansideł historycznych  - stworzyła w (quasi)historycznych realiach postacie reprezentujące dokładnie taki współczesny punkt widzenia, jaki sama popiera... Rozumiem, że to się zdarza autorce Sagi o ludziach lodu, ale kiedy w końcu pogodziłam się z myślą, że David i Lucy NIE MAJĄ WAD i fukcjonują wyłącznie jako TUBY POGLĄDÓW AUTORKI, to poczułam się naprawdę rozczarowana.

Rozczarowujące jest jeszcze jedno: autorka początkowo przykłada mnóstwo wagi do próby przekonania, czytelnika że oto dostał kolejną powieść z cyklu "Morderstwo w wiejskiej posiadłości". Tyle że, niestety, taki koncept wymaga konsekwencji. Jeżeli chcemy nabrać czytelnika i pobawić się konwencją kryminału, to błędem w sztuce wydaje się zlekceważenie tej konwencji od pewnego momentu i "wyjaśnienie" sprawy morderstwa przy pomocy spisku tak nieprawdopodobnego, że aż śmiesznego... Stojący za nim motyw polityczny jest bardziej prawdopodobny (i nieodparcie kojarzył mi się z V for Vendetta, książką, nie filmem), ale nie wystarczy wymyślić dobre uzasadnienie dla zbrodni doskonałej, jeśli sam plan zbrodni okaże się amatorszczyzną...

Kiedy czytałam tę powieść – z jej opisami śniadań na wsi, konnych przejażdżek w słońcu i życia wyższych sfer – w dziwaczny sposób przypominało mi się opowiadanie Ursuli K. Le Guin Ci, którzy odchodzą z Omelas. Anglia u Walton to takie jedno wielkie Omelas, płacące za swój spokój i swoją wiejską sielankę cierpieniem niewinnej ofiary. Ofiary nikt nie lubi i nikomu na niej nie zależy, a dobro ogółu powinno przecież ustąpić przed dobrem jednostki, prawda? Tyle że są jeszcze ci, którzy odchodzą z Omelas, bo sumienie nie pozwala im cieszyć się szczęściem, kupionym za cenę cierpienia. I to jest świetny pomysł, zawsze był (u Le Guin naprawdę przerażał). Gdyby tylko u Walton okazał się w mniej oczywisty sposób zrealizowany...
Wolę Człowieka z wysokiego zamku. Wolę Fatherland Harrisa; te dwie są przynajmniej nieprzewidywalne.

Źródło ilustracji: http://www.bigpulp.com/Images/review_bookcovers/review_walton_farthing.jpg

czwartek, 04 czerwca 2009, ninedin
Tagi: Jo Walton

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2009/06/04 09:33:39
Cóż, to chyba nie dla mnie... W tej chwili kończę "Yiddish Policemen's Union" Chabona. O... żydowskim policjancie rozwiązującym kryminalną zagadkę w alternatywnej rzeczywistości. Z pewnością napiszę coś więcej u siebie, jak zbiorę myśli po lekturze. A będzie co zbierać :)
-
2009/06/04 09:43:27
Nie, nie warto - zaczynało się naprawdę fajnie, ja bardzo lubię wszelkie pastisze i parodie, a to wyglądało na oryginalną zabawę kryminałem a la Agatha Christie.

Ale to jest niesamowity zbieg okoliczności - ja właśnie zaczęłam "Yiddish Policemen's Union" wczoraj i też zamierzam napisać, jak tylko przeczytam... Nawet mnie kusiło, żeby w ostatnim zdaniu tego wpisu wtrącic, że jak ktoś ma ochotę na lepszą alternatywną historię z Żydami w tle, to ja zdecydowanie polecam Chabona zamiast Walton...
-
2009/06/06 12:17:42
Błagam... Błagam... Błagam...
Napisz coś o Ludziach Lodu.............................
Please :-)
-
2009/06/06 13:47:42
Hmmm... to nie jest najgorszy pomysł na tekst.... :)
-
2009/06/06 15:04:00
Wiem, że to podobno to wstyd się przyznać, ale ja się na tej książce po prostu wychowałem jako 13-14latek zaczytywałem się w tych powieściach Sandemo z prawie biblijnym nabożeństwem. W ogóle sama oprawa była taka sensacyjna, bo oczywiście musiałem to robić ukrywając się przed rodzicami, którzy zabraniali mi czytac z powodu złych ocen. ;-) Wtedy kompletnie nie przeszkadzały mi te wszyskie mierności jej talentu. Po prostu udało jej się bez względu na jakość zamknąć w swojej sadze wszystko, co kocham w popliteraturze: kostium historyczny, domieszka horroru, fantastyka i odrobina melodramatyzmu... ale takiego w stylu przemineło z wiatrem. Najbardziej emocjonowałem się w 3,4 i 5-tym tomie hehe
-
2009/06/06 19:02:00
No widzisz, ja miałam podobnie - tyle że legalnie, tzn. za zgodą rodziców, choć książkę trzeba było najpierw wydrzeć przyjaciółce, która miała kasę i kupowała wszystkie kolejne tomy, a potem uprzedzić w czytaniu siostrę, która jak już zawłaszczyła, to się nie chciała podzielić, póki nie skończyła...
To zresztą w sumie okropna literatura była... ale jak się to czytało!
-
2009/06/07 12:51:41
okropno, okropno... ale nie wiele książek później tak despotycznie mną zawładneło...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...