Blog > Komentarze do wpisu

Nie zdradza i nie wymienia imienia ni pochodzenia

Chelsea Quinn Yarbro, Hotel Transylwania, przeł. Radosław Kot, Rebis 2009

 

ten wpis jest specjalnie dla eruany: żeby dać jej jakąś podpowiedź, czy chce to czytać...

aha: spoilery...

To już bodaj trzecie wydanie tej powieści po polsku: pierwsze ukazało się w roku 1990, drugie, w nowej, jeszcze brzydszej okładce - parę lat później, a trzecie, nowe, choć w tym samym przekładzie Radosława Kota - właśnie teraz, a konkretnie - 30 czerwca.

Ja osobiście przeczytałam tę książkę po raz pierwszy właśnie w roku 1990, jako nastolatka, i szaleńczo mi się wtedy podobała, choć już wówczas, o ile pamiętam, byłam dość świadoma kiczowatości całego mnóstwa pomysłów autorki... Ale co tam odrobina kiczu - jeżeli oprócz niej dostaje się romantycznego hrabiego-wampira w koronkowym żabocie w charakterze głównego bohatera...
Powieść Yarbro otwiera jej cykl o wampirach, którego głównym bohaterem jest hrabia de Saint-Germain, postać jak najbardziej autentyczna i już przez współczesnych uważana za niezwykłą: wynalazca, magik, filozof i mistyk-okultysta, głoszący się nieśmiertelnym, którego pochodzenia i prawdziwego imienia nie znał nikt z jego znajomych i którego ponoć widywano wiele lat po rzekomej śmierci. U Yarbro tajemnicą St. Germaina jest jego wampiryczna natura: to jej hrabia zawdzięcza zarówno swoją długowieczność, jak i posiadane tajemnicze moce...
Jeżeli jest coś, co łączy Yarbro i jej ideę wampirów z Anne Rice, to fakt, że i u jednej, i u drugiej nader znaczący jest motyw erotyczny: zarówno wampiry Rice, jak i Yarbro, to doświadczeni i skuteczni uwodziciele, którzy często wykorzystują w ars amandi swoje nadludzkie moce. Różnicą zasadniczą jest zaś (poza faktem, że St. Germain jest, przynajmniej w tej pierwszej powieści, zdecydowanie heteroseksualny) to, że St. Germain jest w swoim wampiryzmie dogłębnie etyczny. Kocha ludzi, stara się nie zabijać swoich ofiar, a kiedy się nimi pożywia, daje im niezwykłą rozkosz i cudownie erotyczne sny... (wspominałam już coś o kiczu, prawda?). Yarbro zresztą swoją koncepcję wampira całkiem sensownie przemyślała, unikając zarówno wprowadzania jakichś znaczących zmian w micie wampira, jak i całkowitej schematyczności. Hrabia St. Germain nie boi się jakoś szczególnie światła dnia, ale nie może przejść nad płynącą wodą (choć dzięki butom a la Elton John, ale z obcasami wypełnionymi ziemią, nauczył się radzić sobie z tym drobnym problemem) i nie ma najmniejszych trudności z chodzeniem do kościoła i uznawaniem boskości Jezusa; boi się ognia i kołków, ale nie pojedynków i pistoletów; życie nie nudzi go, jak starych wampirów Rice, choć po świecie chodzi od bardzo, bardzo dawna... Nie ukrywa się przed ludźmi, a wręcz przeciwnie - chętnie i często wśród nich przebywa, zmieniając tożsamości i osobowości, szukając towarzystwa śmiertelnych nie tylko dla ich krwi, ale i dlatego, że ich po prostu lubi. Gdy zaś chodzi o rozkosze - jak to bywa typowo w micie wampira (a zupełnie nie jak u Anne Rice), ukochane St. Germaina muszą zadowolić się erotycznymi snami, bo hrabia, ożywiony nieumarły, jest niezdolny do żadnych aktów, związanych z przekazywaniem życia...
Historię hrabiego St. Germaina umieszcza Yarbro na wyjątkowo atrakcyjnym historycznym tle: osiemnastowiecznej, przedrewolucyjnej Francji i jej dekadenckiego dworu. Tuż pod bokiem króla rozkwita magia i czarne msze, pleni się grzech i zepsucie - a jego żywymi wcieleniami są Achille Cressie, zdemoralizowany arystokrata-homoseksualista, a przede wszystkim - sadystyczny morderca Clotaire de Saint Sebastien, przywódca satanistycznej sekty, pragnący złożyć w ofierze Szatanowi niewinną dziewczynę, obiecaną mu, zanim się jeszcze narodziła...

Powieść Yarbro jest w znacznie większym stopniu awanturniczym romansem spod znaku płaszcza i szpady niż czymkolwiek przypominającym horror, a i sam St. Germain bardziej przypomina Dumasowskich romantycznych bohaterów niż Draculę czy Lestata. Także i motywy, z których Yarbro czerpie, należą raczej do skarbnicy (a czasem lamusa...) powieści przygodowej: tajemnicze podziemia Paryża, mroczne zaułki, czarne msze i dawne przysięgi, o których chętnie by się zapomniało, pościgi powozów, ucieczki i pojedynki... Problem z powieścią Yarbro polega na tym, że zbyt często sięga do lamusa zamiast rekwizytorni i wyciąga z niego mocno schematyczne pomysły. Widać to zwłaszcza w konstrukcji dwóch głównych pozytywnych bohaterek, Lucienne Cressie i Madelaine de Montalii. Lucienne to typowa, modelowa udręczona dziewica: wydana za zdeprawowanego homoseksualistę, a następnie wplątana w satanistyczne machinacje męża, zostaje, jak to bywa z takimi postaciami, poddana przez autorkę wszelkim możliwym torturom, a jedyne ukojenie przynoszą jej sny zsyłane przez wampirycznego przyjaciela... Madelaine z kolei jest typową współczesną dziewczyną, przeniesioną przez autorkę w XVIII wiek z dobrodziejstwem inwentarza: wyzwoloną, choć dziewicą, akceptującą wampira, choć wychowaną przez zakonnice, szczerą, samodzielną i odważną - a przez to, w nieunikniony sposób, nieciekawą...

Summa summarum, Yarbro bliżej jest do opisywanej przeze mnie jakiś czas temu Barbary Hambly i jej serii o Jamesie Asherze, niż Anne Rice: element przygodowo-awanturniczy przeważa u nich obu zdecydowanie nad horrorowym czy erotycznym, niezwykle ważnym u Rice. Hambly jest lepszą pisarką, a jej bohaterowie, a zwłaszcza bohaterki, są mniej schematyczni; ale Yarbro całkiem przyjemnie się czyta - czego dowodem fakt, że dwukrotnie już zdarzało mi się do tej książki wracać. Miła lektura na plażę albo na wieczór z herbatą i ciastkiem...
Dla chętnych - całkiem sporo sequeli, jak dotąd nieopublikowanych po polsku.

PS. Tytuł z Kopciuszka J. Brzechwy - bo i historia Madelaine ma z nim co nieco wspólnego...

Źródło ilustracji: http://www.rebis.com.pl/rebis/import/books/K3816/covermin.jpg

czwartek, 25 czerwca 2009, ninedin

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Viva la cabaret! z HORROR STORY
Z góry przepraszam za długość notki, za ciągłe zbaczanie z tematu i nachalne dygresja... Cóż, przynajmniej udało się bez spojlerów   Obok Hotelu Transylvania , który zdominował przez ostatni tydzień mój chłopięcy umysł, tak trochę nieśmiało, z ... »
Wysłany 2009/08/09 10:13:24
Komentarze
2009/06/25 20:16:46
Dziękuję za recenzję:) I obstaję przy swoim niezdecydowaniu - jeśli spodoba mi się, jak już ją sobie dokładnie obejrzę, to kupię:) Nie spodziewałam się zresztą barwnych bohaterek, to chyba jakiś ułom lat 70. i 80., że nie książki w tej materii nie wychodzą poza pewien schemat...
-
2009/06/25 21:31:02
Ja też dziękuję - upewniłem się w przekonaniu, żeby omijać z daleka ;)
Zwłaszcza, że mam, co czytać - leży przede mną świeżutki egzemplarz pierwszego tomu wiadomej trylogii pani Friedman. Trochę jeszcze poleży, ze względu na nawał innych zajęć, ale kilka kartek przeczytałem jeszcze w księgarni i jest naprawdę nieźle :)
-
2009/06/25 23:12:41
Zgadzam się - to stanowczo nie jest żadna rewelacja, ot, takie sobie wakacyjne czytadełko. Autor mniej nastawiony na romansowość, a bardziej np. na historię albo nawet na horror pewnie byłby w stanie wycisnać więcej z tego materiału i napisać o tym samym ciekawszą książkę...
-
2009/06/26 08:59:10
Nawet o książce zdecydowanie jednorazowego użytku (bo na taką wygląda mi ta zrecenzowana) umiesz napisać tak, że ma się na nią ochotę :-)

***
Lubię rozpoznawać cytaty, ale tym razem dostałam lekkiego klapsa - byłam przekonana, że cytat użyty w tytule musiał w dziele oryginalnym pojawić się zaraz po słowach "Przebóg, cóż to za szkarada, / Nie odchodzi i nie gada"...

A tu nie. A tu - "Kopciuszek"!

Zgroza, zgroza.
;-)
-
2009/06/26 09:21:52
No tak, bo to jest taki harlekin fantasy/proto-paranormal-romance :P. Idealne na plażę albo kiedy ma się czternaście lat :P.
I dzięki za komplement - bardzo mi miło :)
A ta nieszczęsna fraza z [i[Kopciuszka Brzechwy uczepiła się mnie niedawno (pamiętałam ją z dzieciństwa i w ramach jakichś ostatnich ataków sentymentalizmu postanowiłam sobie to dziełko przypomnieć) i nijak nie może wyjść mi z głowy...
-
2009/06/26 09:59:31
Wiedziałem, że kojarzę ten twój tytuł, a to ze starego kopciuszka... He He

A w ogóle to spadajcie z tym Hotelem Transilvania. Ja teraz dostaje orgazmów czytelniczych, bo czytam nowego Małeckiego ;-)
-
2009/06/29 10:00:09
Ninedin, mam pytanie offtopiczne, bo kiedy dwoje ludzi niezależnie od siebie powiedziało mi, że "ex definitione" oczywiście tak, ale można też pisać/mówić "ex definitio" i to nie jest błąd, stwierdziłam, że muszę zaczerpnąć informacji z wiarygodnego źródła. Można? I to nie jest błąd?
-
2009/06/30 10:19:13
Uwaga gramatyka :P
Z punktu widzenia gramatyki łacińskiej poprawne jest tylko "ex definitione", bo ex łączy się z ablativem. Ex definitio nie bardzo ma sens z łac. punktu widzenia, bo przyimek raczej nie może łączyć się z mianownikiem. Ale - ale być może jest jakiś uzus współczesny, o którym nie mam pojęcia :)
-
2009/07/08 11:55:34
Ha! Wiedziałam, że prawnikom nie można wierzyć!
Wyłącznie w tej kwestii, naturalnie ;-)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...