Blog > Komentarze do wpisu

Kanon: W poszukiwaniu angielskiej magii

Susanna Clarke, Jonathan Strange and Mr. Norrell, Bloomsbury 2004 (wydanie polskie: Jonathan Strange i pan Norrell, przeł. M. Kolodzinska-Hesko, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2005)


No dobra – spoilery. Miało ich nie być, ale są, niestety..


Od roku 2004 Susanna Clarke otrzymała za swoją debiutancką powieść chyba wszystkie możliwe nagrody, jakimi światek fantastyczny mógł ją obdarzyć. Ergo, jest w kanonie. Ergo, mogę (hurra!) pod takim nagłówkiem o niej napisać; a robię to z przyjemnością, bo to jedna z moich ulubionych książek.

OK, to nie jest książka dla każdego. A dlaczego nie? Ano dlatego, że znam co najmniej parę osób, które śmiertelnie znudziła. I rzeczywiście – jeżeli ktoś jest fanem wyłącznie klasycznej high fantasy, w której muszą być elfy, krasnoludy i Wielka Wojna o Przetrwanie Świata, jeżeli ktoś preferuje historie pełne bitew, krwi, potu i łez, jeżeli komuś do szczęścia potrzebna jest pędząca akcja, a irytują go dygresje, Jane Austen, Dickens i przypisy (i łacina) – to niech się lepiej za Clarke nie bierze, szkoda jego czasu. Rozmiar dzieła Clarke jest co prawda epicki, a i trafia się w nim całkiem konkretna wojna (Anglików z Napoleonem, znaczy się) – ale nie do końca o to w tej powieści chodzi.

Na swoich półtora tysiącu stron Susanna Clarke snuje skomplikowaną i nieśpieszną opowieść o Anglii, angielskości i magii. Magia, otóż, była w świecie – a przynajmniej w Anglii – obecna, i to całkiem konkretnie, jeszcze w średniowieczu. Mniej więcej od renesansu zaczęła zamierać; praktyczna magia zanikła, pozostawiając po sobie, jako jedyny ślad, jeszcze jedną dziedzinę inspirowanej scholastyką nauki – historię i teorię magiczną. To nią zajmują się, po wielu, wielu latach, uczeni i badacze na uniwersytetach i w towarzystwach naukowych. Czasami nowi, młodzi i naiwni członkowie pytają o praktyczną magię i zostają odpowiednio z góry potraktowani ([the question] presupposes that magicians have some sort of duty to do magic which is clearly nonsense. You would not, I imagine, suggest that it is the task of botanists to devise more flowers?)- i tak się dzieje aż do czasu, kiedy w roku 1807 szacowne grono teoretyków magii z Yorku staje twarzą w twarz z podstarzałym gentelmanem w stroju z poprzedniej epoki, który bezczelnie oświadcza im, że potrafi sprawić, by kamienie katedry przemówiły...

Gilbert Norrell, Esq., jest dumny, że może nazywać się jedynym magiem w Anglii – ale może do czasu; bo niedługo przychodzi moment, w którym Norrell doczekuje się ucznia – a później rywala; bo mistrz i uczeń, pan Norrell i Jonathan Strange, są w tym przypadku tak od siebie różni, że konflikt między nimi jest nieunikniony. A przecież na dodatek żaden z nich nie jest jedynym magiem w Anglii. Nad nimi wszystkimi: nad Norrellem w jego osiemnastowiecznej peruce i nad melancholijnym Strangem, nad na pozór prostym Johnem Childermassem i nad ulicznym oszustem Vinculusem, jest jeszcze cień największego z magów Brytanii, tego, który nigdy nie umarł, a z którego odejściem odeszła i magia. John Uskglass, ciemnowłosy bezimienny niewolnik w koronie z bluszczu, który nazwał sam siebie Królem Kruków i powrócił z krainy czarów, by na trzysta lat zostać królem północnej Anglii, jest ucieleśnieniem angielskiej magii i ukrytym bohaterem powieści Clarke, choć pojawia się w niej raczej jako bohater w opowieści i legend niż jako postać (upraszczam straszliwie w tym momencie, w celu nie-spoilerowania).

Tak naprawdę, żeby w pełni docenić powieść Clarke, trzeba widzieć – albo umieć sobie wyobrazić – północną Anglię. Nie celtycką Szkocję za Murem Hadriana, o nie – raczej Yorkshire: wrzosowiska na wzgórzach pod szarym niebem, rzędy głogów wzdłuż kamiennych resztek rzymskich dróg, tarniny szarpane ulewą, samotne domy z szarego kamienia, miasteczka w dolinach – i York z jego baśniową, niesamowitą katedrą w sercu średniowiecznego miasta. Choć akcja co rusz prowadzi nas gdzie indziej – do Londynu, do Hiszpanii, do Rzymu – to właśnie na północy Anglii są ukryte odpowiedzi i na północy Anglii trzeba szukać serca brytyjskiej magii i sekretu jej śmierci i odrodzenia.

Konflikt między Norrellem (osiemnastowieczny strój i peruka, wiara w mędrca szkiełko i oko, najgłębsze przekonanie o wartości – głównie własnego – rozumu) i zaprzyjaźnionym z Byronem, skłonnym do melancholii i ukrywającym mroczną rodzinną tajemnicę Jonathanem Strangem jest, co widać niemal od razu, konfliktem między człowiekiem Oświecenia a romantykiem. Jeżeli bowiem miał przyjść czas na powrót magii – to kiedy, jak nie wraz z Romantyzmem? Brytyjska magia jest u Clarke nierozłącznie związana z dawnymi opowieściami, z zapomnianymi rzymskimi drogami i historiami o elfach i krainach pod kopcem, z ludowymi balladami, jak ta o Tomaszu Rymopisie, z ludowością w ogóle i z wiarą w specjalne znaczenie pewnych miejsc, roślin, słów – z tym wszystkim, co triumfalnie powróci właśnie w okresie Romantyzmu. Nieprzypadkowo ,w tej jedynej scenie, w której Król Kruków ponownie chodzi po swojej ziemi, przypomina on Childermassowi, raczej anachronicznie, pastora metodystów albo poetę-Romantyka...

Tak, to jest powieść o tym, co to znaczy być Anglikiem (w mocno alternatywnym świecie, dodajmy) i angielskim magiem. Ale ten wpis ma swoje ograniczenia i nie bardzo jest miejsce, by napisać, o czym jeszcze jest ta powieść. A jest i o wojnie z Napoleonem (jak ktoś lubi Naomi Novik albo Sharpe'a Bernarda Cornwella, porównanie aż się prosi), i o nieudanym małżeństwie (bardzo inteligetnie opisanym) i o lordzie Byronie, i o złośliwym a przewrotnym elfie z włosami jak oset, i o szalonym królu, i o historii magii, o Grand Tour i o wskrzeszaniu żony premiera... i o milionie innych spraw. Clarke snuje swoją narrację powoli, ale też chętnie meandruje i zbacza z tematu, zawraca, powtarza, komentuje swoją opowieść dzięki dziesiątkom fikcyjnych przypisów, tak że niełatwo jest śledzić poszczególne wątki, a i wyróżnieniem, które są główne, może być trochę kłopotu...

Jest to też powieść z jednej strony bardzo tradycyjna i zakorzeniona w pewnych konwencjach literackich, z drugiej – zaskakująco nowoczesna. Jej tradycyjność polega na odwołaniu się do wzorców spod znaku Jane Austen z jednej, a wiktoriańskiej literatury realistycznej (a la Dickens) z drugiej strony. Clarke, na przykład, nie unowocześnia sposobu narracji, nie wprowadza wynalazków w rodzaju strumienia świadomości, nie robi niczego, czego nie zrobiłyby jej wzorce (nie opisuje np. scen erotycznych, za co się jej od jednego z recenzentów oberwało). Z drugiej strony, przyjęcie dziewiętnastowiecznego modelu nie oznacza przyjęcia dziewiętnastowiecznej perspektywy: kiedy Clarke pisze o czarnoskórym Stephenie Blacku, o roli i życiu służby, o kobietach i małżeństwie, o tym, co dzieje się poza fasadą arystokratycznego światka – w jej zdystansowanej, lekko ironicznej narracji widać wyraźnie, że rozumie te tematy zupełnie inaczej, niż robili to jej regencyjni i wiktoriańscy idole...

Tak więc, krótko mówiąc: dla zwolenników trochę bardziej skomplikowanej literatury. Dla tych, co im nie przeszkadzają dygresje od dygresji od dygresji. Dla tych, co nie muszą biec za wątkiem jak pies gończy za tropem i nie gubią się wśród tłumów bohaterów. Dla wielbicieli Dickensa i trochę mniej dla wielbicieli Jane Austen (mało romansu, wbrew pozorom). Dla cierpliwych. Dla lubiących narracyjne zabawy i literaturę dziewiętnastego wieku. I dla tych, co jak ja, zakochali się w burzowym niebie nad wrzosowiskami Yorkshire, zanim jeszcze je zobaczyli na własne oczy, a od kiedy zobaczyli, noszą je po wewnętrznej stronie powiek.

wtorek, 07 lipca 2009, ninedin

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2009/07/08 08:39:26
To też jest książka z długiej listy moich zaległości. Ale po tej recenzji przesuwam ją na wyższą pozycję.
-
2009/07/12 23:36:08
Cieszę się :) I mam nadzieję, że się nie rozczarujesz ;). Tak to jest z tymi ulubionymi książkami - człowiek chciałby je polecić, komu się da, a potem się boi, że się nie spodoba... :)
-
2009/07/15 16:32:19
Hmmm... Kupiłam jakiś czas temu tom opowiadań Clarke o Strange'u i tym drugim, Norrellu i... bardzo się rozczarowałam. Nudna, nudna, nudna, i to nawet nie to, że styl nie taki, czy że akcji brak, to opowiadania zwyczajnie i po prostu o niczym! Żadnej w nich treści. To skutecznie zniechęciło mnie do jej cyklu.
-
2009/07/15 16:54:39
Ja tam ją właśnie za to lubię: że jej teksty są trochę "o niczym", to znaczy, że narracja snuje się powoli i dopiero gdzieś na samym dnie, pod wszystkimi zabawami literackimi, pozami, pod mnóstwem nakładających się na siebie wątków, których ważność trudno w pierwszej chwili ustalić, siedzi jakaś historia, jakaś - bo ja wiem? - nauka? - którą można z tego tekstu wyciągnąć. W opowiadaniach Clarke przede wszystkim pastiszuje, w powieści (nie cyklu, przynajmniej na razie nie; polski podział na 3 części był dość arbitralny, to oryginalnie była jedna i jednorazowo wydana powieść) trochę mniej - ale tak jak napisałam, zdaję sobie sprawę, że to jest książka, która mnóstwo ludzi wykończy. Albo się takie snucie się lubi (jak ja :)), albo nie :)
-
Gość: Aragonte, 193.59.127.*
2015/06/22 15:51:34
Dodam tylko, że to książka, która moim zdaniem świetnie wypada w powtórkach - właśnie skończyłam dzisiaj czytać ją po raz drugi (żeby obejrzeć serial mając świeżo w pamięci fabułę) i jestem zachwycona znacznie bardziej niż przedtem, wyłowiłam mnóstwo smaczków i humoru. I to ten typ książki, o której nie przestaję myśleć od razu po odłożeniu na półkę - świat pani Clarke siedzi mi teraz w głowie, a wewnętrzna strandżystka walczy (dość skutecznie) z norrelistką ;) Podczas powtórki odkryłam też, jak świetną postać stanowi Childermass :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...