Blog > Komentarze do wpisu

Kanon: Zimą na Zimie

Ursula K. Le Guin, The Left Hand of Darkness, ACE Books 1969; wydanie polskie: Lewa ręka ciemności, przeł. (błyskotliwie) L. Jęczmyk, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1988

 

nieuniknione spoilery...


Dookoła jest wściekle gorąco, słońce praży, lato w pełni - a mnie się zatęskniło nagle i boleśnie za jedną z moich ukochanych książek, osadzoną w świecie, w którym nigdy nie ma lata, a większość ziemi pokrywają śniegi i lodowce.
Oryginalnie
chciałam napisać z tej książki recenzję, jak zazwyczaj, ale kiepsko mi to wychodziło. Ergo, zamiast recenzji sensu stricto będzie tylko trochę luźnych uwag i impresji.
Z pierwszej lektury Lewej ręki ciemności (miałam jakieś trzynaście lat, plus minus) pamiętam głównie dwie rzeczy.
Po pierwsze - nastrój. Jest taka scena na początku powieści, kiedy jeden z dwójki głównych bohaterów, ciemnoskóry Genly Ai, ziemski wysłannik, przychodzi na uroczysty obiad do drugiego, Therema Hartha rem ir Estravena, Getheńczyka, premiera swojego kraju. Albo Gethenki, premier swojego kraju, zależy od warunków.  Nieistotne (chwilowo, przynajmiej :P): to, co pamiętam z tej sceny najlepiej, to obraz ciemnych drzew nad ciemną wodą wśród padającego bezgłośnie śniegu. Klimat takich scen, nastrój tej powieści - wieczna cisza na lodowcu, wulkany wśród pól zamarzniętej bieli, zapachy dziwacznych obcych potraw w lodowatym powietrzu - pozostał mi w pamięci na zawsze.
Drugą rzeczą, którą pamiętam i która pozostaje dla mnie do dziś podstawowym powodem mojego uwielbienia dla tej powieści jest to, jak Le Guin udało się ukazać skomplikowaną, wielowartwową i ocalającą, choć tak naprawdę od początku skazaną na klęskę relację między głównymi bohaterami. Wybór sposobu narracji - dwie opowieści w formie pamiętnika/zapisków, plus liczne wplecione w tekst dygresje i opowieści, imitujące zapisy etnografów i spisane mity - przyczynia się do podkreślenia i wypunktowania tego, co wydaje się w Lewej ręce... najważniejsze: faktu, że z jednej strony nigdy tak naprawdę nie znamy drugiego człowieka, a z drugiej - że ta przepaść, jaka dzieli poszczególne jednostki, nie sprawia, że porozumienie jest niemożliwe.

Genly i Estraven różnią się od siebie tak bardzo, jak to tylko jest możliwe, choć obaj mająjedną, wspólną cechę - obaj są samotni i wyobcowani w swoich środowiskach, Estraven jako wygnany z rodziny, a później z kraju, Ai, bo po nadświetlnej podróży, którą odbył, by trafić na Gethen, wszyscy, których znał, zdążyli dawno umrzeć. Ai, dziecko zaawansowanej technicznie kultury i przedstawiciel wielonarodowej, wielokulturowej Ekumeny, wybrał sobie trudny los podróżnika, inicjującego pierwszy kontakt z kulturami, które dotąd nie spotkały się z życiem poza swoją cywilizacją. Genly jest praktyczny i fachowy, przygotowany znakomicie do swego zadania - co nie zmienia faktu, że ze zrozumieniem Getheńczyków ma spory problem; choć jego imię wymawia się identycznie jak słowo "eye", porusza się po stolicy Karhidu jak ślepy. Getheńczycy są dla niego obcy: nie tylko dlatego, że mają specyficzne, trudno zrozumiałe dla cudzoziemca poczucie honoru i prestiżu, które Genly co rusz nieświadomie narusza; także - a przede wszystkim - dlatego, że przez większą część życia są praktycznie aseksualni i pozbawieni płci, przyjmując ją tylko w określonych porach; co więcej, ta płeć może być różna w różnych porach. Getheńczyk, innymi słowy, przez większość czasu jest potencjalnie kobietą lub mężczyzną, w uśpieniu i w oczekiwaniu na stanie się, tymczasowo, jednym lub drugim.
Le Guin niespecjalnie przejmuje się naukową, biologiczną stroną swojego pomysłu: znacznie bardziej interesują ją społeczne konsekwencje tegoż. Rysuje szeroką panoramę dwóch  głównych państw Gethen, feudalnego, rządzonego przez bizantyjskie intrygi Karhidu i totalitarnego, zamykającego więźniów w łagrach Orgoreynu, zastanawia się nad wpływem braku płci na istnienie w świecie tendencji do wojen (wojen nie ma; zdrady, zabójstwa, mordercze intrygi - o, te są, jak najbardziej), analizuje mity i strukturę społeczną w rozmaitych środowiskach Getheńczyków, od pałacu królewskiego w Karhidzie po wspólnoty wróżbitów zagubione wśród śniegów. W krajobrazie Gethen dominuje biel i czerń - ale niewiele czarno-białych oczywistości znajdziemy w sposobie przedstawienia świata i jego bohaterów.

Najniezwyklejszym, w mojej opinii, elementem tego świata nie są jednak skomplikowane rytuały czy próby podkreślenia obcości Getheńczyków związane ze społecznymi uwarunkowaniami ich płciowości, ale dwie dopełniające się historie: Genly'ego i Estravena. Fascynujące w nich jest to, jak bardzo, przez cały okres swojej znajomości, bohaterowie się nie rozumieją i nie znają: Le Guin opisuje nieraz te same sceny, te same wydarzenia, oczyma jednego i drugiego, pozwalając nam zobaczyć, jak bardzo, nawet podczas wspólnej podróży przez najbardziej niegościnne zakątki planety, bohaterom trudno jest się porozumieć, przełamać własne uprzedzenia (wobec obcego, wobec mniej-niż-mężczyzny-mniej-niż-kobiety). I to nie jest tak, że kiedy pojawia się przyjaźń i zrozumienie, te nieporozumienia znikają; najlepiej przecież widać to w ostatnich scenach powieści, w rodzinnym domu Estravena...
Lewa ręka ciemności jest jednak przy tym jedną z najgłębszych i najbardziej nietypowych historii miłosnych w fantastyce - oczywiście, jeżeli będziemy rozumieć miłość niekoniecznie jako namiętny seks w blasku księżyca czy całkowite stopienie się kochanków w jedno, a raczej jako porozumienie, zaufanie i troskę między dwiema osobami, rodzące się wbrew wszelkim oczekiwaniom, wbrew uwarunkowaniom i wbrew logice. Żeby było jasne: mimo subtelnych sugestii w tej powieści nie ma romansu między przedstawicielami obcych kultur, to nie ta bajka. Ale też nie ma wątpliwości, że w ostatecznym rozrachunku dla Estravena zarówno to, co Ai ze sobą przyniózł na Gethen - obietnica wyjścia poza partykularne problemy Karhidu, odnalezienia drogi do wspólnoty z innymi ludźmi - jak i Ai osobiście stali się na tyle ważni, że warto było dla nich odrzucić wszystko, co jego kultura uważa za ważne: od stanowiska przez honor aż po życie. Ai z kolei, który początkowo nie bardzo potrafił znaleźć się wśród Getheńczyków, akceptuje w końcu Estravena i jego świat jako swój, własny - i nigdzie nie widać tego lepiej niż w scenie jego spotkania z załogą statku Ekumeny. Po podróży odbytej z Estravenem członkowie załogi - po części członkowie jego własnej rasy - wydają się Genly'emu niewłaściwi, przesadni w swojej dualistycznej, krzykliwej seksualności, w swojej nie-Getheńskości... I tak, choć Ai do końca nie rozumie i nie zna swojego współtowarzysza, choć dla Estravena zagadką są rzeczy dla jego ziemskiego przyjaciela  codzienne, powstaje między nimi więź, być może najważniejsza, albo jedna z najważniejszych, w życiu każdego z nich. A tam, gdzie rodzi się takie porozumienie między pojednyczymi ludźmi, mówi Le Guin - tam można mieć nadzieję, że może uda się dogadać także i na szerszym, nie-jednostkowym forum...

A przecież jest w tej powieści jeszcze tyle więcej: bo jest i polityczna parabola, zestawienie dwóch światów i dwóch opresyjnych politycznych systemów, z których jeden jest boleśnie podobny do czegoś, co znamy z historii naszego świata, naszej jego części. I jest kontekst antropologiczny, ambitna i udana próba rekonstrukcji mitologii i tradycji fikcyjnego świata, wielogłosowa i świadomie fragmentaryczna, jak urywki raportów badaczy. Są przetworzone elementy tradycji Wschodu, przede wszystkim taoizmu. I jest, oczywiście, próba opisania obcości - tym razem przez odebranie bohaterom czegoś, co wydaje się jednym z podstawowych składników tożsamości człowieka (o co najpierw pytamy, kiedy usłyszymy o narodzinach dziecka, pyta ustami Genly'ego Le Guin). Ale przede wszystkim jest jedna z najgłębszych i najmądrzejszych opowieści o tym, co znaczy przyjaźń, miłość i porozumienie między ludźmi, jak jest trudne - i jak kolosalne ma znaczenie.

Aha, dla usprawiedliwienia kanoniczności: Nebula 1969, Hugo 1970, miejsce na mnóstwie list klasyki wszechczasów.

Tak przy okazji, polecam też po polsku - mamy wyjątkowo piękny i kompetentny przekład Lecha Jęczmyka, rzecz wśród przekładów fantastyki nie taka częsta...

Ursula K. le Guin, The Left Hand of Darkness, ACE Books 1969; wydanie polskie: Lewa ręka ciemności, przeł. (błyskotliwie) L. Jęczmyk, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1988


Dookoła jest wściekle gorąco, słońce praży, lato w pełni - a mnie się zatęskniło nagle i boleśnie za jedną z moich ukochanych książek, osadzoną w świecie, w którym nigdy nie ma lata, a większość ziemi pokrywa śnieg i lodowce.

Z pierwszej lektury Lewej ręki ciemności (miałam jakieś trzynaście lat, plus minus) pamiętam głównie dwie rzeczy. Po pierwsze - nastrój. Jest taka scena na początku powieści, kiedy jeden z dwójki głównych bohaterów, ciemnoskóry Genly Ai, ziemski wysłannik, przychodzi na uroczysty obiad do drugiego, Therema Estravena, Getheńczyka, premiera swojego kraju. Albo Gethenki, premier swojego kraju, zależy od warunków.  Nieistotne (chwilowo, przynajmiej :P): to, co pamiętam z tej sceny najlepiej, to obraz ciemnych drzew nad ciemną wodą wśród padającego bezgłośnie śniegu. Klimat takich scen, nastrój tej powieści - wieczna cisza na lodowcu, wulkany wśród pól zamarzniętej bieli, zapachy dziwacznych obcych potraw - pozostał mi w pamięci na zawsze.
Drugą rzeczą, którą pamiętam i która pozostaje dla mnie do dziś podstawowym powodem mojego uwielbienia dla tej powieści jest to, jak Le Guin udało się ukazać skomplikowaną, wielowartwową i ocalającą, choć tak naprawdę od początku skazaną na klęskę relację między głównymi bohaterami. Wybór sposobu narracji - dwie opowieści w formie pamiętnika/zapisków, plus liczne wplecione w tekst dygresje i opowieści, imitujące zapisy etnografów i spisane mity - przyczynia się do podkreślenia i wypunktowania tego, co wydaje się w Lewej ręce... najważniejsze: faktu, że z jednej strony nigdy tak naprawdę nie znamy drugiego człowieka, a z drugiej - że ta przepaść, jaka dzieli poszczególne jednostki, nie sprawia, że porozumienie jest niemożliwe.
Genly i Estraven różnią się od siebie tak bardzo, jak to tylko jest możliwe. Ten pierwszy, dziecko zaawansowanej technicznie kultury i przedstawiciel wielonarodowej, wielokulturowej Ekumeny, wybrał sobie trudny los podróżnika, inicjującego pierwszy kontakt z kulturami, które dotąd nie spotkały się z życiem poza swoją cywilizacją. Genly jest praktyczny i fachowy, przygotowany znakomicie do swego zadania - co nie zmienia faktu, że ze zrozumieniem Getheńczyków ma spory problem. Getheńczycy są obcy: nie tylko dlatego, że mają specyficzne, trudno zrozumiałe dla cudzoziemca poczucie honoru i prestiżu, które Genly co rusz nieświadomie narusza; także - a przede wszystkim - dlatego, że przez większą część życia są praktycznie aseksualni i pozbawieni płci, przyjmując ją tylko w określonych porach; co więcej, ta płeć może być różna w różnych porach; Getheńczyk, innymi słowy, przez większość czasu jest potencjalnie kobietą lub mężczyzną, w uśpieniu i w oczekiwaniu na stanie się, tymczasowo, jednym lub drugim.
Le Guin niespecjalnie przejmuje się naukową, biologiczną stroną swojego pomysłu: znacznie bardziej interesują ją społeczne konsekwencje tegoż. Rysuje szeroką panoramę dwóch  głównych państw Gethen, feudalnego, rządzonego przez bizantyjskie intrygi Karhidu i totalitarnego, zamykającego więźniów w łagrach Orgoreynu, zastanawia się nad wpływem braku płci na istnienie w świecie tendencji do wojen (wojen nie ma; zdrady, zabójstwa, mordercze intrygi - o, te są, jak najbardziej), analizuje mity i strukturę społeczną w rozmaitych środowiskach Getheńczyków, od pałacu królewskiego w Karhidzie po wspólnoty wróżbitów zagubione wśród śniegów. W krajobrazie Gethen dominuje biel i czerń - ale niewiele czarno-białych oczywistości znajdziemy w sposobie przedstawienia świata i jego bohaterów.
Najniezwyklejszym, w mojej opinii, elementem tego świata nie są jednak skomplikowane rytuały czy próby podkreślenia obcości Getheńczyków związane ze społecznymi uwarunkowaniami ich płciowości, ale dwie dopełniające się historie: Genly'ego i Estravena. Fascynujące w nich jest to, jak

środa, 15 lipca 2009, ninedin

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2009/07/15 21:23:22
Ech, zakochałem się w tej książce miłością najprawdziwszą, prawdziwie szczenięcą. To taki kamień milowy w historii moich lektur. I nic więcej nie dodam, bo nie wypada po prostu. A znam tylko w przekładzie...
-
2009/07/15 21:24:21
To masz dokładnie to samo doświadczenie lekturowe, co ja...
-
2009/07/16 09:45:30
Tak trochę a propos. Właśnie odkryłem stronę bookdepository.co.uk (Free delivery worldwide on all our books). Żona mnie zabije...
-
2009/07/16 18:20:21
Ha! A u mnie za jakiś będzie recenzja Hotelu Transylvania, bo podobno ta książka juz do mnie jedzie, a zachęcony Twoją recenzją miałem na nią ogromną ochotę
-
2009/07/18 04:03:41
@ cedro: Ha! Czekam niecierpliwie!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...