Blog > Komentarze do wpisu

Przed Zmierzchem

Anette Curtis Klause, The Silver Kiss, Dell Publishing 1992


Czytam książki, w tym literaturę gatunków, od bardzo wielu lat, i parę mód i szaleństw już widziałam: w LO załapałam się na obsesję na punkcie Ptaśka Whartona i początek polskiej whartonomanii, od początku śledziłam fenomen Andrzeja Sapkowskiego (z fascynacją) i Paola Coelho (z
désintéressement), sama czynnie uczestniczyłam w szaleństwie na punkcie Harry'ego Pottera i spędziłam mnóstwo czasu łamiąc sobie głowę nad problemem pt. "Ale po co właściwie ludzie czytają Dana Browna?", ergo obecna moda na Stephenie Meyer i świat Zmierzchu mnie nie dziwi. Co więcej, daleka jestem od odsądzania Meyer od (pisarskiej) czci i wiary, bo choć pisarka z niej raczej średnia, to niewątpliwie udało się jej zawładnąć wyobraźnią całkiem sporej grupy czytelniczek...
Oczywiste było od początku, że po sukcesie Meyer półki sklepowe zasypią  książki Meyeropodobne, starsze i nowsze. W ramach mojego flirtu z paranormal romance postanowiłam chwilowo wybrać z nich dwie: jedną będącą ewidentnie pokłosiem sukcesu serii o Belli Swann i drugą - znacznie wcześniejszą, a zaskakująco chwilami podobną. Dziś - ta starsza, niewydana w Polsce, a poprzedzająca bestseller Meyer o ponad 10 lat. 

The Silver Kiss cenionej w Stanach, a zupełnie nieznanej u nas autorki powieści dla młodzieży, Anette Curtis Klause, (jedyne, z czym może się jej nazwisko kojarzyć szerszej polskiej publiczności, to film Krew jak czekolada, nakręcony na podstawie jej powieści pod tym samym tytułem), ma przynajmniej kilka motywów dość natrętnie się z bestsellerem Meyer kojarzących. Simon, jak Edward Cullen, wygląda na nastolatka, a jest wampirem - co prawda od lat trzystu, a nie kilkudziesięciu. Podobnie też jak bohaterowie Meyer, Simon jest "wampirzym wegetarianinem" - żywi się szczurami i drobnym ptactwem, unikająć polowania na ludzi. Co więcej, podobnie jak Edward, Simon natychmiast zwraca uwagę nie tylko oryginalną urodą (srebrne włosy, subtelne rysy), ale i faktem, że jego strój buntownika bez powodu nie pasuje do jego eleganckiego, by nie rzec niedzisiejszego, sposobu bycia i wysławiania się. Ta dżentelmeńska elegancja to jednak kolejny pozór - w rzeczywistości Simon jest drapieżnikiem, wyzbytym, jak sądzi, ludzkich cech i kierującym się w (nie)życiu tylko dwiema zasadami: głodem i zemstą.
Tyle że jest jeszcze Zoë, naiwna i trochę niezdarna nastolatka, której matka umiera na raka, a ojciec oddala się emocjonalnie, bo nie radzi sobie naraz z cierpieniem i żony, i własnym, i córki.
Zoë intryguje Simona - co więcej, zdecydowanie intryguje go w niej coś więcej niż tylko zapach jej krwi... Stąd już tylko krok do historii miłosnej dość podobnej do tej znanej obecnie, czy tego chcą czy nie, połowie świata - tyle że zakończenie, jakie zaplanowała dla swoich bohaterów Klause, jest nieco inne i dość zdecydowanie mniej eskapistyczne niż to, co spotkało Bellę i Edwarda.
Podobieństw fabularnych i koncepcyjnych między obiema tymi powieściami jest całkiem sporo, choć formalnie zdecydowanie się od siebie różnią: powieść Meyer ma pierwoszoosobową narrację Belli, u Klause przeplatają się na zmianę rozdzialiki pisane w trzeciej osobie, z punktu widzenia
Zoë i Simona. Podobny jest jednak i zamierzony (nastoletni) czytelnik, i pewne, całkiem liczne, motywy fabularne. Klause jest zwykle mniej sentymentalna, choć nie zawsze - zachwyty nad nieziemską urodą bohatera są podobne u obu, a zdanie: That face could break a heart mogłoby się znaleźć równie dobrze u niej, jak u Meyer. Klause jest też bliższa wampirycznej tradycji, a przy tym bywa też zdecydowanie mniej słodka: jej Simon, który potrafi przemieniać się w wilka, jak wilk zaznacza (czytaj: obsikuje) próg domu Zoë, wskazując ją jako swoją zamierzoną ofiarę, a także daje się zobaczyć dziewczynie z twarzą brudną od krwi i piór świeżo zabitego ptaka. Takiego zachowania trudno byłoby się spodziewać po bohaterach Meyer... Zoë jest też z jednej strony bardziej zaradna (wścieka się na Simona, że ją śledzi, zamiast się tym zachwycić...), z drugiej - zdecydowanie bardziej dotknięta przez los niż Bella, choć obie dzielą całkiem sporo cech, w tym - staroświeckość, brak przyjaciół (jedna jedyna przyjaciółka Zoë właśnie się wyprowadza) i zamiłowanie do literatury (Bella czyta, Zoë pisze).
Klause jest też znacznie odważniejsza od Meyer - i nie mam tu bynajmniej na myśli scen erotycznych, a raczej fakt, że czarnym charakterem swojej powieści zrobiła wampira-dziecko, malutkiego, jasnowłosego i lodowato bezlitosnego Christophera, brata Simona, którego Simon musi zabić. Christopher wykorzystuje swój dziecinny wygląd, by - udając zagubionego kilkulatka - polować nocą na kobiety, którym zrobi się żal dzieciaczka zagubionego w parku albo na ulicy. To nie jest typowy wybór antagonisty, zwłaszcza nie w literaturze dziecięco-młodzieżowej: to, co uchodzi Anne Rice, niekoniecznie ujdzie w powieści dla nastolatków. Klause jednak radzi sobie z zadaniem naprawdę nieźle: Christopher jest przerażający, ale mieści się w tradycji dzieci-potworów znanych z horroru, a jego los wydaje się absolutnie zasłużony.
Klause robi całkiem sprytny użytek z kilku klasycznych tropów wampirycznej literatury. Ogrywa tradycyjne skojarzenie wampirów z seksem, i to na kilka sposobów, odwołując się nie tylko do budzącej się pierwszej  erotycznej fascynacji, jaką Simon budzi w
Zoë, i do jego bardzo ludzkich reakcji na jej wygląd, ale i do wysoce czytelnych podobieństw między zachowaniami odrażającego wampira-stwórcy Simona i Christophera a pedofilią, a także - podkreślając perwersyjny erotyczny kontekst wyglądu i zachowań samego Christophera. Tutaj momentami Klause robi się, moim zdaniem, aż zbyt skuteczna w straszeniu i sugerowaniu dwuznacznych podtekstów, jak na swoją docelową grupę czytelniczą... Jej wampirzy bohaterowie mają wiele cech tradycyjnie kojarzących się z mitem wampira: lęk przed światłem, przed krzyżem, przed płynącą wodą... Tradycyjnie, oczywiście, ukąszenie wampira jest zestawiane z pocałunkiem: tytułowy srebrny pocałunek właśnie to oznacza. Nienachalnie przeprowadza autorka paralelę między swoimi bohaterami, raz ich porównując (strata matki, samotność), raz kontrastując (paniczny lęk Zoë przed śmiercią i desperacka wiedza Simona, czym jest wieczne życie).

Moim podstawowym zarzutem wobec powieści Klause jest przede wszystkim fakt, że jest... za krótka. Nie żebym aż tak marzyła o większej ilości stron z Simonem i Zoë - chodzi mi raczej o to, że Klause chwilami (a raczej - przez cały czas...) strasznie się spieszy i popędza akcję do przodu. Cierpią na tym przede wszystkim charakterystyki bohaterów i ich psychologiczna wiarygodność - autorka po prostu momentami nie daje im szansy na rozwój, na naturalne wahania i zrozumienie własnych emocji. I tak, Zoë wierzy Simonowi natychmiast i bez wahania, co więcej, zaprasza go do domu, choć w okolicy grasuje szalony morderca, co więcej - zakochuje się w nim od razu, a to wszystko na przestrzeni raptem paru stron... no niestety, trochę to za szybko. To nie znaczy, skądinąd, że z psychologią postaci u Klause jest jakoś szczególnie źle: ironicznie, Simon nawet zdaje sobie sprawę, że tak jak jego brat-wampir pozostał zepsutym dzieckiem, tak on sam na zawsze będzie niestabilnym emocjonalnie, płytkim nastolatkiem... Gdyby autorka dała sobie i swoim postaciom odrobinę więcej przestrzeni, byłoby całkiem dobrze; tak - jest nie najgorzej, ale wiarygodne skądinąd postacie co jakiś czas robią coś absolutnie bezmyślnego i nieprzewidywalnego.
Mam też problem z zakończeniem tej powieści, które zdecydowanie przypomina to z Draculi F. F. Coppoli (w ogóle gdyby  nie to, że ksiażka pochodzi z tego samego roku, co pamiętny film z Garym Oldmanem jako hrabią z Transylwianii, podejrzewałabym, że Curtis Klasue zdrowo się nim inspirowała...) i jest dość nieznośne w swoim sentymentalizmie i "życiowej mądrości", a zarazem - nie bardzo wynika z tego, co się dzieje wcześniej między postaciami. Zdaję sobie sprawę, że w założeniu autorki całe doświadczenie z Simonem ma nauczyć
Zoë, jak radzić sobie z nieuniknioną śmiercią matki. Niemniej jednak zakończenie, łączące paranormal romance z moralizatorstwem i psychologicznością gatunku znanego w moich czasach szkolnych jako "młodzieżówki" wydaje mi się trochę za bardzo wysilone i wbrew pozorom w swoim werteryzmie chwilami bardziej sentymentalne i "uromantycznione" niż happy end u Meyer. To jest zresztą całkiem dobry temat na akademicką dyskusję: co jest bardziej sentymentalne, happy end czy odpowiednio romantycznie-tragiczna śmierć? Wiem, że to zabrzmi jak herezja, ale momentami ja już chyba wolę wampirzego wunderkinda Belli i Edwarda...

Generalnie: byłaby to nie najgorsza lektura dla nastolatki, która po Meyer nie ma co czytać, zwłaszcza że The Silver Kiss wymaga jednak trochę większego wysiłku intelektualnego. Niestety, polskiej wersji brak. Polecam wydawcom, którzy chcą jeszcze załapać się na Zmierzchowe szaleństwo!

Obrazek stąd

wtorek, 04 sierpnia 2009, ninedin

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2009/08/04 13:16:59
ale po co te wampiry w ogóle przechodzą na "wegietarianizm"??? to jest jakoś sensownie umotywowane???
-
2009/08/04 15:01:05
Ahem... wewnętrznie w świecie powieści - bo chcą być SZLACHETNE i nienawidzą bycia krwiożerczymi bestiami (i u Klause, i u Meyer). Zewnętrznie i marketingowo - bo takie wampiry, co nie zabijają, są ponoć w założeniu bardziej user friendly, zwłaszcza dla nastoletniej czytelniczki. No bo przecież nie może mroczny idol z kłami mordować małych dziewczynek, prawda? Odebrałoby mu to część uroku... I jak nie przepadam za Rice, tak chwała jej, że tutaj dla czytelników nie miała litości i pomysł Louisa, by żywić się szczurami, okazał się raczej groteskowy niż skuteczny...
Poza tym ten "wampirzy wegetarianizm" to w tego typu powieściach skuteczny sposób odróżnienia dobrych wampirów od złych - tak jest, znowu, i u Klause, i u Meyer...
U Meyer dochodzi jeszcze to, że jej bohater głównie Się Powstrzymuje (przed piciem krwi, przed pocałunkiem, przed seksem etc.), co wielu recenzentów odczytało jako metaforyczną pochwałę bliskiej sercu autorki-mormonki czystości przedmałżeńskiej...
-
2009/08/05 17:17:00
No właśnie szkoda, że polskiego wydania brak, bo miałabym coś dla nastoletniej kuzynki, która "Zmierzchem" się zachwyciła.
-
2009/08/05 17:25:06
witam ;)

Ja ostatnio nawet podpuszczałam znajomą, która żyje z wydawania książek, żeby się Anette Curtis Clause zainteresowała... :)
-
2009/08/06 12:09:27
A wszystko to i tak pokłosie książek Rice, tyle że z nastoletnimi bohaterami i raczej wątkiem heteroseksualnym... Oglądałam Krew jak czekoladę i to jeden z najgorszych i bardziej beznadziejnych filmów, jakie widziałam w ogóle.
-
2009/08/11 21:20:31
@ eruana: absolutnie się zgadzam w kwestii Rice: bez niej by całego gatunku pt. paranormal romance nie było...

FIlmu nie widziałam, szczerze mówiąc, ergo nie mogę się wypowiedzieć :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...