Blog > Komentarze do wpisu

Ile trucizny w zapałce?

Anna Kańtoch, Diabeł na wieży, Fabryka Słów, Lublin 2005


Uwaga: nieuniknione spoilery

Eruano, wiem, że zjadę niniejszym Twoją ulubioną autorkę... przepraszam :)

 

W panu jest tyle demona, ile trucizny w zapałce. Sarkastyczne słowa, którymi Stanisław Wokulski zwrócił się do pozera i blagiera Starskiego, za nic nie mogły odczepić się ode mnie podczas lektury drugiej książki Anny Kańtoch. Po książkę sięgnęłam trochę przypadkowo – stała na półce u kuzyna – a trochę celowo: kilka osób, których opinię sobie cenię, bardzo Kańtoch polecało.

Ja po jej lekturze wiem jedno: widać po tej książce dokładnie, dlaczego ja osobiście, ja-jako-ja, nie lubię, z maleńkimi wyjątkami, polskiej fantastyki. Zaznaczam od razu: ta recezja jest skrajnie subiektywna; nie określa w żaden sposób wartości zbiorku Kańtoch, ale raczej – moją prywatną na jej temat opinię. A będzie o tyle dziwnie, że jakkolwiek książką jestem ciężko rozczarowana, to u samej autorki widzę – mimo, a czasem z powodu tego, co mi się nie podobało – spore możliwości.

Kańtoch pisze poprawnie i kompetentnie, umie układać w miarę spójne fabuły (choć ta z opowiadania Czarna Saissa, z szlachcicami losującymi, kto tym razem, wbrew swej woli, będzie Kubą Rozpruwaczem, raczej kłóci się z brzytwą Okhama, a ta z Damarinusa, z motylem-zabójcą, który przeżył podtopienie w słonej wodzie, z moją przynajmniej wiedzą biologiczną) i trzyma się dosyć konsekwentnie realiów swojego oświeceniowego świata. I co z tego, skoro w tym świecie, w tych historiach, w tych postaciach nie ma nic, ale to nic oryginalnego, nic intrygującego, nic własnego.

A szkoda tym większa, że potencjał jest, i to jak najbardziej – i w postaci głównego bohatera, Domenica Jordana, i w Sherlockoholmesowych z lekka historyjkach, w których czytelnika zaskakuje (albo ma zaskakiwać) niespodziewanie realistyczne wyjaśnienie na pozór niesamowitej i fantastycznej zagadki, i w idei wykorzystania oświeceniowych realiów dla fantasy. Tyle że ten potencjał potencjałem – niewykorzystanym – przynajmniej w tym tomiku pozostaje.

Domenic Jordan, główny bohater Kańtoch, jest przedstawicielem typu “tajemniczy facet w czerni”: młody, trochę lekarz, trochę uczony, nosi się w czarnych zbytkownych strojach, ukrywa jakąś mroczną tajemnicę i mimo trzeźwego, oświeceniowego podejścia do życia potrafi zrozumieć i zaakceptować fenomen magii. Ale z demona – albo z fascynującego, bajronicznego bohatera, albo choćby z Ichabode'a Crane'a – jest w nim tyle, co trucizny w zapałce. Domenic ma być z lekka dandysowaty, z lekka przesadnie elegancki, a przy tym – zbuntowany i niepokorny, sarkastyczny i ironiczny, błyskotliwy i gotowy na wiele, łącznie z morderstwem, w imię swej życiowej misji. Tyle że przy tym Domenic grzeczniejszy jest nawet niż Edward Cullen, a to niełatwe. O jego ironiczności i sarkastyczności autorka nam głównie mówi, a jako niegrzecznego chłopca też znamy go tylko z deklaracji; choć ma mieć mroczną przeszłość, nic w jego zachowaniu na to nie wskazuje, choć ma być lekko na bakier z prawem i obowiązującymi normami, zachowuje się jak typowy pozytywny bohater. Klasycznym przykładem jest tu jego reakcja, kiedy ma udać się do znanej dzielnicy rozpusty w Reix – bohater czuje się tym faktem zniesmaczony, a kiedy w końcu udaje mu się przekonać samego siebie, że wizyta w Reix wcale nie jest złym pomysłem (s. 72), decydującym argumentem jest naukowa ciekawość i pragnienie wiedzy. Z późniejszej sceny dowiadujemy się, że bohater doznał kiedyś estetycznego i etycznego szoku po nocy z prostytutką, kiedy to rozkosz była podszyta poczuciem grzechu, w oczach kobiety zamiast miłości – choćby i udawanej – widniały jedynie chciwość i zmęczenie, a wino piło się po to, by utopić w nim smutek (s. 73). No Edward, jako żywo, w wiecznym poszukiwaniu Prawdziwych Uczuć, tylko Belli brak w okolicy. I nie, nie chodzi mi o to, że bohater tego pokroju ma koniecznie pić jak Philip Marlowe czy kląć jak Eberhard Mock; a niech sobie będzie grzecznym chłopczykiem albo facetem z zasadami, w którym półświatek budzi niechęć i odrazę, tym lepiej! Ja tylko chciałabym wiedzieć, DLACZEGO tak się zachowuje, skąd u pozornego cynika tak głęboka potrzeba prawdziwych uczuć, a u rzekomego dandysa i libertyna – tak rygorystyczne podejście do kwestii płatnego seksu i taniego wina. Co go motywuje: wiara w Boga i jego przykazania? Nadzieja na prawdziwe uczucie? Miłość, szczęśliwa czy nieszczęśliwa, teraźniejsza czy miniona? Byłoby ciekawiej wiedzieć, albo domyślać się czegoś takiego, a nie tylko dostać odautorską deklarację.

Te deklaracje to jest mój kolejny problem z tekstem Kańtoch. To jest ewidentnie autorka z talentem, potencjałem i możliwościami – szczerze wierzę, że byłoby ją stać na ukazanie nam bohatera w charakterystyce pośredniej, przez jego czyny i konsekwencje jego postępowania, a nie tylko informować, że, na przykład, imię brzmiało tak typowo kurewsko, że [Domenic] natychmiast poczuł przypływ złości (ta sama s. 73). Powtórzę coś, co się mówi na polskim bodajże w gimnazjum, jeśli nie w szkole podstawowej: naprawdę, taki sposób charakteryzowania jest ciekawszy! Jestem przekonana, że Kańtoch stać by było bez najmniejszych problemów na wymyślenie sceny, w której to zachowanie bohatera, a nie słowa narratora, mówiłoby o jego reakcjach – coś takiego, jak, powiedzmy, scena u recenzowanej przeze mnie ostatnio Dorothy Dunnett, w której jej główny bohater, rankiem po (nieopisanej!) dość wymuszonej na nim i najwyraźniej katastrofalnie nieprzyjemnej przygodzie miłosnej (z innym facetem, dodajmy), bez słowa ścina na zupełnie krótko, wbrew obowiązującej modzie, włosy, zaskakując tym wszystkich dookoła. Nie wiemy, co się dzieje w jego głowie, narrator nie mówi nam, jak bohater się czuł, idąc z kimś do łóżka zaszantażowany, że jest to jedyny sposób ocalenia życia swojego i towarzyszy – wiemy tylko, że po tym, co się stało, nie mógł na siebie patrzeć do tego stopnia, że musiał coś w swoim wyglądzie zmienić, i to dość drastycznie. Ja osobiście wolę taki sposób podawania mi informacji o postaciach – wolę, kiedy autor zmusza mnie do odrobiny intelektualnego wysiłku...

Wracając do postaci Kańtoch- one też, niestety, czasami bywają stereotypowe i przewidywalne, choć czasami też udaje się autorce ciekawie wpisać je w konwencje gatunku, jakim się posługuje: Peyretou, sługa Domenica, to chodzący stereotyp, ale już na przykład nieszczęsna Andrea z opowiadania Damarinus to postać interesująca i dość nietypowa: na pozór uboga kuzynka na wychowaniu u damy, w rzeczywistości niemal autystyczna w swej samotności i odcięciu od ludzi dziewczyna...

Mój trzeci problem z Kańtoch to styl. Autorka, w odróżnieniu od niektórych swoich kolegów po piórze, pisze poprawnie i kompetetnie – przezroczystym, ale też nijakim, niespecyficznym stylem. Miewa momenty lepsze i te trochę gorsze (w opisach makabry bywa czasem niezamierzenie śmieszna), ale – jak dla mnie – przynajmniej w tym tomiku - nie jest stylistycznie ciekawa. Proste, raczej krótkie zdania (Dòna Margalida zamilkła na dobre. Chleb w jej rękach zmienił się w sporych rozmiarów kulkę. Wyraźnie unikała wzroku sąsiada. Wreszcie wciągnęła głowę w ramiona, s. 129) i brak ciekawych pomysłów na zróżnicowanie języka poszczególnych bohaterów (jeżeli już to zróżnicowanie jest, to tak stereotypowe – ten prosty księżulo i jego błędy językowe! - że mało ciekawe) sprawiają, że tracę zainteresowanie historią, w której w sumie brakuje mi detali i która przez to wydaje się tylko szkicem. Wolę, ja osobiście, rozbuchany styl Jacka Dukaja i słowne ekwilibrystyki Katherynne Valente, histerię i rymowaną prozę Hala Duncana i oko do detali Ellen Kushner... Dodajmy jednak od razu, żeby było sprawiedliwie, że im dalej w tomik, tym lepiej – Kańtoch generalnie wydaje mi się autorką inteligentną i umiejącą uczyć się rzemiosła pisarskiego.

W czym widzę tę pisarską inteligencję i potencjał autorki? Kańtoch, poza tym, że jest poprawna stylowo, poprawna konstrukcyjnie, poprawna fabularnie - miewa też fantastyczne pomysły (idea przebudzenia świętej patronki porządku publicznego w Czarnej Saissie). I tyle wystarczy – mnie, przynajmniej – żeby mimo rozczarowania tą konkretną książką, sięgnać po jej dalsze teksty.

sobota, 31 października 2009, ninedin

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2009/11/01 01:28:13
Nie przepraszaj, ciekawie się czyta kompletnie inny punkt widzenia:-) Dla mnie Domenic nigdy nie był postacią pozytywną, więcej, zawsze odczuwałam do niego pewną niechęć, bo wydaje się być totalnie nieczułym człowiekiem, takim... nieludzkim. A na to, czemu jest jaki jest, dostaniesz odpowiedź, jeśli przeczytasz Zabawki diabła - tam jest jedno opowiadanie, które pozwala zrozumieć;-P Czasami prostota nie jest zła, książki z FS tym się głównie cechują, moja też pewnie taka będzie, więc pocieszam się już, że nie będę sama... Muszę chyba jeszcze raz sięgnąć po te opowiadania.
-
2009/11/01 08:57:52
Jak nie na ogół nie czytam polskiej fantastyki (podobnie jak unikam polskiego kina, ze zbliżonych powodów), tak tego Diabła przeczytałem. Nic nie pamiętam (=nic z tej lektury nie zostało) poza uczuciem niejakiego rozczarowania, którego źródło chyba było podobne, bo to, co piszesz, brzmi znajomo.

A lekcję o unikaniu deklaratywności powinni powtarzać w liceum ;), bo jakoś dziwnie często nie pozostawia śladu.

@prostota nie jest zła

Jest najtrudniejsza (do uprawiania), jeśli nie ma pozostawać ubóstwem.
-
2009/11/01 11:29:54
@ eruana: ulżyło mi :) A tak poza tym - masz w sumie rację co do Domenica; mnie zresztą wydaje się to bodaj jego najciekawszą cechą, ten kliniczny, chłodny dystans do ludzi, choć jak na mój gust, autorka go nieco za mało wypunktowuje; ale opowiadanie, o którym wspominasz, chętnie przeczytam :)

@ nameste: oby powtarzali tę lekcję, ale mam wrażenie, że powinni jej wysłuchać najpierw wydawcy i redaktorzy i wszelcy inni "decydenci", a potem pisarze... :)
-
2009/11/01 11:35:53
@ ERUANA, jeszcze raz: Dobrze zrozumiałam? Wydajesz książkę w FS? Gratuluję, bardzo się cieszę i bardzo, bardzo, bardzo chętnie bym przeczytała :)
-
2009/11/01 14:19:16
Nie wydaję, na razie tylko bazgrolę, pracuję nad stylem (coby nie wiało ubóstwem prostoty), poprawiam...;-) Może kiedyś to się ukaże gdzieś...

A ja polską fantastykę czytam i to coraz chętniej, bo widzę, że nasi się uczą. Owszem, nie można ich być może porównywać z zagranicznymi twórcami (chociaż i taki Gaiman podupadł twórczo...), ale są u nas pisarze, którzy potrafią opowiadać. Kańtoch na tle Piekarów i Pilipiuków wypada o wiele lepiej, przynajmniej stara się być oryginalna i rozwija się, patrząc na polski rynek. Ja lubię w niej tę ironię i dystans, z jakimi podchodzi do swoich postaci, chociaż momentami przesadza.

Ninedin, to opowiadanie zatytułowane jest Mandracourt

Jest najtrudniejsza (do uprawiania), jeśli nie ma pozostawać ubóstwem.
Łatwo jest oceniać, samemu nie próbując.
-
2009/11/01 15:18:06
@eruana: Będę kibicować :)
-
2009/11/01 20:38:11
I tyle wystarczy mnie, przynajmniej żeby mimo rozczarowania tą konkretną książką, sięgnać po jej dalsze teksty.

W takim razie polecam drugi tom opowiadań o Jordanie, odradzam "Trzynastego anioła" i "Przedksiężycowych" - chociaż po trosze jestem ciekawa Twojej opinii o tej ostatniej książce, bo wokół słyszę prawie same pochwały, a moim zdaniem absolutnie na nie nie zasługuje. Jest to najambitniejsze jak do tej pory zamierzenie autorki, które, niestety, zupełnie nie wypaliło.

Jeszcze co do przezroczystego stylu i prostych zdań. Jakiś czas temu poddałam się w połowie "Głową w mur" Rafała W. Orkana. Nie porwała mnie ani fabuła, ani sceneria, ani postacie, ale najbardziej dobiła mnie warstwa stylistyczna - miałam wrażenie, że każde zdanie jest ukwiecone girlandami przymiotników. Kiedy zamiast "Bandzior wyciągnął nóż" czytam "Straszliwy bandzior wyciągnął ogromny nóż" (i tak w następnym zdaniu, i następnym, i następnym...) i widzę, jak siła przekazu ginie w powodzi słów - z ulgą wracam do tych przezroczystości.
-
2009/11/02 11:09:55
Za drugi tom Jordana już się zabrałam i na razie podoba mi się bardziej, niż pierwszy, choć ciągle nie zachwyca; a "Przedksięzycowych" chcę przeczytać, choćby ze względu właśnie na te pochwały, które o tej powieści słyszałam - mam ochotę, po raz pierwszy od dawna (poza Dukajem), mieć własne zdanie na temat polskiej autorki i polskiej powieści fantastycznej, to i tak nieźle, jak na mnie :P.
I tak, masz absolutną rację, że w wykonaniu nieudolnego autora nadmiar kwiecistości i dwie przydawki/słowo są gorsze od stylu bardzo prostego, takiego, że się nieprofesjonalnie wyrażę, "streszczającego" - ale to nie zmienia faktu, że właśnie styl jest moją osobistą idiosynkrazją. W dużym stopniu to styl decyduje o sukcesie/braku sukcesu danego tekstu w moich konkretnie oczach; mnie akurat taki styl u tej konkretnej autorki przeszkadza. Tu wchodzi jeszcze jeden element, niekoniecznie stylistyczny - taki, a nie inny sposób pisania oznacza, że informacji o świecie przedstawionym i reakcjach postaci jest stosunkowo niewiele, a ja osobiście wolę teksty przeładowane informacjami niż takie, które świat tylko paroma kreskami, jak Kańtoch w tym tomie, szkicują.
I poza tym jak zwykle miło cię czytać :)
-
2009/11/02 13:19:00
Czepię się, choć nie czytałam, ale mam wrażenie, że w tej dyskusji po troszku miesza się pojęcie prostoty z pojęciem - pardonnez le mot - prostactwa. Dla mnie spora większość polskiej fantastyki jest - niestety - prostacka właśnie, a nie prosta. Co więcej, droga na skróty, w każdym razie w warstwie językowo-stylistycznej, zdarza się nawet tym pisarzom, którzy fabularne i kreatywne pomysły miewają świetne, przykładem Huberath, którego wyobraźnię cenię bardzo wysoko, niechęć do współpracy z dobrym redaktorem natomiast przeziera przez karty nawet jego najlepszych powieści. I to jest główny imho grzech polskiej fantastyki - uważanie redaktora za wroga, który namiesza w genialnym dziele autora. A wystarczy poczytać podziękowania i wyznania autorów anglojęzycznych, żeby zrozumieć, ile naprawdę świetne książki zawdzięczają redaktorom właśnie.

@ Nameste, zgadzam się z Tobą całkowicie: prostota jest niezwykle trudna.
-
2009/11/02 15:46:39
Ja akurat się z opinią na temat zbioru opowiadań Ani nie zgadzam, ale de gustibus. Polecam natomiast "Światy Dantego", opowiadanie uhonorowane, bardzo zasłużenie, w tym roku nagrodą Zajdla.
-
2009/11/02 15:53:00
Drakaino, która to jest ta spora większość? I jeśli nie czytałaś Kańtoch, to nie wpychaj jej proszę w szufladkę prostackich, bo to nie jest sprawiedliwe i poważne, nie wspominając o tym, że pisząc o mieszaniu pojęć sugerujesz, że lubię prostactwo:]
-
2009/11/02 16:07:19
Ja zdecydowanie zamierzam Anny Kańtoch poczytać więcej, ergo bardzo dziękuję za sugestię Światów.... No właśnie na tym zresztą po części mój problem polega - Kańtoch mnie intryguje, bo wydaje mi się, że ją stać na bardzo, bardzo dużo, a że to jest wczesna książka, to może jeszcze nie wszystko udało się zrealizować... Zdecydowanie, bedę czytać ją dalej.
-
2009/11/02 16:25:22
jeszcze @ eruana:

Nie mogę mówić za Drakainę, ale gdybym miała ja osobiście wymienić polskich autorów fantastyki, których nie uważam za zbyt mało ciekawych (w warstwie stylistycznej, fabularnej etc) jak na mój osobisty gust, to musieliby znaleźć się na niej Lem, jakieś teksty Zajdla, Dukaj, Sapkowski, Białołęcka (nie jestem fanką jej głównego cyklu, ale bardzo lubię kilka opowiadań), Brzezińska (nie lubię jakoś szaleńczo, ale doceniam i szanuję), Żerdziński, Mortka, bardzo momentami Pawlak, Orbitowski i ostatnio Kańtoch. Nie wypowiem się w kwestii np. Piątka, Twardocha czy Jakuba Ćwieka, ani, np. Achai, bom nie czytała. Pewnie o kimś zapomniałam, dodam też, że nie przeszkadzają mi pojedyncze teksty Pilipiuka (np. ten o upiorze opery) czy Lewandowskiego (czytaj: Noteka i tylko ona). Z tego w ekstraklasie (czyli tam, gdzie grają, jak dla mnie, Stephenson, Kay, Kushner, Friedman, ostatnio Scott Lynch et consortes) są Dukaj i Sapkowski z okolic Sagi, reszta gra - jak dla mnie, jak dla mnie - w ligach niższych i okręgówce. I de gustibus, jak powiedziała rusty_angel.
-
2009/11/02 17:00:55
Rany, jeszcze raz ja:
oczywiście zapomniałam - do listy dopisuję Borkowską, Huberatha i Maję Kossakowską.
-
2009/11/02 17:59:37
Mam nadzieję, że sama się wypowie; nie lubię po prostu generalizowania na podstawie obcej opinii.
A jeśli chodzi o Twoją listę, Ninedin (pokręciłaś trochę i nie wiedziałam, czy tych lubisz, ale gdy natknęłam się na nazwisko Dukaj, stwierdziłam, że to jednak lista pozytywna;-)), to do Lema muszę wrócić, chociaż ominę pilota Pirxa (trauma z podstawówki), podobnie Zajdel i Dukaj czekają w kolejce; Ziemiański zniechęcił mnie tak bardzo swoim szowinizmem, że Achai nie doczytałam nawet 1 tomu (potem jest podobno gorzej); Pilipiuk w małych dawkach też mi jakoś nie wadzi, podobnie podchodzę do Piekary, któremu zdarzają się świetne opowiadania, Orbitowskiego ubóstwiam za Nie umieraj przede mną; pozostali jakoś niespecjalnie mnie fascynują, żeby po nich sięgnąć. U Kossakowskiej przeszkadza mi jej kwiecisty styl, którym pstrzy te swoje opowieści o aniołach (chociaż po ostatni jej cykl chętnie sięgnę), Huberatha też całkiem lubię. Ostatnio do listy lubianych przeze mnie trafił Cetnarowski, o którym w żadnym wypadku nie można powiedzieć, że jest prostacki ani prosty; Przybyłek, którego czytałam już kilka opowiadań. Faktem jest, że polska fantastyka nie jest w najlepszym stanie, ale myślę, że trzeba na to spojrzeć też pod kątem jej rozwoju - od zera do "bohatera" od razu, bez ewolucji jakiejś wolniejszej; niestety, pieniądz rządzi światem, a świat woli kupować szybkie, łatwe w odbiorze książeczki; tyle że w świecie nie ma takiej rozbieżności między wydawanymi książkami dobrymi a tymi gorszymi i z rynsztoka, a w naszym kraju to rzuca się w oczy. Wina wydawców (zwłaszcza FS), którzy promują taką właśnie gorszą ligę na równi z ligą wyższą. Nasi, ci, w których widać potencjał, dopiero się uczą, jeśli im się na to pozwala.
-
2009/11/02 18:23:33
Namieszałam okropnie, to prawda, zobaczyłam to dopiero, jak opublikowałam komentarz :P

Centarowskiego nie kojarzę, ale skoro polecasz, chętnie zajrzę; i wygląda na razie (po jednym opowiadaniu) na to, że mnóstwo moich zastrzeżeń do polskiej fantastyki będę musiała odszczekać po lekturze Oberków... Szostaka...
-
2009/11/02 19:00:17
Heh, raz mi sie udalo wlozyc kij w mrowisko ;) Chyba adrenalina przed lotem samolotem tak na mnie podzialala. Ale zasadniczo podtrzymuje swoje zdanie: ogromna wiekszosc tego, co wydaja polscy autorzy, jest prostackie, albo, jesli mniej to bedzie ranic uczucia - za malo wyrafinowane. Jesli widze ksiazke, w ktorej wystepuje skarb faraonow w Kazimierzu nad Wisla (prosze wybaczyc, nazwisko autora wylecialo mi z glowy), to niestety nie wroze tej ksiazce dobrze. Co wiecej, dalsza lektura przekonuje mnie, ze slusznie. Eruano, wybacz, ale dla mnie zacytowany przez Ninedin kawalek z Kantoch jest wlasnie jezykowo prostacki/malo wyrafinowany - a wspolpraca z dobrym redaktorem moglaby temu zaradzic, bo moze taki redaktor przekonalby autorke, ze tak sie nie powinno pisac. Deklaratywnosc w charakterystykach bohaterow zas jest jedna z tych rzeczy, na widok ktorych dostaje bialej goraczki. Mutatis mutandis to jest tak jak z Robertem Langdonem - widzac jego ignorancje nie moge uwierzyc Danowi Brownowi w jego zapewnienia o geniuszu bohatera. A co do tego, jak bardzo moze pomoc dobry redaktor, to wierz mi, przekonalam sie jako tlumaczka ze sporym stazem. Bez wstydu moge teraz czytac tylko te rzeczy, ktore przeszly przez solidna redakcje, mimo ze raczej zawsze zbieralam pochwaly za styl - po prostu nikt nie jest w stanie poprawiac samego siebie. I czasem fenomenalne fabuly przegrywaja z powodu niedbalosci jezykowej. Przeczytam jakies opowiadanie Kantoch i wtedy zapewne napisze cos na blogu u siebie. Ale ufam recenzjom Ninedin :) I jesli ja kiedykolwiek skoncze ktorykolwiek z projektow literackich, ktore trzymam w szufladzie, to bede domagac sie porzadnej redakcji - zreszta cokolwiek pisze, nawet nie myslac jeszcze o probach wydawania tego, to daje do czytania ludziom, ktorych wyczuciu jezykowemu i fabularnemu ufam. Co do tlumaczen, to jak pierwszy raz zobaczylam porzadnie zredagowany przeklad, to sobie pomyslalam, ze jestem beznadziejna. A redaktorka powiedziala mi, ze to wcale nie bylo duzo poprawek (na kazdej stronie kilka...). A potem sie przekonalam, ze to ja na tym dobrze wychodze. I o to wlasciwie mi w tym kontrowersyjnym komentarzu chodzilo - ze mnostwo polskich pomyslow fantastycznych mogloby tylko zyskac, gdyby autorzy przestali uwazac, ze od razu pisza arcydziela - bo nie pisza. Specjalnie powolalam sie na Huberatha, ktorego wyobraznie bardzo cenie, co wiecej, z ktorym sie przyjaznie, wiec kiedys wygarnelam mu bledy stylistyczne i gramatyczne w ktorejs z powiesci. Alez sie zaperzyl z poczatku... potem przyznal mi w sumie racje, ale redaktorzy dalej maja z nim ciezki chleb, bo nie chce poprawek.

Aha, wysoko na mojej czarnej liscie polskich pisarzy sff jest Izabela Szolc, ciekawe, co o niej myslicie... No i KTL oczywiscie z tych troche starszych.
-
2009/11/02 20:17:13
Drakaino, w zupełności się z Tobą zgadzam, jeśli chodzi o kwestie redakcyjne i jeśli to miało być przekazem Twojego komentarza to przepraszam za wybuch, ale też sama nie ujęłaś tego jasno;-) O skarbie faraonów nad Wisłą nie czytałam nawet, jakoś nie pociągają mnie historie alternatywne... Wracając do redakcji, ja mam po prostu wrażenie, że to nie autor nie chce redakcji, tylko wydawnictwo jej nie zapewnia, puszczając teksty jak leci (mam na myśli FS), a już prawie na pewno nie czyta tego nikt po składzie.
Cholera, muszę znowu zajrzeć do tych opowiadań. Tam są nie tylko takie fragmenty, które mogą razić i moim zdaniem z książki na książkę jest lepiej.
A Izabeli Szolc nie czytałam, ale jak będę miała okazję, na pewno to zrobię:-)
-
2009/11/02 21:04:55
drakaina: redaktorzy dalej maja z nim ciezki chleb, bo nie chce poprawek

Bo kwestia redagowania ma też swoją drugą, ciemną stronę. Ci państwo bywają bowiem literackimi biurokratami, niszczącymi w imię dętej [*] poprawności językowej indywidualne cechy stylu, strzygącymi równo i na jeden strychulec. Język po takiej operacji może stać się półżywy, wszędziepodobny, nijaki. Co boli, oczywiście, tylko wtedy, gdy przedmiotem obróbki nie jest tfur nieporadny; mówię o autorach wyposażonych w słuch językowy itp.

[*] a dętej, bo marabutowie z RJP zmieniają (i to na gorsze) normy, tak że znienacka książki, cośmy je czytali, powiedzmy, 20 lat temu, dziś roją się od błędów. Komuś to przeszkadza? A, no to i te "błędy" są bez większego znaczenia.
-
2009/11/02 21:40:05
@ nameste
Pewnie masz sporo racji - nigdy mi się nie udało opublikować tekstu literackiego (not for the lack of trying, że się wyrażę), ale pamiętam, co mi pewien bardzo znany Redaktor zrobił z polszczyzną w recenzji napisanej dla NF...
-
2009/11/03 08:32:52
Ninedin, dziękuję bardzo a bardzo :-)

Po następnej notce widzę, że dyskusja o polskiej fantastyce będzie kontynuowana, więc tylko szybciutko powiem, że bardzo mnie cieszy obecność Borkowskiej na Twojej liście, a nieco dziwi nieobecność Grzędowicza w ogóle i Brzezińskiej w czołówce (przeczytawszy ostatnio "Letni deszcz. Sztylet" utwierdziłam się w przekonaniu, że jest lepsza niż Kay - wiem, wiem, zaraz będzie coś o gustibusach ;-P).
-
2009/11/03 10:18:03
Nieobecność Grzędowicza jest wyjaśnialna bardzo prosto: trochę wstyd, ale dopiero czeka na przeczytanie :); jest następny na liście, ergo to pewnie będzie niedługo, jak się tylko uporam z "Tender Morsels" Margo Lanagan, laureatką tegorocznej WFA (i z tą cholerną antologią poezji andaluzyjskiej, w ramach post-Kayowej obsesji, co ją podczytuję od miesiąca :P)
A Brzezińskiej nowe rzeczy też muszę dopiero przeczytać, bo znam ją w zasadzie głównie z tektów dość wczesnych, tych sprzed paru lat. Ale teraz będę nadrabiać braki w czytaniu Polaków, bo zamierzam się do dyskusji po moim zamierzonym "manifeście" przygotować :)
-
2009/11/03 10:55:38
O! To jeśli można, pozwolę sobie na małą polecankę (i odradzankę) w dziedzinie Grzędowicza:

"Księga jesiennych demonów" - bardzo, bardzo dobra (bez żadnej taryfy ulgowej),
"Pan Lodowego Ogrodu" - między bardzo dobra a przyzwoita (ale piłka jeszcze w grze, jeszcze autor może wszystko zepsuć...),
"Popiół i kurz" - miła, ale jednorazowa lektura typu "przeczytaj i zostaw w pociągu",
"Wypychacz zwierząt" - coś, przed czym należy uciekać z wrzaskiem i obłędem w oku.
-
2009/11/03 11:22:43
o widzisz, chciałam zacząc od 'Pana...', bo mi go ostatnio pożyczono, ale w takim razie może jednak zacznę od 'Księgi...'. Dzięki bardzo!
-
2009/11/03 11:52:00
Od Księgi koniecznie! To zdecydowanie jego najlepsze osiągnięcie:-) PLO nie jest taki zły, chyba... To ja już zacznę sobie odświeżać... W Wypychaczu też jest kilka fajnych opowiadań - o tym akurat napisałam recenzję
-
2009/11/03 12:05:34
No to ustalone: skończę Oberki na koniec świata Szostaka, odłożę na razie Margo Lanagan i zabieram się za Księgę... Grzędowicza... :)
-
2009/11/05 01:46:02
To ja jeszcze może wtrącę trzy grosze. Drakaina ma rację, że naszym autorom brakuje porządnej redakcji tekstów. Jednak myli się co do powodów braku owej. I to bardzo okrutnie. To nie jest tak, że autorzy tych poprawek nie chcą, to wydawcy narzucają takie tempo pracy, że nie ma na to czasu. Mowa o tych większych wydawcach. Produkują książki w ilościach hurtowych i na redakcji (a i korektę) czasu nie ma.

Proponuje mały eksperyment: Przeczytać jakaś książkę Ćwieka wydaną w FS, a później sięgnąć po Ofensywę Szulerów (która nie jest niczym rewelacyjnym, ale różnica jest widoczna gołym okiem).

Ciekawie też czyta się o Orkanie w tych komentarzach, który według mnie jest jednym z najciekawszych debiutów ostatnich lat. Autor który nie boi się zabawy słowem, choć jak widzę, język dla niektórych nie do przejścia. Jego proza przypomina mieszankę Mieville'a z VanderMeerem.
-
2009/11/05 21:15:50
@ maeghkelek
O, a ja Rafała Orkana w ogóle, poza nazwiskiem, nie kojarzę. Dopisuję do listy do przeczytania, bo "porównania" brzmią intrygująco :)
-
2009/11/05 23:53:14
No, jeszcze raz ja, bo nigdy nie potrafię powiedzieć za jednym razem, co miałam do powiedzenia:
@ maeghkelek i w sprawie Orkana jeszcze raz: wyraziłam się wcześniej w komentarzu do słów allegry_walker tak, jakbym czytała, i to lekceważąco - a nie o to mi chodziło, bo nigdy nic faceta nie czytałam, choć teraz zamierzam; owszem, miałam jak najbardziej na mysli skrytykowanie ogólnej praktyki (znanej mi raczej z dzieł półamatorów w typie, powiedzmy, Moniki Błądek, czy artystek pióra pokroju, że się wyzłośliwię, Stephenie Meyer) dodawania pięciu przymiotników do każdego rzeczownika. A wyszło tak, jakbym krytykowała konkretnego autora, a do tego nie mam ani powodu, ani prawa.
Uff, mam nadzieję, że to jest jakoś składne :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...