Blog > Komentarze do wpisu

Do samotności, do książek, do marzeń

Barbara Juliana baronowa de Krüdener, Valérie ou lettres de Gustave de Linar à Ernest, Paris 1804

 

Ponieważ arbitralnie uznałam, że moją osobistą tabloidową osobowością roku 2009 zostanie niejaka Stefcia Rudecka Stephenie Meyer/Bella Swann (bośmy  się sporo na jej temat na blogach w 2009 nadyskutowali), to co mi tam, pobawię się jeszcze trochę w grzebanie w historii literatury za (zapomnianymi i nieuświadomionymi, to pewne) praprzodkami jej powieści. Że trzeba ich szukać w plus minus preromantyzmie, romantyzmie i postromantycznej literaturze angielskiej, to nam dość nachalnie sama Meyer ciągłymi aluzjami do Jane Austen i sióstr Brönte podpowiedziała (i dobrze, jeżeli przynajmniej jedna osoba przeczyta dzięki temu Wichrowe wzgórza, to ja płakać nie będę); ale można zawsze pogrzebać trochę głębiej i zastanowić się, skąd ten (tak wg niektórych krytyków, feministycznych zwłaszcza, szkodliwy) paradygmat tylko miłości i miłości poza grób jako najważniejszej i jedynej wartości w życiu bierze swoje początki. I dlatego teraz o jednym z tych "literackich przodków" naszych dzisiejszych romansów, mało znanym i zapomnianym dzisiaj, słów kilka. La baronne de Krudener nee Barbara Juliane von Wietinghoff et son fils Paul
Baronowa Barbara Juliana (Julie) von Krüdener (sportretowana na widocznym obok obrazie przez Angelikę Kaufmann) była kobietą absolutnie nietuzinkową: romantyczną, histeryczną, emocjonalną, wszechstronną i - w pewnym momencie swego życia - podziwianą i popularną. Trudno powiedzieć, kim była - Rosjanką (z obywatelstwa)? Niemką (z pochodzenia)? Francuzką (bo w tym języku tworzyła)? Na pewno była romantyczką, zakochaną, jak stwierdził jeden z biografów, w miłości. Córka niemieckiej arystokratki i carskiego generała (także niemieckiego pochodzenia), urodzona w 1764 roku, miała pecha: kiedy decydowano i jej małżeństwie, trafił się jej mąż dyplomata: starszy o szesnaście lat, praktyczny, chłodny i chyba raczej pozbawiony umiejętności okazywania romantycznych uczuć. Pani Julianie nie wystarczało, najwyraźniej, bycie baronową: ona jeszcze chciała być uwielbianą heroiną romansów.

Kochanków i wielbicieli miała wielu - niektórym pozwalała wielbić się z daleka, z niektórymi była znacznie, znacznie bliżej: romansowała z arystokratami i wojskowymi, dawała się adorować - i w pewnym momencie, tuż po śmierci męża, z którym pozostawała w faktycznej separacji, postanowiła swoje doświadczenia przelać na papier i w ten sposób zyskać nieśmiertelność. Efektem był opublikowany w roku 1804 romans epistolarny Valérie, w którym pani baronowa opisuje to, jak sobie wyobrażała idealną, bosko nieszczęśliwą i głęboko moralną miłość.

Było tak: jeszcze za życia męża baronowa Juliana była obiektem uczuć jego młodego rosyjskiego sekretarza, Aleksandra Stakiewa. Ten, kiedy poczuł, że jego uczucia do żony pryncypała wymykają się spod kontroli, porzucił  posadę, opisawszy uprzednio w liście do szefa okoliczności swojego odejścia. Ambasador, nie bardzo chyba zdając sobie sprawę, jakie to może mieć efekty, pokazał ten list małżonce. Baronowa poczuła się doceniona - co więcej, poczuła się natchniona.

W Valérie Madame Krüdener wykorzystała historię swojego wielbiciela, opisując historię wielkiej miłości młodego Szweda Gustawa de Linar do wzorowanej na sobie pięknej tytułowej bohaterki, żony jego mentora i przybranego ojca. Szesnastoletnia Valérie jest nieświadoma uczuć zakochanego - jakżeby mogła! Jest przecież mężatką i - choć mąż jej nie docenia i nie jest w stanie odwzajemnić głębi jej uczuć - pozostaje absolutnie lojalna wobec tego, którego przed obliczem Boga poślubiła. Zakochany Gustaw prezentuje całą gamę przewidywalnych dla czytelnika romansów zachowań: pytany przez ukochaną, czemu się smuci, opowiada jakże wzruszającą półprawdę o kobiecie, którą kocha a nie może poślubić, niezaproszony, ogląda ukochaną tańczącą taniec z szalem a la Emma Hamilton, szaleje z niepokoju, kiedy ta jest w ciąży, a potem troszczy się o grób jej zmarłego synka. Gdy Valérie wyjeżdża z małżonkiem, zakochany tworzy ku jej czci prawdziwy ołtarz w swoim pokoju; siedząc tam, wyobraża sobie, że rozmawia ze swoją boginią. Nie udaje mu się zastąpić jej inną ani powstrzymać dręczących go uczuć: ratuje ukochanej życie podczas pożaru, ale wie, że nigdy nie będą razem. Ucieka więc do klasztoru, gdzie z Bożą pomocą usiłuje uwolnić się ex hoc ingrato amore, że zacytują Katullusa. To jednak być nie może: Gustaw w końcu umiera z nieszczęśliwej miłości, pocieszony być może jedynie tym, że przybrany ojciec rozumiał, a ukochana wiedziała o jego miłości, choć jej nie odwzajemniała...

Ta sentymentalna, ubrana w typową dla ówczesnych powieści epistolarną formę powieść, z jej (po części zapewne zaczerpniętymi od przyjaciela i korespondenta autorki, Jean Paula) ideami miłości jako wszechpotężnej i wiecznotrwałej siły, zyskała w pewnym momencie sporą popularność: przełożono ją na kilka języków, wymieniał ją wśród swoich inspiracji Aleksander Puszkin, a i tytuł mojego dzisiejszego wpisu też jest absolutnie nieprzypadkowy... Poźniej została w dużej mierze zapomniana - dziś rzadko (i słusznie?) się o niej pamięta, a przecież przyczyniła się, w jakimś stopniu, do ukształtowania pewnej wizji miłości, która - zapożyczana następnie przez kolejne pokolenia autorów kultury coraz bardziej popularnej - ciągle żyje i ma się dobrze... Autor jednej z poświęconych życiu autorki prac napisał, że Valérie jeszcze dziś ma urok przywodzący na myśl spłowiałe wstążki i pożółkłe koronki z minionej epoki...

Ciekawe były także dalsze losy samej autorki. Jej następne dzieła literackie były już nie romansowe, a mistyczne: pani de Krüdener przeżyła bowiem religijne objawienie, nawróciła się i została prorokinią swojej własnej grupy religijnej o lekko millenarytycznym nastawieniu, z proroctwem zbliżających się dni ostatnich i Napoleonem w roli Antychrysta.  Ze swymi wyznawcami tułała się po Niemczech, uciekając przed wyobrażoną wojną, zaskarbiła sobie przyjaźń możnych tego świata, a w końcu została powiernicą cara Aleksandra I i - jak twierdzą jej biografowie - jedną z autorek koncepcji Świętego Przymierza. Pod koniec życia wierzyła ponoć, że jest apokaliptyczną niewiastą obleczoną w słońce. Co za kobieta!

 

Korzystałam z prac Evy Martin Sartori i Dorothy Wynne Zimmerman French Women Writers, University of Nebraska Press, 1991 oraz Ernesta Johna Knaptona, The Lady of the Holy Alliance: The Life of Julie de Kreudener, Columbia University Press, 1939; z tej drugiej pochodzi przytaczany cytat.

sobota, 26 grudnia 2009, ninedin

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2009/12/26 11:57:08
Szkoda, że o takich postaciach nie mówi się na wykładach z literatury, o ileż byłyby ciekawsze...;)
-
2009/12/26 13:55:32
Prawda? Jako wykładowca literatury, staram się na własnych wykładach takie tematy wprowadzać - choć oczywicie nie z XIX wieku, tylko ze starożytności :).
-
2009/12/27 00:29:51
Podpisuję się wszystkimi łapkami. Niestety ja na (przeklętej) polonistyce musiałam czytać jakieś dziesiąte wody po kisielu po takich dziełach, tylko dlatego, że zostały napisane przez polskie autorki, na dodatek bez takich opowieści w tle... A o Valerie nikt się na zajęciach nie zająknął. A szkoda.
-
2009/12/27 11:01:16
Ale u nas na studiach było podobnie - też się nikt nie zająknał o takim np. Agatarchidesie z Knidos, ktory podróżówal w III w. p.n.e. wokół Morza Czewonego, nie mówiąc już o, powiedzmy, bliskim sercu kol. Drakainy Sodatesie :). Fakt, niewiele się z ich twórczości zachowało - ale tak samo było z innymi autorami, o których się jak najbardziej uczyliśmy :). I zgadzam się, że nie zawsze jest czas uczyć o ciekawostkach, kiedy trzeba nauczyć o rzeczach kluczowych - ale można przecież trochę ubarwić wykład, opowiedzieć o czymś ciekawym...
BTW ja nie poszłam na polonistykę, bo 1) bałam się, że się nie dostanę (tak....), a 2) bałam się, że się zanudzę Orzeszkową i Konopnicką i publicystyką okresu Oświecenia - a poszłam na filologię klasyczną, gdzie musiałam czytać, w ogromnych ilościach, rozmaite dzieła typu O gospodarstwie wiejskim, bodaj czy nie nudniejsze....
-
2009/12/30 14:44:48
Eh te wykłady z literatury... W istocie często przywiązuje się wagę nie do tego, co jest ciekawe ;) Ale cóż, trudno przynajmniej pozostaje zawsze jakieś interesujące zagadnienie, którym można się zająć, jak choćby antyczne wampiry ;)
O S.M faktycznie dyskusji w tym roku było mnóstwo, ba za dużo. Może ogłosimy rok 2010 rokiem bez dyskusji o S.M? :) Bo ja tej pani jak na razie mam dosyć ... Never again ;)
A notka - bardzo ciekawa - na wykłady z TEJ literatury piszę się natychmiast ;)
-
2009/12/30 17:47:38
@ninedin - Poprawię ci tylko czeski błąd w imieniu mojego "ulubieńca" Sotadesa ;) No dobra, ostatnio wspominam go w niemal każdym konferencyjnym referacie i pisanym artykule...
-
2009/12/31 01:11:46
@divusiulius: trudno będzie bez, bo to jest superwdzięczny materiał do krytyki :)

@ drakaina: t-nx :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...