Blog > Komentarze do wpisu

Legenda się nie kończy

... albo dlaczego Andrzej Sapkowski jest jednak pisarzem znakomitym


Andrzej Sapkowski, "Maladie" [w:] Świat króla Artura. Maladie, SuperNowa 1995

 

Burne Jones, Wesele Tristana i Izoldy o Białych Dłoniach Nie czytałam jeszcze Żmii, nie mogę więc przyłączyć się do - dość powszechnej - jej krytyki, ani też wbrew trendom jej pochwalić. Nie czytałam też w całości Trylogii husyckiej, bom nie zmogła; do szału doprowadzał mnie mianowicie a) bohater, b) fakt, że wydawało mi się, iż czytam pastisz Sapkowskiego i jego stylu. Może kiedyś, jak będę mieć nastrój bardziej odpowiedni, spojrzę na ten cykl z większą sympatią. Na razie - mając po doświadczeniu z Reyvenanem coraz mocniejsze poczucie, że moim ulubionym i najlepszym moim zdaniem w tym momencie polskim autorem fantastyki jest Jacek Dukaj - postanowiłam sobie przypomnieć Sapkowskiego w wersji bardziej klasycznej. I zacząć może niekoniecznie od wiedźmina. Wybór padł więc na tekst, który mnie swego czasu absolutnie zachwycił i który - w momencie, kiedy czytałam jego pierwodruk w Fantastyce w 1992, mając dziewiętnaście lat - był w mojej opinii najlepszym tekstem Sapkowskiego: na Maladie, jego własną wersję opowieści o Tristanie i Izoldzie.

Wiele z tego, co mnie wtedy urzekło, niekoniecznie trafia do mnie dzisiaj: barwne opisy (mokre brylanty w kobiecych oczach, na przykład) wydają się lekko pretensjonalne, podobnie jak patetyczne dialogi Branwen i Morholta; przemieszanie patosu i (młodopolskiej momentami) egzaltowanej stylizacji z typowym dla Sapkowskiego humorem (a chwilami humorkiem, jak w postmodernistycznie współczesnych kwestiach zbójców na plaży czy aluzjach do wojen religijnych w Ulsterze) też czasami owocuje raczej niezamierzonym zgrzytem niż harmonią.

Tyle, że dla mojej opinii o tym tekście jest to co najmniej drugorzędne. I mówię to ja, z moim fiołem na punkcie stylistyki.

Co Sapkowski wobec tego robi w tym tekście bezbłędnie? Po pierwsze - kreuje nastrój deszczowej, kołysanej szumem morza Kornwalii. Nastrój ten autor przywołuje niekoniecznie przy pomocy samych opisów szarego morza, ciężkich chmur i mżawki - podkreślają go także na pozór luźne skojarzenia ogarniętego amnezją Morholta (zapach jabłek, przywołujący skojarzenia z Avalonem). Nastrój ten jest nie tyle jednak romantyczny, co ewokujący nieskończony smutek: coś się nieodwołalnie kończy - o tym wiemy od początku. Od uwag Morholta o tym, że rycerski kodeks zaczyna zamieniać się w sztywny zestaw reguł po deklarację Iseult o Białych Dłoniach, że legenda się kończy, od początku mamy poczucie, że czas spotkania Morholta i Branwen jest czasem schyłku, końca - i wiemy to zanim dowiemy się, że Tristan umiera.

Bo na pozór, oczywiście, ten koniec to koniec rycerskich, legendarnych czasów, czasów Artura i Tristana, Guinevere i Izoldy.  Nieprzypadkowo Branwen ( z jej krągłą figurą i miłą - nie olśniewającą - buzią) i Morholt (duży, ciężki, krępy) są wyraźnie skontrastowani wyglądem z Tristanem (młodziutkim i nieludzko sprawnym w Morholtowych wspomnieniach pojedynku, jaki stoczyli) i obiema elfio pięknymi Izoldami. Morholt zresztą stwierdza to w swoim monologu wewnętrznym: uważa się człowieka prostego, kochającego proste przyjemności; nie ma w nim, jak mówi, nic z la tristesse trubadurów. Branwen i Morholt są ludźmi, z tego, zwykłego, przyziemnego świata; Tristan, Iseult Złotowłosa i Iseult o Białych Dłoniach - na pozór nie. Ludzie pozostaną - trochę jak u Tolkiena, - nadludzkie, heroiczne postacie z mitu odejdą. Na pozór.

Ale tylko na pozór, bo Sapkowski jest pisarzem zbyt inteligentnym na takie proste rozróżnienie, taką tanią nostalgię. To nie jest świat, w którym wzniośli rycerze i damy z romansów są prostym zastępstwem dla odchodzących na Zachód elfów Tolkiena, a ich ładniutkie służące i prostaccy wojacy - odpowiednikiem tych, co zostają. Wersja Sapkowskiego jest znacznie bardziej ironiczna i znacznie bardziej - jak u ująć? - humanistyczna? - niż proste przepisanie przejmującej wizji Tolkiena na inne realia.

To jest właśnie moje po drugie. Po drugie, Sapkowski znakomicie - jak chyba żaden polski pisarz-fantasta - radzi sobie z postaciami; czy to ze swoimi własnymi, czy z retellingami tradycyjnych, mitycznych charakterów. Wierna Brangien, podająca się za Izoldę i oddająca swe dziewictwo królowi z miłości do królowej, zamienia się u Sapkowskiego w psychologicznie prawdziwą kobietę, która wiele wycierpiała i z pogodnej dziewczynki z dworu w Tarze wyrosła na smutną, nie wierzącą w siebie i pozbawioną szacunku do samej siebie i perspektyw życiowych kobietę. Morholt Sapkowskiego jest daleki od demonicznego smoczego rycerza, znanego z romansowych wersji; w swym ironicznym i cynicznym oglądzie świata przypomina Geralta -  podobnie jak on, niewiele ma złudzeń na temat siebie i innych. Mistrzowski jest opis najbardziej chyba tragicznej postaci z legendy o Tristanie - niekochanej i samotnej w kamiennej twierdzy Izoldy o Białych Dłoniach, cały czas świadomej, że jej mąż kocha inną. Znakomicie też wyszedł Sapkowskiemu bardzo ludzki Tristan, pełen wad - zadufany w sobie, bezwzględny, gotowy podporządkować wszystko i wszystkich swoim uczuciom i potrzebom - a zarazem przejmujący w tym, jak się miota i jak próbuje nadać jakiś sens temu, co dał mu los. Sapkowski lekceważy i odrzuca tradycję o miłosnym napoju - przez to, paradoksalnie, podkreśla po pierwsze, potęgę miłości Iseult i Tristana, a po drugie - fakt jej nieuchronności. Tu nie było innej możliwości, nie było "a gdybyśmy nie wypili" - tu bohaterowie są na siebie skazani nieodwołalnie; dla Tristana, jeśli można sparafrazować poetę, jest tylko Izolda - i właśnie jej nie ma. Ale to właśnie wieloznaczność postaci, a przede wszystkim rola Morholta i Branwen w legendzie miłości królowej i rycerza - to, innymi słowy, jak Sapkowski traktuje mit - jest moim po trzecie.

Jedynym, co nas łączy, jest legenda o miłości, która nie jest naszą legendą, mówi Branwen do Morholta - i nie ma racji. Z jednej strony, może ją ma - może Morholt umarł z ran, ona utonęła i oboje z otchłani śmierci wyciągnęła tylko rola, jaką mają do odegrania w ciągle trwającym micie. Ale może też jest zupełnie inaczej.
I tu, po trzecie, wracamy do mojego po pierwsze i po drugie. Dzieje Tristana i Iseult rozgrywają się u Sapkowskiego na dwóch planach. Z jednej strony, są niezaprzeczalne i bardzo przyziemne fakty. Morholt ranił Tristana, opiekowała się nim królewna, wylądowali w łóżku; Iseult sypiała i z Markiem, i z Tristanem, a Branwen zdarzało się zastępować ją i przy jednym, i przy drugim. Tristan unieszczęśliwił inną, by się odegrać na Iseult. Życie, ot co, i to niekoniecznie w najpiękniejszym wydaniu. To jest ta demaskatorska, przyziemna, mało wzniosła i mało nawet romantyczna strona miłości Tristana i Izoldy, którzy się wcale niczym od Morholta i jego kompanów, od Branwen i jej towarzyszek, nie różnią; żadni z nich tak naprawdę nadludzie, żadni herosi.
Ale jest też ta druga strona - ta, o której mówi Tristan, kiedy opisuje, co czuł, kiedy po raz pierwszy zobaczył królową, ta, przez którą umiera Iseult o Białych Dłoniach. Morholt może sobie powtarzać, że tego nie rozumie, nie czuje - ale sam tymi samymi słowy mówi przecież o Branwen. W tym sensie Morholt i Branwen są Tristanem i Izoldą - jak wszyscy kochankowie, wszyscy zakochani. Ponad i poza romansem Tristana i Iseult jest jeszcze miłość jako taka - mit, legenda, coś, co żyje wiecznie. I to jest to, co przetrwa. Zawsze. To jest mit, który chce zabić - w imię moralności i
wyższych spraw - czterech pozbawionych indywidualności, mówiących tylko "my" rycerzy. Ale mitu zabić się nie da: tajemniczy zakonnik, ciągle się przez fabułę przewijający (wysłannik Boga? Bóg we własnej osobie?), pomaga Morholtowi z nim walczyć i Morholt wygrywa. Legenda będzie żyła w opowieściach minstreli - ale także, przecież, w życiu. W życiu Branwen i Morholta i - wbrew woli tych czterech, we wszystkich ludziach, którzy kiedykolwiek mówili do siebie: "Jesteśmy jak Tristan i Iseult".

Na ilustracji, nieprzypadkowo, Wesele Tristana z Izoldą o Białych Dłoniach, witraż E. Burne'a-Jonesa (stąd)

poniedziałek, 19 kwietnia 2010, ninedin

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2010/04/19 21:26:08
Moje ukochane, uwielbiane opowiadanie Sapkowskiego, właśnie za ten klimat i odwrócenie historii i nawet żadne patetyczne dialogi nie przeszkadzają, bez nich to opowiadanie nie miałoby swego czaru:)
-
2010/04/20 00:17:13
A ja mogę tylko dorzucić, że Kornwalię poznałam i zapamiętałam właśnie taką: deszczową i kołysaną szumem morza. Bo kiedy dotarłam po różnych dziwacznych przygodach do Tintagelu, to zaczynało się już zmierzchać, ruiny były oficjalnie zamknięte, ale że nie strzeżone, tośmy z koleżanką weszły. Padała mżawka. Potem przez pół nocy usiłowałyśmy wrócić do znajdującego się gdzieś w szczerym polu B&B, w którym zarezerwowałyśmy pokój i zostawiłyśmy połowę dobytku, i w pewnym momencie zorientowałyśmy się, że jedziemy drogą tuż nad klifami, w ciemności i tej lekkiej mżawce... Drogą, dodajmy, by po sapkowsku złamać nastrój, wiodącą w dokładnie przeciwnym kierunku niż należało.

A z wersji Tristana i Izoldy to tak naprawdę najbardziej lubię Wagnera :)
-
2010/04/20 07:24:44
Marzy mi się, żeby Sapkowski znów zaczął pisać takie historie i swoim spojrzeniem rzucał inne światło na znane już opowieści. Moim ulubionym jego opowiadaniem jest zdecydowanie "Złote popołudnie" - może szkoda, że z ta wersją Alicji nie zapoznał się Burton przed kręceniem filmu z Disneyem ;) Pozdrawiam
-
2010/04/20 08:40:30
Ja jakoś się boję sięgnąć po to drugi raz. Wolę zachować miłe wspomnienia...
Ha, wiedziałem, że jesteśmy rówieśnikami :))
-
2010/04/20 09:09:21
Nie czytałam jeszze tego opowiadania, bo pierwszy raz zetknęłam się z nim po niedoczytanej trylogii husyckiej (stanęłam na drugim tomie i za trzeci nie miałam ochoty się brać) i odczuwałam wtedy chyba pewien przesyt Sapkowskiego, a w każdym razie nie przeczytałam "Maladie". Zaraz to nadrobię :)
-
2010/04/23 10:56:45
Jak dobrze wiedzieć, że są jeszcze na świecie tacy, których trylogia husycka nie rzuciła na kolana. Ja wprawdzie zmogłam całość, ale byłam potwornie rozczarowana. Od pierwszego rozdziału znienawidziłam Reynevana i szczerze życzyłam mu przykrego wypadku, zanim do reszty zrujnuje mi lekturę. Poza tym o ile Sapkowski pozostał świetny we fragmentach, to fabuła mu się rozłaziła i odgrzał zdecydowanie zbyt dużo starych kotletów. Ble.

"Maladie" czytałam dawno, dawno temu, w czasach, kiedy zdecydowanie bardziej bawił mnie bezczelny humor w opowiadaniach z "Ostatniego życzenia", ale pamiętam, że klimat mnie ruszył. No i Iseult o Białych Dłoniach.
-
2010/04/26 01:25:46
@ Maarcuss: Ha! Też tak podejrzewałam! ; Ciekawe, czy fakt urodzenia się w tym samym roku wyjaśnia dziwaczne zbieżności w naszej wiedzy/gustach ;)

@ Fabulitas: Ja byłam w czasach szkolnych strasznie romantyczna (na pewno byłabym fanką Stephenie Meyer, gdyby już wtedy wynaleziono Stephenie Meyer...), stąd Maladie pokruszyła mi serce na milion kawałeczków. Potem mi (romantyczność) w większości przeszła.

@ ninetaj: A. S. pewnie by nas za to przeklął, ale się przyłączam do życzenia ;)

@mandzuria: I co? Jak wrażenia z lektury?

A poza tym zauważam ogólny brak entuzjazmu dla Reyvenana na tym forum. Ciekawe czemu?
-
Gość: harpijka, *.static.chello.pl
2014/01/06 20:33:40
Oo, to jeszcze sprzed czasu, kiedy odkryłam Twój blog. Przywołałaś miłe wspomnienia - bo wspominam 'Maladie' jako jedno z lepszych opowiadań Sapkowskiego, a na pewno jedno z najbardziej wielowymiarowych (mimo silących się na błyskotliwość sformułowań i obrazów).
PSST. A ja wbrew wszystkim Reynevana lubię, zarozumiałego, lekkomyślnego palanta, absolutnego antybohatera - bardzo prawdziwy jest :D
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...