Blog > Komentarze do wpisu

Śladami Herka

Rick Riordan, Percy Jackson i bogowie olimpijscy 3: Klątwa Tytana, przeł. A. Fulińska, Kraków, Wydawnictwo Galeria Książki, 2010

 

W trzeciej odsłonie przygód Percy´ego Jacksona bohater Ricka Riordana zostaje Herkiem. Znaczy, mini Heraklesem 2.0.

http://galeriaksiazki.pl/klatwa_tytana.jpgNad Olimpem (mieszczącym się chwilowo w Nowym Jorku) zbierają się czarne chmury: atak Kronosa i jego pomagierów, na czele których do tej pory stał dawny kumpel Percyego i – na to wygląda! - obiekt westchnień obu jego przyjaciółek, Thalii i Annabeth, a.k.a. Luke syn Hermesa, wydaje się nieunikniony, a na dodatek – zaginęła Artemida, a wyrocznia zapowiedziała pojawienie się wyjątkowo groźniego potwora. Słowem, kłopoty – a na kłopoty, jak wiadomo co najmniej od czasów Edith Nesbit, że o nowościach w rodzaju Harry´ego Pottera nie wspomnimy – są dzieciaki.

W tym odcinku wydaje się przez moment, że przygoda będzie gdzie indziej: na wielką wyprawę w poszukiwaniu zaginionej bogini łowów mają ruszyć trzy jej wybranki, Łowczynie – skrzyżowanie zakonnic z żeńskim collegem i Bene Gesserit, plus minus – i dwie osoby z Obozu Herosów, wśród których nie ma jednak Percy´ego. Już więc się wydaje czytelnikowi, że tak naprawdę będzie chodziło o coś zupełnie innego – w końcu to niemożliwe, żeby główny bohater nie uczestniczył w najważniejszej przygodzie danego odcinka! - kiedy okazuje się, że pewna wyjątkowo macho Łowczyni nigdzie jednak nie pojedzie, jako że w pierwszym (i nie ostatnim bynajmniej) nawiązaniu do mitu Heraklesa została potraktowana Koszulką (a dokładniej T-shirtem) Dejaniry...

Te aluzje mitologiczne są bodaj czy nie najmocniejszą stroną powieści Riordana. Tak jak w poprzednim tomie spajającym narrację tłem były aluzje do Odysei, tak tutaj mamy opowieść o Heraklesie: zaczyna się od spotkania z Amazonkami (Łowczynie), a później mamy i kolekcjonerski T-shirt nasączony trucizną, i lwa nemejskiego (w komplecie ze skórą), i dzika z Erymantu i – przede wszystkim, w więcej niż jednej roli – Hesperydy i ich ogród, z cudownymi jabłkami i smokiem ich strzegącym... Riordan bawi się tymi motywami, przekształca je na swój dość – przyznajmy – przewidywalny, ale zabawny sposób, zderzając mit z praktyczną codziennością. Najciekawszy jest w tym pomysł na to, kim jest Herakles dla Percy′ego: nie, nie wzorcem, wręcz przeciwnie. Percy dwa razy – raz, współczując Zoe, a drugi raz wyrzucając do morza lwią skórę – odrzuca bycie jak Herakles. Moje lekko ironiczne określenie z początku wpisu do tego się właśnie odnosi: Percy i jego przyjaciele to herosi na nowe czasy, równie odważni, jak ci dawni, ale wrażliwsi i bardziej po ludzku wyrozumiali... Przy tej okazji Riordan, jak zwykle, przemyca w swojej książce wychowawcze przesłanie, tym razem pokazując, że wielkie czyny panów herosów mają także drugą stronę: że są tacy (i, co dziwne, bardzo często ci tacy to kobiety), którzy za te czyny płacą najwyższą cenę, niekoniecznie i nie zawsze z własnej woli ...

Bardzo też inteligentnie posługuje się autor mitami mniej znanymi o5raz nietypowymi wersjami opowieści o bogach: i tak, jego mała Artemida najbardziej w sumie przypomina postać z Hymnu do Artemidy Kallimacha, gdzie bogini łowów ukazana jest właśnie jako dziewczynka. Niestety, nie mogę napisać zbyt wiele o najbardziej pomysłowo przez Riordana wykorzystanym micie: to ten, który wszyscy poza specjalistami od Owidiusza wezmą nie za mit, tylko za autorską inwencję, a którego opowiedzenie tutaj byłoby wyjątkowo paskudnym spojlerem...

Jak zwykle, autorowi nieźle wychodzą portrety nastolatków i ich problemów: zarówno zbuntowana przeciw ojcu Thalia, jak nieco gapowaty, ale odważny i szlachetny Percy, czy komiczny satyr Grover, mały nerd Nico, zbierający karciankę fantasy o Olimpijczykach i zawzięte w swoim (powiedzmy sobie) nastoletnim niby-feminizmie Łowczynie są postaciami udanymi i wiarygodnymi. Riordan dowodzi też, że nie boi się ryzyka – jednej z najważniejszych w dwu poprzedniach częściach cyklu postaci nie widzimy w ogóle przez większość powieści, co na pewno nie wywołało entuzjazmu fanów...

Zdecydownie najsłabszym elementem tej powieści jest jej konstrukcja. Poszczególne epizody bywają inteligentne i pomysłowe, wydarzenia trzymają w napięciu, a akcja szybko toczy się do przodu – ale te wydarzenia za często połączone są ze sobą na zasadzie bo autorowi się tak podoba. Ni z tego, ni z owego po Percy′ego przylatuje jego kumpel, czarny pegaz imieniem Mroczny (który musi być jakimś krewnym Osła ze Shreka) i zabiera go nad morze, albo – dość bez powodu bohaterowie postanawiają wspiąć się Tamę Hoovera, bo Annabeth na ich miejscu pewnie by to zrobiła... Zdaję sobie sprawę, że większości docelowych czytelników to nie przeszkadza, ale mnie irytuje. Za stara jestem, ot co. Nie miałabym też nic przeciwko temu, żeby książka była o dwadzieścia stron dłuższa – przedłużenie np. sceny na Olimpie i powiedzenie trochę więcej o bogach byłoby nienajgorszym pomysłem. No i szafowanie postaciami – przynajmniej w przypadku jednej miałam wrażenie, że jej śmierć/zaginięcie to deus ex machina, służący wyłącznie do manipulowania uczuciami pozostałych osób, a zwłaszcza – jednej z nich.

Generalnie – przyjemna lektura dla nastolaktów (w każdym wieku). Brawa dla tłumaczki, zwłaszcza za koszmarne haiku Apollina o newsach.

Ilustracja: http://galeriaksiazki.pl/klatwa_tytana.jpg

 

 

W trzeciej odsłonie przygód Percy´ego Jacksona bohater Ricka Riordana zostaje Herkiem. Znaczy, mini Heraklesem 2.0.

Nad Olimpem (mieszczącym się chwilowo w Nowym Jorku) zbierają się czarne chmury: atak Kronosa i jego pomagierów (na czele których do tej pory stał dawny kumpel Percyego i – na to wygląda! - obiekt westchnień obu jego przyjaciółek, Thalii i Annabeth, Luke syn Hermesa) wydaje się nieunikniony, a na dodatek – zaginęła Artemida, a wyrocznia zapowiedziała pojawienie się wyjątkowo groźniego potwora. Słowem, kłopoty – a na kłopoty, jak wiadomo co najmniej od czasów Edith Nesbit, że o nowościach w rodzaju Harry´ego Pottera nie wspomnimy – są dzieciaki.

W tym odcinku wydaje się przez moment, że przygoda będzie gdzie indziej: na wielką wyprawę w poszukiwaniu zaginionej bogini łowów mają ruszyć trzy jej wybranki, Łowczynie – skrzyżowanie zakonnic z żeńskim collegem i Bene Gesserit, plus minus – i dwie osoby z Obozu Herosów, wśród których nie ma jednak Percy´ego. Już więc się wydaje czytelnikowi, że tak naprawdę będzie chodiło o coś zupełnie innego – w końcu to niemożliwe, żeby główny bogater nie uczestniczył w najważniewjszej przygodzie! - kiedy okazuje się, że pewna wyjątkowo macho Łowczyni nigdzie jednak nie pojedzie, jako że w pierwszym (i nie ostatnim bynajmniej) nawiązaniu do mitu Heraklesa została potraktowana Koszulką (a raczej T-shirtem) Dejaniry...

Te aluzje mitologiczne są bodaj czy nie najmocniejszą stroną powieści Riordana. Tak jak w poprzednim tomie spajającym narrację tłem były aluzje do Odysei, tak tutaj mamy opowieść o Heraklesie: zaczyna się od spotkania z Amazonkami (Łowczynie), a później mamy i kolekcjonerski T-shirt nasączony trucizną, i lwa nemejskiego (w komplecie ze skórą), i dzika z Erymantu i – przede wszystkim, w więcej niż jednej roli – Hesperydy i ich ogród, z cudownymi jabłkami i smokiem ich strzegącym... Riordan bawi się tymi motywami, przekształca je na swój dość – przyznajmy – przewidywalny, ale zabawny sposób, zderzając mit z praktyczną codziennością.

Najciekawszy jest w tym pomysł na to, kim jest Herakles dla Percyego: nie, nie wzorcem, wręcz przeciwnie. Percy dwa razy – raz, współczując Zoe, a drugi raz wyrzucając do morza lwią skórę – odrzuca bycie jak Herakles. Przy tej okazji Riordan, jak zwykle, przemyca w swojej książce wychowawcze przesłanie, tym razem pokazując, że wielkie czyny panów herosów mają także drugą stronę: że są tacy (i, co dziwne, bardzo często ci tacy to kobiety), którzy za te czyny płacą najwyższą cenę, niekoniecznie i nie zawsze z własnej woli ...

Bardzo też inteligentnie posługuje się autor mitami mniej znanymi i nietypowymi wersjami opowieści o bogach: i tak, jego mała Artemida najbardziej w sumie przypomina postać z Hymnu do Artemidy Kallimacha, gdzie bogini łowów ukazana jest właśnie jako dziewczynka. Niestety, nie mogę napisać zbyt wiele o najbardziej pomysłowo przez Riordana wykorzystanym micie: to ten, który wszyscy poza specjalistami od Owidiusza wezmą nie za mit, tylko za autorską inwencję, a którego opowiedzenie tutaj byłoby wyjątkowo paskudnym spojlerem...

Jak zwykle, autorowi nieźle wychodzą portrety nastolatków i ich problemów: zarówno zbuntowana przeciw ojcu Thalia, jak nieco gapowaty, ale odważny i szlachetny Percy, komiczny satyr Grover, mały nerd Nico, zbierający karciankę fantasy o Olimpijczykach i zawzięte w swoim (powiedzmy sobie) nastoletnim niby-feminizmie Łowczynie są postaciami udanymi i wiarygodnymi. Riordam dowodzi też, że nie boi się ryzyka – jednej z głównych postaci w dwu poprzedniach częściach cyklu nie widzimy w ogóle przez większość powieści, co na pewno nie wywołało entuzjazmu fanów...

Zdecydownie najsłabszym elementem tej powieści jest jej konstrukcja. Poszczególne epizody bywają inteligwentne i pomysłowe, wydarzenia trzymają w napięciu, a akcja szybko toczy się do przodu – ale te wydarzenia za często połączone są ze sobą na zasadzie bo autorowi się tak podoba. Ni z tego, ni z owego po Percyego przylatuje jego kumpel, czarny pegaz imieniem Mroczny (który musi być jakimś krewnym Osła ze Shreka) i zabiera go nad morze, albo – dość bez powodu bohaterowie postanawiają wspiąć się Tamę Hoovera, bo Annabeth na ich miejscu pewnie by to zrobiła... Zdaję sobie sprawę, że większości docelowych czytelników to nie przeszkadza, ale mnie irytuje. Za stara jestem, ot co. Nie miałabym też nic przeciwko temu, żeby książka była o dwadzieścia stron dłuższa – przedłużenie np. sceny na Olimpie i powiedzenie trochę więcej o bogach byłoby nienajgorszym pomysłem. No i szafowanie postaciami – przynajmniej w przypadku jednej miałam wrażenie, że jej śmierć/zaginięcie to deus ex machina, służący wyłącznie do manipulowania uczuciami pozostałych postaci, a zwłaszcza – jednej z nich.

Generalnie – przyjemna lektura dla nastolaktów (w każdym wieku). Brawa dla tłumaczki, zwłaszcza za koszmarne haiku Apollina.

 

piątek, 09 kwietnia 2010, ninedin

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2010/04/09 16:44:13
Dzięki za komplement haikowy ;) A tak półżartem w obronie wspinania się na Zaporę Hoovera powiem tylko tyle, że trudno od czternastolatków, nawet takich, którzy mają Ważne Zadanie Do Wykonania wymagać logiki i pomyślunku, zwłaszcza gdy zabrakło wśród nich głosu zdrowego rozsądku... No pomyśl sama: jedziesz załatwić coś ważnego, a tu po drodze zabytek, który bardzo byś chciała zobaczyć - czujesz pokusę? Bo ja tak, co więcej: ryzykuję spóźnieniem, ale próbuję tam dojechać... A z pegazem to o ile pamiętam, jest sugestia, że to nie pierwsza taka ratownicza wyprawa nad morze ;) (Wiem, wiem, ja tę książkę kocham tłumaczyć... :P)
-
2010/04/09 18:50:26
@Ninedin

Niestety, nie mogę napisać zbyt wiele o najbardziej pomysłowo przez Riordana wykorzystanym micie: to ten, który wszyscy poza specjalistami od Owidiusza wezmą nie za mit, tylko za autorską inwencję, a którego opowiedzenie tutaj byłoby wyjątkowo paskudnym spojlerem...

Zarotuj :)
-
2010/04/10 00:43:30
To żeby i wilk był syty i owca cała ;) czyli żeby dać spojler bez spojlera, polecam zajrzeć tutaj. Odpowiedni fragment, aczkolwiek niezbyt jasno przetłumaczony, jest w polskim przekładzie Fasti, wydanym ostatnio w serii Biblioteki Narodowej, na str. 140 (księga III, wersy 878-887).
-
2010/04/10 08:19:39
Dzięki, Tłumaczko ;)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...