Blog > Komentarze do wpisu

Pani Zwierząt i Ludzi pod piórem debiutanta

Andrzej Sapkowski, Żmija, SuperNowa, Warszawa 2009


Rok 2009 był rokiem literackiego debiutu interesującego polskiego pisarza fantasy, Andrzeja Sapkowskiego. Zbieżność nazwisk tego pisarza ze znakomicie znanym autorem Sagi o Wiedźminie musi być całkowicie przypadkowa, jako że Żmija – jego debiutanckie, niedługie dziełko – ma wszelkie zalety i wszelkie wady dosyć udanej pierwszej powieści i nic w niej nie wskazuje na fakt posiadania przez autora literackiego http://www.biblioteka24.eu/okladki/luty/zmija.jpgdoświadczenia idącego w tysiące stron, jak jest to w przypadku autora Wiedźmina i Trylogii husyckiej.

Powieść, a raczej powiastka Sapkowskiego, ma interesujący pomysł i niebanalnych bohaterów. Punktem wyjścia jest w niej wielokrotnie – przy okazji, niestety, nieustannie toczących się tam konfiktów – potwierdzany przez specjalistów od taktyki i historii wojskowości fakt, że Afganistanu tak naprawdę nikomu zdobyć się nie udało. Blisko był Aleksander Wielki (zdołał stłumić bunt Spitamenesa, ale sprawę Afganistanu załatwił głównie symbolicznie, żeniąc się z miejscową księżniczką Roksaną), próbowali w połowie XIX wieku Anglicy (i zostali zmasakrowani w pobliżu Gandamaku), próbował – jak wiadomo, bezskutecznie - zawsze internacjonalistycznie nastawiony ZSRR, próbują wreszcie, z naszą pomocą, Amerykanie, i to już od jakiegoś czasu. Końca nie widać.

Powieść Sapkowskiego dzieje się przede wszystkim podczas radzieckiej inwazji, a jej głównymi bohaterami są wcale niekoniecznie chętni walczyć za ojczyznę wszystkich robotników podoficerowie: wyglądający na prostaka kompetentny i konkretny Barmalej, “Łomonosow” - dysydent-wykładowca wyrzucony z uniwersytetu, obibok i kombinator Wania Żygunow... Wśród nich jest także Rosjanin Paweł Sławomirowicz Lewart, po trochu Polak, po trochu kochanek i intelektualista, po trochu (ale bardzo trochu) dysydent, ale przede wszystkim – facet, który widzi rzeczy, jakich rodakom Władimira Ilicza widzieć po prostu nie wolno. Lewart ma bowiem zdolności paranormalne – zdarza mu się, na przykład, widzieć przyszłość - które próbowano u niego leczyć, na tyle skutecznie, że teraz ukrywa je przed wszystkimi, głównie przed samym sobą. Tyle że w Afganistanie ich nie poukrywa dłużej – tam, w górskim jarze w pobliżu zastawy “Sołowiej”, gdzie rzucił go wojenny los, napotka bowiem istotę, która wie dokładnie, czym Lewart jest, czym się stał i co może.

Sapkowski odwołuje się tutaj do wracającej w twórczości tego drugiego, bardziej doświadczonego Sapkowskiego, Wielkiej Bogini. Tu, w Afganistanie, jest ona przede wszystkim panią gór i wód, perską Anahitą – ale przecież nie tylko nią może być: jednocześnie jest straszną demonicą upadłą z nieba i pierwotną stworzycielką Eurynome, jest Asztarte, Artemidą, Inanną. Gorgoną; John Keats, którego Sapkowski cytuje, i to w dwóch wersjach językowych, widział ją jako Lamię. Widać, innymi słowy, że autor nasz Mitologię Roberta Gravesa przeczytał bardzo, bardzo dokładnie.

W postaci złotej żmii oglądają boginię ci, którzy widzieć potrafią; kapłani i zwolennicy wszelkich plus minus monoteistycznych religii (wyznawcy Ahuramazdy dołączajcy do wojsk Aleksandra, muzułmanie w czasach ZSRR, marksiści-leniniści) brzydzą się nią i wyzywają od pierwotnych demonów, szajtanów i bredni niegodnych komunisty. Lewart – a my z nim - widzi losy podobnych sobie żołnierzy, którzy trafili do Afganistanu z armiami Aleksandra i Brytyjczyków, a potem dostaje od bogini – pięknej, strasznej, niezrozumiałej – szansę: dostaje ją może dlatego, że Ona pragnie tych, których wojna skaziła na zawsze, którzy już się wśród ludzi nie odnajdą. Ale ta szansa ucieka, porzucona lub zabrana; towarzyszy Lewarta spotka straszny los, a Żmija będzie nadal czekać w górskich parowach Afganistanu – może dostrzeże ją ktoś z właśnie przysłanego do Afganu 18 Batalionu Desantowo-Szturmowego z Bielska-Białej... Nie wiem zresztą, czy zapowiadana kokieteryjnie w ostanich słowach (cytatem z Ariosta cytowanym już w Don Kichocie) zupełnie inna historia o tym, co było dalej, nie byłaby w sumie ciekawsza od tej? Może Sapkowski - ale np. ten od Wiedźmina - kiedyś ją napisze?

Fabuła jest więc jak szkic do dłuższej powieści Sapkowskiego, pomyślana interesująco (wiem, większość krytyków się ze mną nie zgodzi), z wiarygodnymi postaciami zmęczonych wojną żołnierzy – prostych chłopaków i intelektualistów, Rosjan i Pasztunów, porządnych ludzi i potworów, służbistów i buntowników. Jest nastrój, pół na pół jak z Psów i z Okudżawy (gospoda, junkiera, kiem wy byli wcziera?), zgrzytliwie przechodzący od liryzmu do patosu i od rubasznej groteski do chwytającego za trzewia opisu grozy (i nudy) wojny. Pierwsza scena: świt nad Hindukuszem wstający jak mityczny Żar-Ptak, simurg z irańskich legend – stylistycznie jest świetna i zapowiada książkę znakomitą.

Ale nie wszystko, niestety, aż tak się młodemu autorowi udało.

Po pierwsze – postacie. Tak, wiem, chwaliłam je przed chwilą. Ale jak dla mnie – wybaczcie – jest ich za dużo, a raczej ZA DUŻO. Czytałam, podobało mi się, ale tonęłam w imionach, otczestwach i wojennych ksywach. Rekordowe są ostatnie rozdzialiki, dokumentujące późniejsze losy wszystkich chyba spotkanych na kartach powieści postaci – poddałam się, zwątpiłam i przestałam probować układać sobie, kto był kim i co się z nim, stało.

Po drugie – styl. Tak, też chwaliłam. Ale nie zawsze się da. Autor nawet słowniczek nam dołączył ze skrótowcami i slangiem, co nie zmienia faktu, że one i tak przeszkadzły, mnie przynajmniej, w czytaniu. Tak samo zresztą przeszkadzała mi nachalna wielojęzyczność, wstawki greckie, rosyjskie, angielskie, arabskie... Wieża Babel jak na Śląsku w czasach husyckich, panowie żołnierze klną jak krasnoludowie w Wiedźminie, pan Lewart cytuje Keatsa w oryginale – mam wrażenie, że autor zapatrzył się na twórczość swojego bardziej doświadczonego imiennika.

Po trzecie – infodump, czyli walenie czytelnika na odlew w pysk erudycyjnymi popisami postaci i zasypywanie go lawiną wiedzy. To jest mój koronny dowód, że jest to książka debiutanta – po jasną cholerę doświadczony i ufający swym czytelnikom pisarz miałby tłumaczyć im wszystko jak małym dzieciom i kazać “Łomonosowowi”, który zresztą głównie do tego w tej powieści służy, odgrywać kapitana Spocka, wypowiadającego się uczenie na wszelkie możliwe tematy? Po co nam kazania o znaczeniu węża w kulturach pierwotnych i w tradycji europejskiej (3 strony) czy o podziale terytorialnym państwa perskiego w czasach plus minus najazdu Aleksandra (14 linijek prawie samych nazw)? Doświadczony pisarz, jak Andrzej Sapkowski, autor Wiedźmina, zaufałby czytelnikom, wiedzę poukrywał (tak jak ukrył wiedzę i aluzje w cyklu o Geralcie), a z jej odkrycia zrobił nie conditio sine qua non lektury, a dodatkową przyjemność. W końcu nawet bez wiedzy, że poszczególne stanowiska zastawy noszą nazwy wzięte z bylin i romantycznej epiki ta historia ma sens, a fajniej to znaleźć samemu niż dowiedzieć się z kolanem upchniętej w tekście informacji. Autor chciał być jak Sapkowski, a wyszło jak w Panu Samochodziku. No i popisy erudycji, na tony – tu cytat z Ałly Pugaczowej, tu z Boney M, z Wysockiego i Okudżawy, Keatsa i Abby, zwykle, na dodatek, objaśnione. Czułam się momentami, jakbym czytała jakiś niezbyt udany klon Simmonsowego Endymiona.

Generalnie nie jest źle, dalej pewnie będzie jeszcze lepiej – nie rozumiem tylko jednego: dlaczego na okładce z uporem maniaka usiłuje mi się wmówić, że Sapkowski od Wiedźmina i Sapkowski od Żmii to ten sam autor?

wtorek, 15 czerwca 2010, ninedin

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2010/06/15 19:32:48
Alleluja :-) :-D
-
2010/06/18 11:52:36
Recenzja, która powaliła mnie na kolana :) "Żmiji" nie czytałam i pewnie nie przeczytam wielką fanką autora od "Wiedźmina" będąc i nie chcąc sobie psuć spokojnego snu wątpliwościami ;) Pozdrawiam
-
2010/06/18 20:26:19
Bardzo byłam podekscytowana, kiedy pierwszy raz usłyszałam o tej książce - bo i Sapkowski, i Afganistan, i trochę fantastyki... Miało być pięknie, a tu rozmiar i recenzje zawiodły i zniechęciły do czytania. A teraz wreszcie rozumiem - to nie ten Sapkowski! Co za ulga! Choć dalej nie wiem, czy czytać, wolałabym, żeby ten nasz znany już wcześniej Sapkowski napisał nową wersję "Żmijii", wtedy bym się na nią pisała...
-
2010/06/21 16:02:52
Urocza recenzja. Argumenty mówią same za siebie, jestem gotowa dać się przekonać, że to nie ten Sapkowski...

A do "Żmii" nie ciągnie mnie prawie wcale, bo już trylogia husycka mnie rozczarowała, nie wspominając o dwóch ostatnich tomach pięcioksięgu. Obawiam się, ze ja z Sapkowskiego to głównie opowiadania lubię... Choć te erudycyjne cytaty w "Żmii" mnie trochę ciekawią. Może, skoro prawie zawsze są objaśnione, da radę rzucić na nie okiem w księgarni... :)
-
2010/06/22 12:20:44
W Żmii{/i} była IMHO materiał na znakomitą książkę. Wystarczyło a) 200 stron więcej, b) pomysł na fabułę, c) odrobina wiary w czytelnika...
A zważywszy na rozmiar tejże, myślę, że da się ją bez problemu w księgarni przeczytać...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...