Blog > Komentarze do wpisu

Kanon: Jesteśmy językiem

Samuel R. Delany, Babel-17, ACE Books, New York 1987 (I wydanie 1966)

 

Kanon: Nebula 1966, nominacja do Hugo, miejsca na wszelkich możliwych listach klasyki SF, zarówno tych bardziej tradycyjnych, jak i skłaniających się ku awangardzie.

Dziwna jest ta książka. Na pozór jest w niej wszystko to, czego by się człowiek mógł po konwencjonalnej SF spodziewać. Spróbujmy tylko opowiedzieć sobie fabułę: trwa wielka galaktyczna wojna, jedna ze stron wynajmuje ekspertkę od odcyfrowywania kodów, żeby wydedukowała, jakim cudem wrogowi udaje się sabotować strategiczne cele.  Dalej mamy między innymi statki kosmiczne, ich załogi złożone z rozmaitego autoramentu wyrzutków i outsiderów, a do tego kosmiczną arystokrację, alienów, mutantówi wojnę w kosmosie, innymi słowy space operę na całego.

Taaa. Tylko że to jest space opera o hipotezie Sapira-Whorfa. Space opera, znaczy się, o językoznawstwie.

Kluczem do powieści Delany'ego jest mocna wersja wspomnianej hipotezy - założenie, że język kształtuje i zmienia rzeczywistość (sławne stwierdzenie, że to, czego nie umiemy nazwać, dla nas nie istnieje). Tak je st z Babel-17, językiem, który ma rozszyfrować główna bohaterka, kapitan Rydra Wong: przebudowuje on umysł, z jednej strony - wzmacniając pewne umiejętności i talenty jednostki, z drugiej - czyniąc tę samą jednostkę, bez jej woli, zdrajcą i sprawiając, że przechodzi ona na stronę projektantów tegoż języka. Dzisiaj już, o ile wiem, jeśli się tę hipotezę przyjmuje, to w jej mniej radykalnej wersji, ale dla fantastyki pozostaje ona ciągle fascynującym źródłem inspiracji - patrz choćby Snow Crash Neala Stephensona, gdzie problem relacji języka do rzecywistości także pozostaje w centrum zainteresowania autora. Delany porządnie odrobił pracę domową: jego rozw ażania lingwistyczne brzmią wiarygodnie i sensownie, a nietypowy koncept języka jako Wunderwaffe dodaje powieści oryginalności.

Delany przemyślał sobie także świat, który pokazuje - świat, który różni się od naszego i nie jest tylko prościutką ekstrapolacją w przyszłość takich czy innych współczesnych trendów. Delany stara się nie tylko wymyślić strukturę polityczno-militarną swojego świata (co akurat wychodzi dość konwencjonalnie), ale także specyfikę społeczeństwa. Stąd poligamiczne i niekoniecznie hetero małżeństwa, społeczności duchów, ożywianie zmarłych etc. - całkiem sporo pomysłów Delany'ego brzmi jak fantasy, choć autor wpisuje je w kontek st SF. Nie żeby zresztą Delany aż tak przejmował się naukową stroną swoich pomysłów - ze wszystkich nauk w tej akurat powieści najbardziej interesuje go lingwistyka.

To nie jest najławiejsza powieść w lekturze - Delany już wtedy bawił się językiem, eksperymentował z narracją (tu mamy przede wszystkim przeskoki z jednego punktu widzenia na drugi), nie bał się śmiałej metaforyki; próbował, innymi słowy, zbudować nowy styl dla nowej fantastyki. Udało mu się także bardzo zmyślnie uniknąć kilku pułapek, w które - wydawałoby się - musi wpaść. Swoją bohaterkę, Rydrę Wong, zrobił wielką poetką, po czym przytoczył jej teksty. Jak to się może skończyć, wiedzą wszyscy, którzy czytali cykl o Kanie Karla Edwarda Wagnera: ja do dziś otrząsam się na myśl o wierszach artysty-bohatera tam przytaczanych. Delany posłużył się natomiast wierszami swojej ówczesnej małżonki, uznanej i cenionej amerykańskiej poetki Marilyn Hacker, unikając dysonansu między opisywaną wielkością talentu bohaterki a skrzeczącą rzeczywistością.

Nie uniknął za to, niestety, Delany jednej pułapki. Postacie są w tej powieści generalnie raczej naszkicowane niż głęboko psychologicznie prawdziwe, z jednym jednak wyjątkiem: głównej bohaterki. Rydra Wong jest za to IDEALNA - ledwie dwudziestoparoletnia, piękna, mądra, wszechstronnie utalentowana (wielka poetka, genialna lingwistka, superprofesjonalna kapitan statku kosmicznego), popularna i uwielbiana (this age's voice), a zarazem tajemnicza i z mroczną przeszłością. W efekcie, niestety, z jednej strony ociera się o bycie Mary Sue, z drugiej - przypomina ładniejszą i seksowniejszą wersję Mr Spocka ze starego Star Treka i jest mniej więcej równie psychologicznie prawdopodobna. Ale to jest jedyna, tak naprawdę, wada tej powieści, o jakiej jestem w stanie pomyśleć.

http://www.flickr.com/photos/stml/33414412/Na marginesie - przyczynek do zmieniających się, bo ja wiem czego, odczuć, wrażliwości? Rydra Wong według powieściowego opisu ma azjatyckich przodków, ciemne włosy i skośne oczy (które slant up like astounded wings, by użyć sformułowania autora, a raczej - jednego z bohaterów). Na okładce nowszego wydania, która zdobi ten wpis, wygląda mniej więcej tak, jak byśmy się spodziewali - ale nikt by nie wydedukował jej rysów i pochodzenia z okładki posiadanej przeze mnie edycji z 1987 roku (patrz obok). Na nim Rydra jest standardową hollywoodzką blondynką ze sporym dekoltem, nagim udem i falującymi włosami a la Krystle Carrington z Dynastii. Niezły przyczynek do rozumienia i poszanowania a) różnorodności kulturowej, b) intencji autora przez wydawcę - a może raczej dowód na prawdziwość teorii o tzw. Zagorzałym Czytelniku i jego preferowanych okładkach, o której kiedyś pisał Anrzej Sapkowski w Pirogu...

niedziela, 11 lipca 2010, ninedin

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2010/07/11 20:57:19
W najbliższych dniach poświęcę tej książce wpis na swoim blogu. Myślę, że się świetnie uzupełnimy :)
-
2010/07/13 13:55:42
Czekam niecierpliwie ;)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...