Blog > Komentarze do wpisu

Horror na West Endzie. Historia z fanfika

Nicholas Meyer, The West End Horror. A Posthumous Memoir of John H. Watson, M. D., Ballantine Books 1977

 

spoilery, ale nie na tony

 

Rusty_angel czyta kanon opowieści o Sherlocku Holmesie, a ja czytam fanfiki. No dobra, takie niby z wyższej półki fanfiki - opublikowane w postaci książkowej i napisane przez autora ze znanym nazwiskiem, i to w czasach, kiedy termin "fanfiction" bodaj jeszcze nie istniał (1977). Okładka West End Horror

Nicholas Meyer jest w ogóle ciekawą postacią - narobił swego czasu potwornego zamieszania ukazującym skutki wojny atomowej telewizyjnym filmem Nazajutrz, wymyślił i wyreżyserował najlepszy moim zdaniem scenariuszowo film fabularny z serii Star Trek (i przyłożył rękę do paru gorszych takoż), ale zaczynał jako pisarz, a właściwie - autor wyjątkowo udanych fanfików: w roku 1974 ukazała się jego powieść The Seven-Per-Cent Solution, opowiadająca o tym, jak pewien światowej sławy consulting detective leczy swoje uzależnienie od kokainy pod kierunkiem doktora Sigmunda Freuda.

Nie mam jeszcze The Seven-Per-Cent Solution, ale za to, zupełnym przypadkiem, udało mi się kupić w krakowskim Massolicie drugą z powieści Meyera o Sherlocku Holmesie, The West End Horror. Meyer opowiada w niej klasyczną historię, którą mógłby wymyślić Arthur Conan Doyle: na prośbę ekscenterycznego dziennikarza Sherlock Holmes iGeorge Bernard Shaw dr Watson muszą rozwikłać mocno skomplikowaną sprawę morderstwa powszechnie nielubianego krytyka teatralnego i być może związaną z tamtym zabójstwem śmierć młodej aktoreczki wodewilowej. Holmesowi i Watsonowi w śledztwie pomaga między innymi wzmiankowany wcześniej dziennikarz-ekscentryk i (krótko, ale efektownie) emerytowana, ale wciąż piękna aktorka, wśród podejrzanych znajdują się znany birbant i skandalista, reżyser operetek, zainteresowany dziewczyną kompozytor oraz ponury i fantazjujący o żywych trupach i przelewie krwi sekretarz teatru ... a winny jest oczywiście ktoś zupełnie inny. 

Wszystko to są typy postaci, które spokojnie mogłyby pojawić się w tekstach samego Conan Doyle'a, bo środowisko West Endu w ogóle wydaje się dobrym tłem dla skoEllen Terrymplikowanej kryminalnej fabuły. Tyle że Meyer nakłada na ten krymiał dodatkową warstwę znaczeń: prezentuje sam siebie jako wydawcę tekstu Watsona, dorzuca krytyczny wstęp analizujący w quasi-naukowym stylu autentyczność rękopisu i historię jego odnalezienia, a także  uzupełnia dzieło o przypisy wydawcy. W tę próbę uautentycznienia tekstu przez uzupełnienie go o dodatkową, krytyczną wastwę - która to próba, moim zdaniem, jest zabawą z modną wśród wielbicielBram Stokeri Conan Doyle'a konwencją Gry, wedle której wszystkie wydarzenia w tekstach o Holmesie są autentyczne, bohaterowie żyli naprawdę, autorem opowiadań i powieści jest dr James Watson, a Arthur Conan-Doyle udzielił mu nazwiska, będąć tak naprawdę tylko wydawcą - znakomicie wpisuje się fakt, że wszyscy wymienieni powyżej pomocnicy i podejrzani noszą znane nazwiska. Wegetarianinem-socjalistą starającym się zrobić dzienn ikarską karierę jest George Bernard Shaw, zamordowana aktoreczka zwierzyła się z osobistych problemów ciężko choremu Sir Arthurowi Sullivanowi, bo nie mogła nic Sir Arthur Sullivanpowiedziec surowo pilnującemu moralności pracowników D'Oyly Carte Opera Company S. W. Gilbertowi, w notatkach ponurego sekretarza mamy - jakżeby inaczej! - pierwszy szkic Draculi, bo antypatyczny pan Abraham z Irlandii to nie kto inny, jak Bram Stoker, po teatrze oprowadza detektywa i doktora wielka wiktoriańska aktorka Ellen Terry, a w tle, w roli Bachusa, mamy kompletnie lekceważącego majaczące na horyzoncie kłopoty (jest oczywiście rok 1895) Oscara Wilde'a.  Wszystkie te rzeczywiste postacie są tu po to, by "uwiarygodnić" wydarzenia przez swój w nich udział.
Z jednej strony, wprowadzając tyle postaci o znanych nazwiskach, Meyer stawia na głowie koncept Conan Doyle'a, w którego tekstach wielokrotnie pojawiają się sugestie, że mowa o Oscar Wildeważnych osobach publicznych, ale zawsze ukryte są one pod inicjałami lub omownymi określeniami stosowanymi z pełną powagą przez Watsona-narratora. Z drugiej - Meyer ewidentnie zna kanon Conan Doyle'a na pamięć, a przy tym posługuje się nim podobnie (i podobnie błyskotliwie), jak Steven Moffat w adaptacji, która mnie ostatnio zachwyciła. Używając ulubionych fraz autora i oplatając swój własny tekst siecią połączeń, skojarzeń i aluzji, zarówno w warstwie fabularnej (umiejscowienie akcji, aluzje do drobnych często detali z dzieł autora wzorcowego tekstu, wreszcie sama główna idea - wydaje się, że rozwiązanie musi być rodem z powieści niesamowitej, a akazuje się realiztyczne), jak i stylistycznej i narracyjnej (Meyer świetnie pastiszuje styl Conan Doyle'a-Watsona), autor pastiszu sprawia w końcu, że jego własny tekst ściśle wpisuje się w konwencje kanonu. Myślę, że niejeden czytelnik mógłby się nabrać i wziąć wyimek prozy Meyera za oryginał Conan Doyle'a: w tym sensie The West End Horror jest taką idealną architektoniczną plombą między dwoma starymi budynkami, która w żaden sposób nie burzy harmonii pierwotnych budynków To jest oczywiście tylko jedna warstwa, ta podstawowa - druga, metatekstowa, pozwala pójść jeszcze o krok dalej: mamy już nie tylko Meyera udającego Conan Doyle'a udającego Watsona, mamy próbę historycznej legitymizacji całej tej sytuacji i przeniesienia jej z dziedziny fikcji (opowiadania) w dziedzinę faktu (pamiętniki z krytycznym opracowaniem).No i jest jeszcze jedno: Meyer robi to nie po to, żeby się pod Conan Doyle'a podszyć idealnie, ale raczej po to, żeby czytelnika (a raczej fana, bo kto inny sięga po takie dziełka?), znającego wersje kanoniczne, rozbawić, puścić do niego oko i wciągnąć w grę o dczytywanie kodów i aluzji, ukrytych w tekście.  

No dobrze, piszę sobie o tych wszystkich warstwach, a nie napisałam na razie najważniejszego: że jest to bardzo moim zdaniem udana, inteligentna książka, i że świetnie mi się ją czytało. Dziękuję wam, dobrzy ludzie z Massolitu, że za 3 złote polskie dostaczyliście mi tyle zabawy!  

wtorek, 28 września 2010, ninedin

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2010/09/29 12:15:57
Strasznie lubię Massolit i znajomi już się przyzwyczaili, że gdy odwiedzamy Kraków, to popołudniem ja kieruję swoje kroki na Felicjanek na herbatę, ciastko i godziny sterczenia na drabinie. :D Oni w tym czasie idą na spacer po Plantach lub zwiedzają kolejne muzeum. Ja nigdy ie żałuję wyboru; może oprócz tych momentów, gdy w drodze na dworzec kolejowy paski torby zbyt mocno wpijają mi się w ramię...
-
2010/09/30 00:19:06
Massolit jest po drodze z jednej mojej pracy do drugiej (w której już nie pracuję, ale pracowałam do zeszłego roku) i w związku z tym jest odpowiedzialny za sporą część mojej prywatnej dziury budżetowej :)
-
2010/09/30 13:16:30
Och, och, och, ale kto chciałby rozmawiać rozmawiać o pieniądzach w obliczu książek! :D

A tak serio, pamiętam, jak na studiach pojechałam do Massolitu kupować książki do licencjatu, po czym wyszłam bez żadnych pieniędzy, za to z pełnym, ekskluzywnie wydanym tekstem obu "Alicji" Lewisa z oryginalnymi ilustracjami Teniela. Plus wieloma kilogramami innych książek. Ostatnio zaś, bawiąc w Krakowie z mamą i idąc do Massolitu tylko na herbatę (kogo ja usiłowałam oszukać?), wyszłam z albumową "Robotą" Orsona Scotta Carda, "Listami od św. Mikołaja" Tolkiena (z reprodukcjami oryginalnych listów wraz z rysunkami!), tomikiem opowiadań Bradbury'ego oraz "Watership Down", bo jeszcze nie miałam, więc doskonale cię rozumiem. W dodatku to były książki wynalezione na półkach w czasie potrzebnym do wypicia herbaty, aż się boję, co bym jeszcze znalazła, gdybym siedziała tam dłużej...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...