Blog > Komentarze do wpisu

2010

Rok 2010 był, w moim życiu prywatnym/rodzinnym, dość stresujący i wolałabym, tak po prawdzie, jak najszybciej o nim zapomnieć. Za to (a może właśnie z tego powodu) - mój rok 2010, jak chodzi o a) pracę i b) hobby, szaleństwa i obsesje, okazał się wyjątkowo, że tak powiem, interesujący. Pracą nie będę zanudzać, przejdę ergo od razu do hobby.


Top Ten wydarzeń 2010, jak dla mnie, w kolejności dowolnej:

1. Sherlock Holmes, w więcej niż jednym wcieleniu, czyli po raz kolejny (patrz 5) niech żyje pastisz. Cudownie się bawiłam, czytając The West End Horror Nicholasa Meyera, przypomniałam sobie klasyczne teksty Conan Doyle'a, a poza tym - oglądałam i się łudziłam.  Najpierw wydawało mi się na początku roku, że długo nic u mnie nie przebije szalonego, aspołecznego oberwańca granego przez Roberta Downeya Jra, ale - no cóż, ale. Ale Benedict Cumberbatch, Mark Gatiss i Steven Moffat. Zakochałam się w tym serialu po uszy i do szaleństwa, obejrzałam te trzy odcinki po parę razy, kupiłam sobie DVD i wydawało mi się, że mam spokój z wielkimi serialowymi zakochaniami na najbliższe dwa lata. Little did I know.

2. The Doctor. Chyba już nic nie powinnam mówić. Więc może zamiast zachwytów kilka, tylko kilka powodów.  Uparte, lodowate milczenie Donna Doktora-Ecclestona, kiedy Rose Tyler złamała zasady w Father's Day: wszyscy, z widzami na czele, wiedzą, patrząc na jego twarz, że Rose zrobiła coś niewyobrażalnie strasznego, tylko do niej to jeszcze nie dotarło. Turn Left i niezrozumiała dla (zarobaczonej, plus minus) Donny scena, kiedy z martwej dłoni nieznanego jej mężczyzny, który utonął w Tamizie po jakimś tajemniczym zamieszaniu w Londynie, wypada śrubokręt. Finał The Family of Blood, z milczącym Doktorem-Tennantem, wymierzającym swoją bezlitosną sprawiedliwość rodem z mitu, i finał piątej serii, kiedy okazuje się, że Amy Pond przyszła do nas prosto ze smutnej bajki o sierotce (albo z Koraliny). Doktor-Mesjasz w Gridlock, Doktor-opętany i pobity w Midnight i Doktor-nerd w The Lodger (i Doktor i Jack w Parting of the Ways). Do. Not. Blink. Catherine Tate mówiąca No, please. Matt Smith, mówiący Hello, universe, goodbye, Doctor. David Tennant mówiący I don't want to go. John Simm mówiący Get out of my way. I Kleopatra. Która jest w Egipcie. I martwa. 

3. Opera. A raczej, tak naprawdę, dwie opery Mozarta, Wesele Figara i Don Giovanni, których słuchałam przez większą część roku w kółko i przez które końcówkę roku spędziłam nadrabiając w tempie ekspresowym zaległości w znajomości operowej klasyki (do Pucciniego nadal nie doszłam). Raz, muzycznie: odkrycie takiego kawałka muzyki, o którym ja, na punkcie muzyki raczej stuknięta, wcześniej pojęcie miałam dość blade, i zrozumienie, dodajmy, że mój brak erudycji i edukacji muzycznej nie przeszkadza w absolutnym bezgranicznym zachwycie. Dwa, narracyjnie - zwłaszcza Figaro był dla mnie odkryciem, dowodzącym, że opera nie musi być, jak naiwnie wierzyłam, o niczym - może być, jak w tym przypadku, cholernie inteligentną opowieścią o kobiecej solidarności, wzajemnym zaufaniu w miłości i wiszącej w powietrzu rewolucji nie tylko obyczajowej. Do zapamiętania na resztę życia: zupełnie niezwiązany, bo zaplanowany dużo wcześniej wyjazd na wykłady do Salzburga i przypadkowe spotkanie z posągiem Komandora, Non piu andrai słuchane w kółko w kółko w kółko i bez przerwy przez dwa miesiące oraz Simon Keenlyside jako Don Giovanni w kinie Kijów.   

4. Life on Mars. Czyli niech żyją inteligentne seriale. Większość ostatnich mniej lub bardziej szumnie zapowiadanych odkryć mnie tak czy inaczej rozczarowała. Flash Forward, jak dla mnie, rozlazł się w niepotrzebne wątki obyczajowo-osobiste, a spisków namnożył przez raptem dwadzieścia dwa odcinki co najmniej jak X Files w dziesięciu sezonach. Fringe przestałam oglądać po połowie pierwszego sezonu (nuuda), kontynuacje kiedyś ulubionych serii (Prison Break, Desperate Housewives) były mniej lub bardziej nieudane (Susan! Renee!) - po czym (przez punkty 1 i 2 i za pośrednictwem 8) odkryłam kopalnię skarbów pod tytułem seriale angielskie (Jekyll, Blackpool i te wymienione w tytułach w punktach 1, 2 i obecnym). No i dostałam co chciałam - inteligentny, nieprzewidywalny serial dla dorosłych. Plus patrz punkt 6, dodatkowo.  

5. Księga cmentarna, czyli najlepsza książka przeczytana w ubiegłym roku. Zabawna, inteligentna, pomysłowa i smutna. I dowód, kolejny, że mało osób może się równać talentem z Gaimanem, gdy chodzi o retellingi i opowiadanie na nowo znanych historii (może Steven Moffat, może King, ale mało kto poza tym).  Słowem - wiwat pastisz, patrz punkt 1. Poza tym - druga ulubiona książka roku też była lekko pastiszowa. 

6. Nowa lista ulubionych aktorów, a raczej - rewolucja na liście aktorów, którzy mi się podobają (we wszelkich tego słowa znaczeniach). Symptomatycznie: Watson Jude'a Lawa nie jest już moim ulubionym Watsonem. Martin Freeman, ze swoim doktorem-neurotykiem, zamkniętym w sobie i uzależnionym od adrenaliny, pokonał w moich oczach inteligentnego, rozsądnego, mającego (na pozór?) dość szaleństw i próbującego sobie jakoś ułożyć życie z daleka od nawiedzonego przyjaciela Watsona-Jude'a. I z jednej strony, była to rewolucja na liście "Oglądam, bo ładnie wygląda" (chwilowo pierwsza piątka szóstka siódemka, bez kolejności: John Simm, Benedict Cumberbatch, Kristen Holden-Reid, Michael Shanks, Cillian Murphy, Matt Smith, DAVID TENNANT), z drugiej, trochę (po)ważniej - rewolucja na liście "Rany boskie, jaki to jest świetny aktor", gdzie zamieszał po pierwsze Tennant (po Hamlecie, poza wszystkim innym), Simm (po Samie Tylerze) i Freeman (już się nie mogę doczekać Hobbita!), choć Benedict Cumberbatch też na mnie zrobił w Sherlocku wrażenie bynajmniej nie tylko urodą (a Cillian Murphy był na tej liście od zawsze). Najlepszą żyjącą aktorką świata nadal pozostaje w moich oczach Cate Blanchett, ale na liście ulubionych pań rewolucji nie było, poza tym, że te dawniej lubiane (Nicole Kidman?) osuwają się coraz głębiej w niepamięć niedobrych/żadnych ról w niedobrych/żadnych filmach. 

7. Andaluzja i arabska (i nie tylko) poezja. Najpiękniejsze chyba budowle, jakie widziałam w moim życiu, widziałam w tym roku podczas podróży po Hiszpanii. Alhambra, która mi się śni po nocach, Wielki Meczet i ruiny Medina al Zara, zagubionego miasta na obrzeżach Kordoby. I ogrody Alkazaru w Sewilli. Wymarzyła mi się ta Andaluzja jeszcze przy okazji lektury Lwów Al-Rassanu i jednoczesnego czytania arabskiej poezji z terenów Hiszpanii - poezji specyficznej w nastroju i konstrukcji, wyszukanej, zmysłowej i intrygującej. Summa summarum wzbogaciłam się w tym roku o trzy antologie arabskiej poezji plus (takoż z Andaluzji, choć już z zupełnie innych czasów) przywiozłam z Rzymu dwujęzyczne, włosko-hiszpańskie wydanie wierszy zebranych Lorki i jestem wreszcie szczęśliwa. Plus, moja przyjaciółka tłumaczy mojego ulubionego poetę

8. Blogi. Czytane w dużych ilościach. Spis na blogrolce. Dziękuję za 2010, szanowni Autorzy i proszę po cichu niektórych, co się od miesięcy zaniedbują (Drakaina!) o więcej i częściej. 

9. Muzyka. A. k. a. poza nowością pt. opera niby to samo, co zwykle: DylanRadioheadDylanRadiohead i tak w kółko, ale w pewnym momencie - i to w sumie z soundtrackowej okazji - dostałam w łeb Scissor Sisters i przypomniało mi się, jak mnie swego czasu rozczuliło Comfortably Numb w ich wersji, no i wpadłam w takie pastiszowo-campowe klimaty na dobre. W efekcie na mojej codziennej playliście króluje chwilowo I Can't Decide przeplatane z kawałkami Nouvelle Vague...  

10. Biathlon, ale to jak zwykle - kibicem byłam, jestem i pozostanę; w tym roku, jednakowoż, dodatkowo była olimpiada, czyli okazja dość ważna, by napisać o ulubionym sporcie nawet na blogu o fantastyce ;).

i na dodatek,

11. Filmy. Nie aż tak wiele, i głównie te niewidziane. NIE WIDZIAŁAM (jeszcze) nowego Harry'ego Pottera, ale jako fanka, nie mogę sobie tego darować. Nie widziałam, co gorsza, Incepcji. Widziałam fajną gejowską komedię i ponury, ale intrygujący gejowski dramat, byłam świadkiem, jak moja serdeczna przyjaciółka zakochała się w smoku i może jeszcze zdążę, przed końcem roku, obejrzeć, a nawet zrecenzować, polecany przez Maarcussa Moon.

poniedziałek, 27 grudnia 2010, ninedin

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2010/12/27 23:49:17
Bardzo ciekawe podsumowanie, dzięki, zwłaszcza za podsunięcie kolejnych serialowych tytułów:)
-
2010/12/28 12:08:02
Ah, Scissor Sisters. Pamiętam, gdy pierwszy raz zobaczyłam teledysk do Filthy/Gorgeous i się zakochałam: zresztą wtedy to był bardzo queerowy weekend spędzony w Warszawie, z monodramem Ewy Kasprzyk "Patty Diphusa", z pierwszym obejrzeniem "the Velvet Goldmine" oraz z muzyką The Dresden Dolls. To były czasy.

A SS to moja comfort music, pierwszy album zawsze mam na playerze.
-
2010/12/28 12:25:30
O, przypomniałaś mi: jakoś teraz będzie dziesiąta rocznica obejrzenia przeze mnie Velvet Goldmine, jedneqo z moich ukochanych filmów wszechczasów (na imprezie sylwestrowej w Oksfordzie, 2000/01 :). Cvyba wiem, co będę oqlądać w Sylwestra :)
-
2010/12/28 15:09:29
Rok pełen sukcesów:) Oby następny był jeszcze lepszy!
-
2010/12/30 02:25:27
Kulturalnie to był dobry rok, bardzo dobry.
-
2010/12/30 14:22:12
Ja będę oglądać wszystkie trzy części Mumii, które wczoraj dostałam. I już się nie mogę doczekać!
-
2010/12/30 21:11:39
@ rusty_anqel:
Ja będę oqlądała - z Drakainą, która jeszcze nie widziała - The Empty Child/ The Doctor Dances - tzn. może zdążymy dojść do teqo odcinka, mamy jeszcze 2 po drodze, w tym ten o ojcu Rose, który się D. powinien spodobać, bo jest o paradoksach czasowych i problemach z nimi, a ona NIENAWIDZI idei a la Powrót do przyszłości :P. Poza tym obejrzę prezent qwiazdkowy - koncert Radiohead z trady 2009 na DVD. Poza tym uqotuję coś tajskieqo :)
-
2010/12/30 21:12:43
...bo za Velvet Goldmine to by mnie chyba zabiła... Może jutro rano zdążę... :P
-
2010/12/30 21:32:20
Okej, zakochałam się w smoku imieniem Night Fury, ale nawet najbrzydszy smok jest ładniejszy od tych kolesiów na zdjęciach, ze szczególnym uwzględnieniem Sherlocka... Może to dla wielu będzie herezją, ale mnie zapewne najbardziej będzie się podobał Eccleston jako Doktor, choć brzydki jest jak przysłowiowa noc.
-
2010/12/31 16:46:54
@ale nawet najbrzydszy smok jest ładniejszy od tych kolesiów na zdjęciach

To się nazywa mieć interesującą urodę. :D

Strasznie lubię "Father's Day", jeden z moich ulubionych odcinków, choć ostatni Christmas Special posłał go trochę w diabły, bo Kazran stary dotyka Kazrana młodego - a przecież za to 9 boczy się na Rose przez pół odcinka. Że nie wspomnę o zmienianiu przeszłości...

A ja oprócz Mumii mam chińskie żarcie na wynos. :D
-
2011/12/21 02:26:41
@Ja będę oqlądała - z Drakainą, która jeszcze nie widziała - The Empty Child/ The Doctor Dances

Rany, nie mów, że zakochałam się w Jacku Harknessie w zeszłego sylwestra???? No, na te święta to mam oprócz Jacka następną wielką miłość czyli Gene Hunta, to tak a propos seksownych facetów. A w sumie postanowiłam napisać komentarz po około pięciu minutach wpatrywania się w zdjęcie panów BC i DT z naprawdę dobrymi intencjami, ale nadal nie jestem w stanie zrozumieć, jak ktoś o wyglądzie BC może dla kogokolwiek choćby zbliżać się do atrakcyjności... Cóż, szczęśliwie diversity is richness. Ja tam zostanę przy Kapitanie Jacku i DCI Huncie, z pewnym dodatkiem George Sandsa, bo niestety mój wcześniejszy idol pod względem sexiness ostatnio zagrał głównie Neda Starka, który może być super, ale niekoniecznie sexy...
-
2011/12/21 17:33:15
Tak, dokładne w zeszłęqo Sylwestra :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...