Blog > Komentarze do wpisu

I am the mask you wear

Nicholas Meyer, The Canary Trainer: From the Memoirs of John H. Watson, New York 1993

 

Powinnam kiedyś zrobić ranking książek, które mają genialny pomysł i http://en.wikipedia.org/wiki/File:The_Canary_Trainer.jpgrozczarowują jego wykonaniem; i choć Treser kanarków nie zrzuciłby (chyba) z pierwszego miejsca takiego rankingu The Stress of Her Regard Tima Powersa, z pewnością znalazłby się w ścisłej czołówce.

Moje pierwsze zetknięcie z Meyerowymi pastiszami Conan Doyle'a to był inteligentny, zabawny i błyskotliwy The West End Horror, który mi się ogromnie podobał. I choć ciągle jeszcze nie czytałam pierwszej z książek w serii, The Seven Per Cent Solution (ta jest o walce Holmesa z nałogiem narkotykowym i sesjach z doktorem Freudem), to postanowiłam zacząć od końca, od ostatniej książki z serii, a to - z racji mojego bycia into musical theatre.

No dobra, musicale (zwłaszcza te Andrew Lloyda Webbera) są moją muzyczną guilty pleasure: nic nie poradzę na to, że mniej więcej raz w roku mam nawrót nałogowego słuchania jak nie Evity, to Sunset Boulevard albo Kotów; z całego zestawu Lloyda Webbera najbardziej jednak lubię Upiora opery, i to zarówno muzycznie (jak nie za co innego, to za Music of the Night), jak i fabularnie. Ergo, kiedy tylko dotarło do mnie, że a) Nicholas Meyer, facet, którego przynajmniej jeden film i jedna książka należą do moich ulubionych, napisał b) pastisz, który łączy dwie fascynujące mnie postacie, c) Sherlocka Holmesa i d) Upiora Opery, postanowiłam, że muszę tę książkę mieć. Już. Teraz. Natychmiast. W końcu zaczyna się ona od tego, że ukrywający się w Paryżu po rzekomej "śmierci" Holmes - obecnie skrzypek w orkiestrze opery - spotyka (ponownie) Irene Adler, która wróciła do kariery śpiewaczki, właśnie przyjechała zaśpiewać Carmen w Operze Paryskiej (u boku Jana Reszke, ni mniej ni więcej) i szuka pomocy, bo jakieś kłopoty ma jej młoda protegowana, debiutantka Christine Daaé - po takim początku, co może pójść źle?

No niestety, prawie wszystko, jak się okazuje, choć wbrew pozorom książka ma wiele wspólnego z poprzednią. Formuła jako taka jest już znana z poprzedniej powieści - opatrzenie książki quasi-krytycznym komentarzem Meyera-wydawcy, rozważanie problemu autorstwa czy wprowadzenie postaci i wydarzeń historycznych (tu przede wszystkim Gaston Leroux, autor oryginalnej powieści o Upiorze) służą przede wszystkim "uwiarygodnieniu", uhistorycznieniu wydarzeń, posunięciu Gry z autorstwem tekstów o Holmesie do ostateczności. Postacie są wiarygodne (choć Gaston Leroux nieco za bardzo przypomina mi Brama Stokera z poprzedniej powieści), aluzje do tektu wzorcowego liczne i inteligentnie pomyślane (Irene Adler po raz kolejny zaskakująca Holmesa dzięki przebraniu się za mężczyznę), naśladownictwo stylu Conan Doyle'a (a raczej Holmesa-Conan Doyle'a) - bardzo udane. I tylko fabuła leży i kwiczy, moim skromnym zdaniem.

Postawienie po dwóch stronach barykady genialnego detektywa z Londynu  i genialnego potwora z podziemi Opery wydawałoby się samograjem. Na dodatek postać Holmesa-detektywa dałoby się włączyć w fabułę historii wymyślonej przez Leroux w sposób bardzo naturalny: Meyer zresztą próbuje wykorzystać zarówno fakt, że Holmes jest muzykiem-amatorem, jak i to, że Raoul de Chagny, starając się dowiedzieć, co się stało z jego ukochaną Christine, powinien potrzebować pomocy fachowca od śledztw i dedukcji. Próbuje, ale nie do końca skutecznie, bo o ile na Holmesa ma pomysł i wyczucie do jego postaci, o tyle z drugą połówką równania - historią młodej śpiewaczki i jej mentora-upiora - radzi sobie o wiele, wiele gorzej.

Po pierwsze, mam wrażenie, że Meyer do końca nie ma pomysłu na tożsamość Fantoma. Teoretycznie podejrzenia Holmesa kręcą się wokół kilku postaci, na czele z pomocnikiem architekta, który zbudował operę i labirynty podziemi pod nią, ale w kontekście rewelacji samego Upiora hipoteza ta okazuje się mało prawdopodobna. Ergo, nie dowiadujemy się, kim jest tajemniczy anioł muzyki, nie mamy nawet wiarygodnych podejrzeń - i mnie przynajmniej wydało się to nie tyle oryginalnym rozwiązaniem, co raczej - pójściem na łatwiznę. Jedynym momentem, w którym poczułam przy lekturze dreszczyk ekscytacji, była scena, kiedy Holmes znajduje liścik od Upiora, dowodzący, że przeciwnik zna jego prawdziwą tożsamość. Miałam nadzieję, że Meyer jakoś połączy te dwie historie, że wpisze Upiora w taki czy inny sposób w dzieje Holmesa - i poczułam się trochę oszukana, kiedy nie tylko tego nie zrobił, ale w ogóle zrezygnował z odpowiedzi na pytanie, kto ukrywa się pod maską. Tutaj, ergo, poczułam się rozczarowana.

Christine u Meyera jest z kolei so simple to be almost simple-minded, że zacytuję panią Adler: zamknięta w swoim świecie pełnym aniołów, całkowicie kontrolowana najpierw przez ojca, a potem przez swego demonicznego mistrza, Christine jest skrajnie naiwna i chyba rzeczywiście nie do końca zdolna do rozumienia świata wokół niej; nie tyle głupiutka nawet, co umysłowo zatrzymana na poziomie jedenastoletniej dziewczynki. To nie jest zły pomysł na tę postać, wbrew pozorom: Meyer, który całą swoją powieść nasycił operowymi aluzjami, napisał swoją wersję Christine jako trochę Sentę z Holendra Wagnera, trochę Małgorzatę z Fausta (która to opera, skądinąd, gra u Meyera ważną rolę, podobnie jak w powieści Leroux). Problem w tym, że autor niewiele potem z tą postacią zrobił i w rezultacie nieziemska Christine snuje się po scenerii w roli wiecznej, a nieciekawej, damsel in distress. Podobny jest casus Raoula: u Meyera wyjściowo jest to młody chłopak, przyprowadzony przez starszego brata do opery po to, by znalazł sobie (pierwszą?) kochankę i nauczył się żyć - a który zamiast tego naiwnie, szaleńczo i na śmierć i życie się zakochuje. I znowu - nic poza tym. Raoul teoretycznie jest porywczy (do głupoty a la D'Artagnan) i odważny, ale tak naprawdę w akcji niewiele ma do zrobienia - niewiele, bo jego rolę sprężyny intrygi przeciw Upiorowi przejmuje Holmes. I OK, to jest i tak o niebo lepszy pomysł niż ten z The Phantom of Manhattan Forsytha (Raoul jako pozbawiony co poniektórych części ciała impotent), ale na dobrą i potrzebną w fabule postać to trochę za mało.

Reasumując: gdyby zostawić tylko Holmesową część, albo gdybym miała mniejsze oczekiwania, pewnie byłaby to w miarę niezła książka. Tak - rozczarowanie, niestety. Czekam, aż ktoś napisze dobry pastisz Upiora... i mimo wszystko zamierzam zabrać się za Seven Per Cent Solution.

PS. Przy okazji, jest ta książka w jakiś dziwaczny sposób niezłym podsumowaniem mojego roku 2010, naznaczonego u mnie - w sferze, że tak powiem, kulturalnej - obsesyjnym wracaniem do dwóch wątków, Sherlocka Holmesa i klasycznej opery...

sobota, 25 grudnia 2010, ninedin

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2010/12/25 14:04:48
Skoro o książkach okołoholmesowskich mowa mi bardzo się spodobało Dobranoc, panie Holmes Carole Nelson Douglas. Nie jakies superprzełomowe dzieło, ale czyta sie jednym ciągiem. Wydali to w czerwcu tego roku i od tego czasu przytupuję niecierpliwie czekając na ciąg dalszy
-
2010/12/25 14:26:26
O, widzisz, nie znam, a będę musiała zapolować ;)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...