Blog > Komentarze do wpisu

Marsjanie na posterunku

Life on Mars sezon I, created by Matthew Graham, Tony Jordan & Ashley Pharoah, BBC Wales, 2006


Samo istnienie Life on Mars dowodzi, jak dla mnie, prawdziwości optymistycznej tezy, że wszystko jest możliwe.  No bo tak: od przepisu na zafascynowanie _akurat mnie_ to jest ten serial tak daleko,  jak to tylko możliwe - mało mnie (wbrew pozorom) ruszają historyjki z podróżami w czasie, spotykaniem własnych dziadków i wędrówką z jednego świata do drugiego, mam alergię na postać wszechwiedzącego pocieszającego barmana, nie przepadam za policyjnymi serialami, a na dodatek zupełnie, ale to zupełnie nie odczuwam jakiejkolwiek nostalgii za latami 70., co w sumie nie jest specjalnie dziwne, zważywszy, że w roku 1973, kiedy dzieje się akcja tego serialu, właśnie przyszłam na świat. Ciężko mi było wyobrazić sobie, jak z tego posklejać całość, która mi się spodoba. I nie, aktor, którego uważam za cholernie intrygującego i który na dodatek piekielnie mi się podoba, nie wystarczy.

A tu - proszę bardzo. Pomysłodawcy wzięli zestaw ogranych tematów i motywów, wydawałoby się, wyeksploatowanych do cna co najmniej od czasów Jankesa na dworze króla Artura - i wyszło fantastycznie. Fan-Ta-Stycz-Nie. Gdybym miała ryzykować odpowiedź na pytanie: "Jakim cudem?", zapewne pierwszą rzeczą, jaka przyszłaby mi do głowy, byłoby: "Bo producenci wyciągnęli szczegółowe wnioski z historii Jankesa i króla Artura".

Dlaczego? Dlatego, że zasadnicza idea tego serialu - i jego największa zaleta - niekoniecznie skupia się wokół pytania "Co się stało z Samem Tylerem?". Jest nią raczej fakt, że bohater, wprost ze swojego roku 2006, trafił  - na Marsa. A konkretniej, na swój własny posterunek, trzydzieści trzy lata wcześniej. A ten posterunek jest naprawdę jak z innego świata, i to nie dlatego, że faceci noszą obciachowe wąsiki, a panie - niedzisiejsze fryzury: tu policjanci popiją sobie dla kurażu na służbie i w imię zasady mniejszego zła biorą łapówki. W powietrzu wiszą zasłony z papierosowego dymu (pali nawet dziewczyna-świadek w ciąży) i latają niewybredne dowcipasy o dupach i cyckach, adresowane do obecnych w tym samym pokoju koleżanek; tu niespecjalnie słyszano o prawach świadka i podejrzanego, niesłyszącego, którego zastraszali bandziorzy, można zwyzywać od kalek i dodatkowo postraszyć utrudnianiem śledztwa, a policjant ciągle jest panem, który, kiedy chce, może natłuc po pysku, komu zechce, łącznie z podwładnymi. No i, oczywiście, jesteśmy jeszcze łaaaaadnych parę lat przed takim poziomem forensic science, do jakiego główny bohater w swoim 2006 był przyzwyczajony: trudno się dziwić, że Sama, przyzwyczajonego do zupełnie innego reżimu pracy i innego podejścia do ludzi, koledzy uważają za na wpół dziwaka, na wpół wariata, i przezywają "Sherlockiem". Ja, oglądając, powtarzalam sobie jak mantrę: co za szczęście, że żyję w dzisiejszych czasach tzw. poprawności politycznej, co w tym przypadku oznacza - nieco większej równowagi między prawami osób przy władzy (nawet jeśli władza = pałka i możliwość w miarę bezkarnego sfałszowania dowodów) a resztą świata.

No ale. No ale tak naprawdę fajne jest to, że alieni z Marsa 1973 nie są bynajmniej tylko idiotami/oszustami/prymitywami, co to, to nie. Obraz Sama i jego nowych kolegów jest znacznie bardziej zbalansowany. Z jednej strony, Samowi zdarza się popełniać karygodne błędy w ocenie sytuacji (jak przede wszystkim w odcinku finałowym sezonu I), z drugiej - Gene Hunt i jego team radzą sobie najlepiej, jak mogą i umieją, starając się robić po swojemu to, co Sam chciałby zrobić na swój sposób: wprowadzić jak najwięcej spokoju i porządku na ulice Manchesteru, obojętnie, czy w 2006, czy te trzydzieści trzy lata wcześniej. Poza tym - jeżeli ktokolwiek chciałby się litować nad Huntem jako nad biednym, prymitywnym, skazanym na och-jakie-przestarzałe metody ludzikiem - think twice. Really, think twice. Gene Hunt to jest zresztą postać niezwykle udana, bo z jednej strony - irytuje mnie jak mało co, z drugiej - trudno, naprawdę trudno go nie uwielbiać.

Najciekawsze - dla mnie - są nie tyle zagadki kryminalne, jakie napotykamy w poszczególnych epizodach, choć doceniam ukłon w kierunku klasycznych policyjnych seriali, jaki zrobili producenci; najbardziej mnie akurat fascynuje w tym wszystkim kontrast Gene'a i Sama. Każdy w nich w swoim czasie pasuje do dominującego, męskiego wzorca twardziela, lidera, stróża porządku. Wycinając Sama z jego naturalnego środowiska i wrzucając go w stylowo zrekonstruowane lata 70., scenarzyści tak naprawdę skupili się na zmianie w tym wzorcu. Sam, który w swoich czasach jest - jak się wydaje - dość typowym facetem, którego zachowania, zainteresowania i sposób życia nie odbiegają od mainstreamowej normy połowy lat '00, wydaje się w roku 1973 kompletnie nietypowy i oderwany od rzeczywistości. Jego zamiłowania kulinarne (i umiejętność gotowania ;)), jego niechęć do papierosów, specyficzne standardy zachowania wobec innych, szacunek do osób niekoniecznie w tym świecie szacunkiem otaczanych (kobiety, mniejszości) - to  wszystko sprawia, że koledzy patrzą na niego, jakby był z innego świata, a widzowie mają szansę zastanowić się nad tym, jak zmienne - i jak arbitralne - są pewne normy zachowania, które dziś uważamy/ kiedyś uważaliśmy za obowiązujące.

Co poza tym? Sensowne klasyczne policyjne historyjki przeplecione sporą, wbrew pozorom, dawką niesamowitości i grozy (upiorna dziewczynka z obrazu kontrolnego!) i podszyte centralną zagadką: jak i dlaczego, na litość boską, można przenieść się do rodzinnego miasta o 33 lata wstecz. Plus świetne kreacje aktorskie. Plus efektowna muzyka, plus fakt, że chcę wiedzieć, co dalej. Plus, John Simm, ale to już chyba mówiłam. Polecam, bardzo bardzo serdecznie.

piątek, 10 grudnia 2010, ninedin

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2010/12/10 16:16:50
Ha.

To teraz czekam, aż obejrzysz drugi sezon.

W ramach polecanek: sugeruję dorzucić do kolejki "Identity" i "Luthera" - po jednym sezonie oba. "Hustle" już polecałam, ale powtórzę (gra tam m.in. brat Philipa Glenistera, który swoją drogą zagrał też w "State of Play").
-
2010/12/10 19:57:50
No a potem jeszcze "Ashes to Ashes"... :-)
-
2010/12/10 20:07:35
Aż Ci zazdroszczę, że masz przed sobą kolejny sezon (bo "Life on Mars" to serial z najbardziej pokręconym dobrym-złym zakończeniem jaki widziałam) i jeszcze całe "Ashes to Ashes"... DCI Gene Hunt jest moim zdecydowanym idolem. :)

Szczerze mówiąc też byłam zdziwiona, że tak bardzo mi się ten serial spodobał. Drugie takie zaskoczenie przeżyłam przy kanadyjskim serialu "Flashpoint" o antyterrorystach. Nigdy bym nie pomyślała, że mi się spodoba, a to zdecydowanie najlepszy serial kryminalny jaki widziałam kiedykolwiek. Lubię takie zaskoczenia. :)
-
2010/12/11 00:36:10
@ yaal: drugi sezon właśnie zainaugurowałam, pierwszy odcinek - rewelacja. Dzięki za polecenie, bo rzeczywiście jest to jedna z obiektywnie lepszych produkcji, jakie widziałam.
@ ysabellemoebius - już nie mogę się doczekać :). A do DCi Hunta mam stosunek, wbrew pozorom, podobny jak do profesora Snape'a: strach się bać, ale trudno się nie fascynować ;)
No i prawda, fajne są takie zaskoczenia. Z moich chyba najlepiej pamiętam - było to jakieś 100 lat temu, kiedy ten film był nowy, a ja smarkata - że miałam kompletnie zero pozytywnych oczekiwań wobec "Edwarda Scissohanda". Johnny Depp był wtedy idolem moich nastoletnich koleżanek, znanym im zresztą głównie z plakatów w "Bravo", a Tim Burton tak naprawdę zaczynał karierę. Ja w sumie nawet nie miałam tego filmu ochoty oglądać, ale w końcu namówiła mnie siostra - i ćóż, od tej pory nie opuściłam żadnego filmu Burtona :)
-
2010/12/13 00:02:46
@ninedin
Poczekaj na finał, mnie wdeptał w podłogę.
"Ashes to Ashes" mi się mniej podobało, ale wciąż warte obejrzenia.
-
2010/12/19 13:50:35
Poczekałam. Wdeptał w podłogę to zdecydowanie własciwe określenie, lepiej się nie dało...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...