Blog > Komentarze do wpisu

Detective Stories

John Joseph Adams (ed.), The Improbable Adventures of Sherlock Holmes, Nite Shade Books, San Francisco 2009

 

dawno tego nie mówiłam, ale: SPOILERS!


Zródło: amazon.com Przyszły wakacje, skończyłam książkę, mam czas na czytanie. W tym momencie czytam - dalej - fanfiki, tyle że te są autoryzowane, publikowane i piszą je ludzie, którym płacą za ich pisanie. Czasami wręcz płacą bardzo duże pieniądze: wśród autorów tej antologii opowiadań o Sherlocku Holmesie są m. in. Barbara Hambly, Stephen Baxter, Robert J. Sawyer, Naomi Novik, Neil Gaiman i Stephen King... Czyli niby nie fanfiki, niby nie ma copyright issue, ale i tak ma się wrażenie, że poza znanymi nazwiskami pisarzy nie aż tak wiele różni tę antologię od sieciowych archiwów...  

To nie jest tak, że to są nowe teksty, napisane na zamówienie; redaktor antologii zebrał po prostu poświęcone Sherlockowi Holmesowi teksty znanych pisarzy związanych głównie z szeroko pojętą fantastyką. Taka koncepcja ma swoje wady - ja osobiście znałam wcześniej część tekstów tu publikowanych, a jak ktoś siedzi głębiej w związanej z Holmesem popkulturze, pewnie znał większość - ale ma też i zalety: większość z tekstów tego tomu trzyma dość równy, w miarę przyzwoity  poziom, zarówno jak chodzi o wpisywanie się w Conan-Doyle'ową tradycję/konwencję, jak i o ogrywanie dominujących tu motywów fantastycznych i niesamowitych oraz o samodzielne walory literackie. I mówię to z pełną świadomością, choć zaraz zacznę narzekać. 

Stephen King w The Doctor's Case idzie zdecydowanie w kierunku pastiszu, dając nam klasyczną historyjkę o bogaczu bez serca, za to z nożem w plecach, o bitej żonie, trzech zagrożonych wydziedziczeniem synach (jeden hulaka, jeden artysta, jeden geniusz zarządzania) i zbrodni niemal doskonałej z trupem w zamkniętym od wewnątrz gabinecie. Zarazem jednak King - trzymając się bardzo blisko stylistyki i sposobu pisania Conan Doyle'a - z jednej strony bawi się tradycją gatunku (Holmes stwierdzający, że służby raczej nie należy brać pod uwagę), z drugiej - wprowadza niewielkie elementy parodii: w końcu u niego sprawę rozwiązuje nie uczulony na kocią sierść i pozbawiony przez to niemal wszelkich możliwości działania Holmes (w domu państwa Hull jest dziesięć kotów), ale niekoniecznie detektywistycznie genialny doktor Watson. King zresztą (słowami Holmesa) bardzo inteligetnie sugeruje, że ten brak talentów detektywistycznych to nie głupota, nie naiwność czy brak uwagi: być może wynika on z prostego faktu, że - będąc dobrym z natury człowiekiem - Watson nie jest w stanie pojąć, jak wiele perfidii i zła może się w ludziach czaić? Nie jest ten tekst rewelacyjny, bynajmniej, ale po pierwsze, wciąga, po drugie - bardzo dobrze, moim zdaniem, sprawdza się jako pastisz. Bardzo mi się też podobał tekst Naomi Novik, w którym Irene Adler śledzi gazetowe relacje o śmierci pewnego detektywa i z samego ich tonu wnioskuje, że nie umarł. Adler w wersji Novik nie mogłaby być bardziej niepodobna do tej ostatniej filmowej, granej przez Rachel McAdam: tu mamy nie wojowniczkę, nie Larę Croft, ale kobietę, która jest dokładnym odpowiednikiem Sherlocka Holmesa, tyle, że jest - no, kobietą; w tamtych czasach i oczekiwania wobec niej - nawet wobec niej! - są nieco inne, niż  wobec niego. Mamy tu świetny i wiarygodny portret psychologiczny bohaterki, mnóstwo wątków często wracających w "apokryficznej" Holmesowej literaturze (S. H. ukrywający się jako muzyk, romans z I. A.) i oczywistą (jak ktoś czyta fanfiki) nieoczekiwaną (jak nie) niespełnioną historię miłosną. I to jest literacko jeden z najlepszych tekstów w tym zbiorze, może nawet drugi najlepszy...       

Tim Lebbon (skądinąd mi nieznany, choć w 2001 dostał Bram Stoker Award) w The Horror of the Many Faces nie oparł się pokusie pożenienia historii Sherlocka Holmesa z Cthulhu. Na pozór te dwa światy się kłócą i są nie do pogodzenia: skrajnie upraszczając, u Lovecrafta zwykle zaczyna się od czegoś bardzo zwyczajnego, po czym idziemy głębiej i głębiej w krainę mrocznej, odrażającej i bluźnierczej niesamowitości. U Conan Doyle'a przeciwnie: często narzucające się irracjonalne wyjaśnienie okazuje się być pozorem, za którym ukryte jest bardzo przemyślne i bardzo ludzkie rozwiązanie: odrzuć niemożliwe, a to, co zostanie, jakkolwiek mało prawdopodobne by nie było, będzie odpowiedzią. Jak taka kombinacja jest udana, to może działać genialnie (i tak jest w jednym z tekstów w tym zbiorze); tu, nie do końca działa niestety: opowiadanie momentami ma bardziej nawet Barkerowski niż Lovecraftowski klimat (Wielki Przedwieczny złożony z pszczół), ale jako całość mnie przynajmniej nie przekonało. Podobnie miałam z - też Lovecraftowskim - opowiadaniem Darrela Schweitzera o sprawie podróżnika, który z pradawnego, pełnego bluźnierczych i odrażających kultów płaskowyżu Leng przywiózł prastarą (i bluźnierczą, i odrażającą) figurkę. Ja wiem, Lovecraft aż się prosi o parodię, ale jak już go parodiować, to może niekoniecznie zaczynać od tych najbardziej oczywistych elementów? To jest akurat bardziej pastisz, niż parodia, nie mam pojęcia tylko, po co w nim Sherlock Holmes.  Lovecraftowskie motywy (w Walii! Kultyści Cthulhu w Walii!) są też w  zdecydowanie bardziej udanym  tekście, łączącym Holmesa z uniwersum Lovecrafta: The Adventure of the Antiquarian's Niece Barbary Hambly. To, że ten tekst jest udany, wynika chyba po części z faktu, że Hambly rysuje bardzo staranne tło i że w pierwszej chwili czytelnik ma wrażenie, że dostał raczej napisaną na nowo Zagładę domu Usherów niż Przypadek Charlesa Dextera Warda... Autorka daje sobie i czytelnikom czas: jej tekst jest dość długi, tło sprawy rozbudowane i kiedy po raz pierwszy pada nazwa Arkham i nazwisko Whateley, wiemy już dość dużo o sprawie, by jej mityczny wymiar wydawał się nieco, hmmmm, oswojony i przez to nie całkiem nie na miejscu. Na dodatek w postaci Watsona autorka daje czytelnikowi dokładnie to, czego ten się spodziewa: sceptyka, węszącego za racjonalnym rozwiązaniem, z jednej strony Watsona, jakiego znamy, z drugie - przecież typowego Lovecraftowskiego bohatera, przekonującego się na własnej sceptycznej skórze, co się czai w otchłani. Poza tym Hambly zawsze chyba miała ucho do dialogów i detali z epoki: dowodzą tego jej własne powieści detektywistyczne i przede wszystkim fantastyczny cykl o Jamesie Asherze. No a poza tym - kto się oprze wizji Sherlocka Holmesa wypowiadającego słowa Cthulhu in his dark house of R'lyeh... Ja z pewnością nie. No i bohaterka, +100 za bohaterkę i twist z nią związany.
O Holmesie i Cthulhu napisał też w tym tomie człowiek, który wydaje się stworzony do opisania takiej wybuchowej mieszanki - Neil Gaiman. No i, kurczę, co sięgnę po jego tekst, nawet mniej udany, to sobie przypominam, dlaczego facet jest w pierwszej piątce moich ulubionych pisarzy - bo wystarczy przeczytać jego pierwsze zdania, to, jak tnie i układa początek Studium w szkarłacie, żeby zacząć nim swój własny tekst, Studium w szmaragdzie. Oh, dear, jak ja bym tak chciała umieć. Swoją szaloną, Lovecraftowską z ducha ideę (królowie nigdy jeszcze nie byli aż tak oddaleni od swoich poddanych) Gaiman traktuje poważnie, bez jajcarstwa, bez łatwej zgrywy. Zarazem wrzuca nas in medias res, a pozwalając nam patrzeć oczyma Watsona, który teoretycznie wie, ale praktycznie nigdy jeszcze nikogo z rodziny królewskiej nie widział - powoli przygotowuje grunt pod to, co nam chce w scenie na miejscu zbrodni pokazać i czym nas zaskoczyć. A to wszystko będzie, zanim jeszcze Gaiman opowie nam o ostatnich siedmiuset latach dziejów ludzkości i o niemożliwej kohabitacji - a może o tym, że po stuleciach niewoli nawet najlepsi przestaną rozumieć, co to jest wolność. No ale - no ale, wszystko się wydaje jasne, no ale. Kto jest kim  w tej historii, bo przecież do pewnego momentu to się wydaje oczywiste, consulting detective i weteran z Afganistanu tropią mordercę, który napisał Rache zieloną krwią na podłodze, no ale potem? Chwila, to nasz detektyw napisał broszurkę o asteroidach, halo?! A potem jeszcze nazwisko podejrzanego o mord w Whitechapel: Sherry Vernet, i jak się ma dobrą pamięć do literatury, to rozmaite skojarzenia przychodzą człowiekowi do głowy, a poza tym, Sigerson, a potem, James, a może John, Watson, i narrator podpisany S. M. (kiedyś zapewne pułkownik) - i nagle czytelnik wie, że  są jeszcze prawdziwi bohaterowie. Oh, brilliant, brilliant, literacko to jest zdecydowanie najlepszy tekst w tym zbiorku. I na dodatek każdy go może przeczytać w sieci, za darmo ;).

Vonda McIntyre, za którą generalnie nie przepadam, znudziła mnie swoją autotematyczną historyjką o Sherlocku Holmesie, Arthurze  Conan Doyle'u, kręgach na zbożu i rzekomym UFO: jak na parodię, za mało to zabawne i za proste, moim zdaniem, nudne poza tym i jakieś takie, bo ja wiem, głupawe, ile się można naśmiewać z tego, że ktoś wierzy w kręgi na zbożu i pokazywać kręgi na zbożu jako hoax wszechczasów?  Niezbyt też podobało mi się opowiadanie Mary Robinette Kowal, za którą skądinąd na co dzień jakoś nie przepadam - tu opisała apokryficzną wersję wzmiankowanej w jednym z opowiadań o Holmesie historii parowca Friesland, oddając głos nastoletniej córce producenta kryształów, Rosie Grissanti, podróżującej do Afryki, by wyjść za mąż i wplątanej w polityczno-kryminalną aferę. Kowal poświęca wiele uwagi detalom, a kryminalna historia w jej opowiadaniu jest zdecydowanie drugorzędna w stosunku do psychologicznej i obyczajowej. I wszystko fajnie, bo to akurat autorka robi świetnie, ale moglibyśmy, proszę, mieć w tym wszystkim jeszcze jakąś akcję, a nie jej szkic? Drugi zarzut, jaki mam do tego tekstu, to fakt, że Holmesa mógłby tu zastąpić absolutnie dowolny inny detektyw - a, tak po prawdzie, Herkules Poirot byłby nawet bardziej na miejscu. Ale żeby nie było, znakomicie mi się czytało opowiadanie też niespecjalnie przeze mnie lubianej Tanith Lee, o sprawie, której nawet sam Sherlock Holmes nie mógł zrozumieć... Najprościej w świecie: czytałam, bo nie wiedziałam, jak się skończy. Skończyło się odrobinkę rozczarowująco - ale to kwestia nie tyle pomysłu na zakończenie, co jego wykonania. 

Kilka opowiadań próbuje wplątywać Holmesa w modne sprawy epoki (klątwa faraona) i nie tylko (o Holmesie i piratach ledwie zamaskowanych jako nie z Karaibów to mi się nawet czytać nie chciało), kilka - ukazywać jego spotkanie z wielkimi tamtych czasów (Lewis Carroll, Herbert George Wells kilkakrotnie, m. in. w opowiadaniu Stephena Baxtera) lub umieszczać go w realiach tekstów innych znanych pisarzy epoki (M. R. James)  albo nawet innych dzieł samego Conan Doyle'a (Sherlock Holmes i dinozaury u Dominica Greena, ratunku!) - i to też niekoniecznie zawsze działa. U Baxtera mamy kryminalną historyjkę z absolutnie oczywistym zabójcą (antypatyczny starszy brat), pożenioną z wziętym z SF motywem (Zły Brat zabił genialnego Szalonego Naukowca, bo chciał jako pierwszy polecieć na Księżyc). Holmes jeszcze po coś się tu przydaje, bo rozwiązuje sprawę, ale H. G. Wells jest chyba tylko na ozdobę. Lepiej wyszło Geoffreyowi A. Landisowi, który z kolei postanowił pokazać Sherlocka Holmesa tropiącego Kubę Rozpruwacza. Ten mało oryginalny pomysł autor rekompensuje faktem, że potrafi znakomicie "podrabiać" zarówno styl Conan Doyle'a, jak i zachowanie jego postaci: scena, w której Holmes żąda od Watsona, by w razie jego nagłej śmierci spalił jego ciało, odmawiając jednocześnie jakichkolwiek wyjaśnień, jest przecież jak żywcem przeniesiona z pierwowzoru. Co prawda rozwiązanie jest Wellsowskie ze swej natury, ale za to jakie pomysłowe:  mówiąc najkrócej, Kuba Rozpruwacz (Kuba Rozpruwacz, dodajmy, o baaardzo interesującej tożsamości...) ma bardzo konkretne i bardzo SF powody - ratowanie świata, no less - żeby zabijać...

W kilku innych z kolei tekstach mamy typowo fanfikowy pomysł: oryginalne postacie, wprowadzane jako główni bohaterowie przez autorów obok, albo zamiast, kanonicznych (czytaj: głównie zamiast Watsona). Gdybym miała dawać komuś w tej sprawie radę: don't. Just... don't. Wychodzi zazwyczaj albo nuda, albo Mary Sue, a poza tym, powiedzmy sobie szczerze, jak to wygląda z perspektywy tego konkretnego czytelnika: głęboko w nosie mam wymyśloną przez Sharyn McCrumb starą i mądrą  (och, mądrzejszą od Holmesa, jakież to... hmmm, Mary Sue!) Gisel Roundtree, czy dowolną inną kreację w tym stylu, bo, jakby to powiedzieć, jak chcę oryginalne postacie jako główne, to czytam oryginalną fikcję danego autora, a nie, cholera, fanfik!  W fanfiku - takim do Sherlocka Holmesa - oryginalne postacie mogą sobie być w pozostałych rolach; najlepiej w rolach osób związanych ze sprawą, bo w końcu ktoś musi być ofiarą, a ktoś mordercą.

Ciężko się podsumowuje lekturę długiej, nie do końca równej antologii; generalnie, jednakowoż, warto było. Czekając chwilowo dość maniakalnie na nowego Sherlocka (tak, wtedy to znowu będzie blog o TV), pewnie poszukam sobie jakiejś kolejnej Holmesowo-fanfikowej antologii - albo może po prostu poczytam tym razem prawdziwe, amatorskie fanfiki... 

poniedziałek, 11 lipca 2011, ninedin

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2011/07/12 14:39:28
Sama nie wiem, czy bardziej czekam na serial, czy na drugą część filmu Guya Ritchiego. Na pewno obie będę fangirlować.
-
2011/07/12 16:33:13
Ja chyba minimalnie bardziej na serial, bo dostałam na jego punkcie nieoczekiwanego fangirlowego fioła, który zaskoczył nawet mnie samą. Poza tym tegoroczne odcinki to adaptacje numerów 1, 2 i 4 na mojej liście ulubionych tekstów o Sherlocku Holmesie - ale film też, oj, bardzo zdecydowanie. W jednym i w drugim zrobili mi wielką przyjemność, nie robiąc Watsona safandułowatym, zapatrzonym w mądrzejszego kumpla jak w obrazek głuptaskiem - już samo to by wystarczyło do bycia fangirl :)
-
2011/07/14 13:31:42
Wiedziałam! Wiedziałam, że jak Gaiman, to "Studium w szmaragdzie". Z jednej strony dobrze, bo to opowiadanie jest naprawdę świetne (moje drugie ulubione Gaimana, co ja poradzę na to, że najbardziej lubię jak sięga do Lovecrafta...?), z drugiej szkoda, że to nie coś nowego...
Generalnie dzięki za recenzję, wyjątkowo nie będę płakać, że angielski mam za słaby, żeby to przeczytać, tylko sięgnę do tego Gaimana po polsku. Chociaż na kilka opisanych opowiadań miałabym ochotę, nie powiem...
-
2011/07/14 20:23:54
Ja jestem też wielką fanką parodystycznego tym razem "Shoggoth's Old Peculiar" Gaimana :)
-
2011/07/15 03:13:27
Cóż, pisałam, że "Studium..." moje drugie ulubione. Shoggoth pierwszy. :D
-
2011/07/15 10:34:25
Ha! :) Zdecydowanie mamy tak samo :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...