Blog > Komentarze do wpisu

Alfabet na półce: G

Wracam do wpisów alfabetycznych przy okazji próby jakiegoś sensownego ustawienia książek na półce i próbuje ułożyć literę G.


Na G mam trochę klasyki: opowiadania i dramaty Gogola, w tym część po rosyjsku, trochę Goet
Źródlo: ebay.comhego (w tym jakiś pojedynczy tomik po niemiecku), jedną czy drugą Elizabeth Gaskell i Władcę much Goldinga, najbardziej chyba ponurą z tych książek, do których zdarza mi się wracać z własnej woli. Nie mam, a chciałabym, Nocy attyckich Aulusa Geliusza, bo jakkolwiek to nie bardzo da się czytać samo z siebie, to w pracy filologa klasycznego bez tego momentami ani rusz. Mam za to sporo Roberta Gravesa, zarówno powieści (Ja, Klaudiusz, Córka Homera), jak i książek, powiedzmy, z okolic nauki (Mity greckie). I mam baśnie braci Grimm, niewątpliwie klasyczne :).  A jak już przy takich klimatach - Wind in the Willows Kennetha Grahame'a to chyba jedna z moich ulubionych książek dla dzieci.  


Z fantastów na G mam w zasadzie wszystkie (poza Wolves in the Walls) książki Neila Gaimana plus znaczącą większość jego komiksów (całego Sandmana, częściowo po polsku, częściowo in English, plus trochę rzeczy poza tym). Gaimana uwielbiam, i przypominam sobie o tym za każdym razem, kiedy biorę do ręki którąś z jego książek, ale pisałam już o nim ładnych parę razy i musiałabym się okrutnie powtarzać... Mam kilka książek Williama Gibsona, na czele z Neuromacerem (poza tym: po polsku Światło wirtualne i Grafa Zero, in English Difference Engine i Idoru); i o Gibsonie w sumie powinnam kiedyś napisać, zdecydowanie. Mam bardzo przeze mnie lubianą, dziwną i dośc mało znaną powieść Jona Courteneya Grimwooda NeoAddix, która jest o gangach motocyklowych, klonowaniu Jezusa, wampirach i hakerach, i jest IMO świetna, przy całym swoim bałaganiarstwie; Grimwood to jest autor, którego zdecydowanie chciałabym przeczytać więcej. Mam - ale nie czytałam jeszcze - Hegemonię Kartaginy Mary Gentle, kupioną za 6 ZLP na ulicy w Krakowie; podobna sytuacja jest z przywiezioną kiedyś z Anglii Harm's Way Colina Greenlanda. Do moich ulubionych książek zdecydowanie należy za to Narzeczona księcia Williama Goldmana - ale nie będę tu o niej pisać za dużo, bo może w końcu kiedyś napiszę o niej jako o kanonie fantasy :). Mam dylogię o Parmenionie i Aleksandrze Davida Gemmela, która trochę mi się podoba, a trochę mnie irytuje, mam też najciekawsze bodaj powieściowe ujęcie sagi o Nibelungach, Rheingold Stephana Grundy'egoDiana Gabaldon, proszę bardzo: mam serię o lordzie Johnie, ale chyba żadna siła mnie nie zmusi do kupienia któregokolwiek tomu cyklu Outlander...

 

Ale tak naprawdę, w moim przypadku, litera "G" powinna być zarezerwowana dla powieści kryminalnych, i to nie z racji pojedynczych książek Sue Grafton czy Johna Grishama, które gdzieś tam leżą w kącie półki, a ze względu na dwie pisarki, których czytam dużo i pewnie będę czytała więcej: Marthę Grimes i Elizabeth George. 

Marthę Grimes podpatrzyłam swego czasu na blogu Rusty Angel, a że z opisu jej książki wyglądały na to, co lubię, postanowiłam spróbować. Od tej pory kupiłam i przeczytałam pierwsze sześć książek z cyklu o Richardzie Jurym  (The Man With a Load of Mischief,  The Old Fox Deceiv'd, The Anodyne Necklace, The Dirty Duck, Jerusalem Inn, Help the Poor Struggler) plus The Old Contemptibles i zdecydowanie zamierzam przeczytać następne. Grimes potrafi pisać przekonujące, inteligentne postacie (nawet jeżeli część z nich to ukłon w stronę konwencji gatunku), jej zagadki kryminalne są skomplikowane, a klimat angielskich miasteczek i pubów (od których kolejne tomy cyklu czerpią swoje barwne tytuły) ukazany znakomicie. Mojej mamie z kolei szalenie podobał się Hotel Paradise; ja wolę cykl o Jurym, ale Hotel też zdecydowanie lubię.

Po powieść Elizabeth George pierwszy raz sięgnęłam w desperacji, goszcząc w domu, w którym poza tym na półkach były tylko powieści(dła) o miłości. Zaczęłam ergo in medias res, od polskiego przekładu Well Schooled in Murder (Szkoła zbrodni), w której zaintrygowały mnie przede wszystkim bohaterowie: OK, przystojnych angielskich arystokratów jako inspektorów Scotland Yardu widuje się dość często, ale George udało się zrobić Thomasa Lynleya, mimo wszystko, jakoś oryginalnym - a mnie i tak, w sumie, bardziej zaintrygowała jego partnerka, Barbara Havers, paniusia w bluzie po cioci, w rozkłapanych tenisówkach i z petem w gębie, która jednakowoż, jak porucznik Colombo, zdecydowanie jest czymś więcej, niż na to wygląda. Potem trafiały mi w ręce kolejne tomy (Massolit w Krakowie ciągle miał jakieś pojedyncze na półeczce z książkami za 5 zeta) i ani się obejrzałam, a przeczytałam wszystkie 15 tomów, poza najnowszym z 2010. To są, w odróżnieniu od bardziej klasycznie kryminalnych powieści Grimes, bardzo długie (nieraz pod 800-900 stron!), skomplikowane księgi z ogromną ilością wątków i postaci. Łączy je w cykl grupa powracających bohaterów: Havers, Lynley, jego partnerka, a potem żona lady Helen, ich wspólny przyjaciel z dzieciństwa, ekspert kryminalny Simon St. James, okaleczony przed laty w wypadku, który spowodował Lynley, i małżonka Simona, artystka-fotograf, a prywatnie córka jego kamerdynera, Deborah.

No tak... i tu zaczyna się problem. Elizabeth George z jednej strony często  porusza tematy związane z bardzo współczesnymi problemami: mamy u niej niejednoznaczny moralnie portret grupy dość skrajnych aktywistów ekologicznych, mamy kwestię życia (i śmierci) głuchoniemej, ale  zupełnie  zwykłej i energicznie korzystającej z życia, zupełnie jak jej równieśnice), studentki,  mamy (z hukiem!) dziecięce gangi, ciężkie życie imigrantów, podziały klasowe... I autorka potrafi pisać o tym inteligentnie, wrażliwie i z wyczuciem. Z drugiej strony, ja przynajmniej mam wrażenie, że zazwyczaj, gdzieś za wszelkimi przestępcami, mordercami i zwichrowanymi zbrodniarzami u George czai się w mroku zło jeszcze bardziej od nich monstrualne, zło, które tak naprawdę ich ukształtowało albo pozwoliło uwolnić najniższe instynkty: modliszka. Tą modliszką jest zwykle starzejące się, przesadne w swoich zachowaniach,  seksualnie nienasycone, bezmyślne i egoistyczne babsko. To może być histeryczna mamusia, w czasach nastoletnich mała kurewka,  z oddaniem obsługująca bogatych chłopców z sąsiedniej  boarding school, a potem kłamiąca  poczętemu przy okazji synkowi co do tożsamości jego ojca, przez co tenże synek morduje swoją dziewięcioletnią rzekomą siostrę, córkę faceta, który nie miał nic wspólnego z jego matką (In the Presence of the Enemy). Może to być pragnąca związku! chłopa! związku! chłopa! i niczego poza tym (no, może ucieczki od tłukącego ją latynoskiego męża) niemądra Amerykanka, usiłująca  przy pomocy zniszczenia osiemnastowiecznego instrumentu udowodnić genialnemu, dysfunkcyjnemu i mającemu zapomnianą parszywą przeszłość skrzypkowi, że muzyka nie jest dla niego wszystkim, bo jeszcze jest seks,  i ona (A Traitor to Memory). Modliszką może też być wiecznie niezaspokojona, zdradzająca ciężko pracującego męża i krzywdząca swoimi obsesjami dzieci prowincjonalna i żałosna femme fatale z wiochy, gdzie diabeł mówi dobranoc (Careless in Red). Słowem,  modliszka to zbiór paskudnych stereotypów, i to tych najgorszego sortu,  i nie rozumiem, jak autorka, która, jak chce, potrafi unikać krzywdzących oczywistości, może za każdym razem pakować się w taką głupią pułapkę. Dodajmy do tego, że święta (świętojebliwa, ciśnie mi się pod klawiaturę), delikatna i wrażliwa  Deborah St. James, Sabrina o cudownych rudych lokach okalających piegowatą twarzyczkę i  o nieskazitelnie dobrym charakterze, świetna fotografka, prosta dziewczyna kochana przez obu bohaterów-arystokratów i w końcu, z cichej miłości, wybierająca tego skrzywdzonego przez los, anielskiej dobroci Deborah, która zadręcza się, bo poroniła siedem razy i sądzi, że to przez dokonaną w młodości aborcję (ale zrobiła to tylko dla dobra niedoszłego ojca, Lynleya skądinąd, choć zapomniała mu powiedzieć, że jest  w ciąży, a on ma wyrzuty sumienia, że nie odgadł, choć on był w Anglii, a ona w Kalifornii) - Deborah, krótko mówiąc, jest może najwstrętniejszą literacką Mary Sue, jaką widziałam od dawna. Błeeeeeeeee.
OK, wyżyłam się - a teraz krótko, czemu czytam. Bo zalety zdecydowanie przeważają nad wadami, bo jednak większość postaci jest udana, bo - wreszcie - George konstruuje swoje kryminały na tyle precyzyjnie, a zarazem wplata w nie tak wiele motywów, że parę miesięcy po przeczytaniu gubię się w tym, kto i dlaczego, ergo - mogę czytać jeszcze raz! 

Hmmm, może powinnam zacząć pisać na tym blogu o powieściach kryminalnych... 

poniedziałek, 01 sierpnia 2011, ninedin

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2011/08/01 17:44:02
Właśnie mnie dzisiaj wzięło na odświeżenie sobie "Hotelu Paradise", zabawny zbieg okoliczności.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...