Blog > Komentarze do wpisu

Pocisk w kształcie kropli krwi

Being Human (UK), season 2-3, created by Toby Whithouse, 2009-10

 

Serio serio, jeżeli nie widzieliście, a zamierzacie, to ostrzegam: this note is full of SPOILERS!

 

Zastanawiałam się po pierwszym sezonie, co wyjdzie z tego serialu. Zapowiadał się bardzo dobrze - szalenie podobała mi się "zwyczajność" zarówno postaci (OK, OK, wiem, że Mitchella i BH season 2Annie wymienili po pilocie na ładniejszych, żeby byli _mniej_ zwyczajni), jak i świata ukazanego w serialu. Podobało mi się, że największym wrogiem bohaterów jest wampir maskujący się jako średniej rangi jowialny policjant, a jedną z jego głównych pomocnic gra kobieta najoględniej mówiąc niespecjalnie urodziwa i że nie mamy tu tego, co ostatnie kilkanaście lat kina o wampirach (od Coppoli? od Wywiadu z wampirem?) uczyniło dość nużącym już stereotypem: gotyckiego glamouru, oszałamiających bogactwem wampirzych rezydencji, w których czas się zatrzymał na epoce plus minus wiktoriańskiej, nieboskiej a mrocznej dekadencji.  Bardzo mi się podobało, że nie było wielkiej wojny wampirów z wilkołakami, choć nie było też między nimi wielkiej przyjaźni. Generalnie, fajne było to, że  niemal wszystkie problemy bohaterów były na skalę  Bristolu, UK.

 

A w sezonie II i III już nie do końca są. I mnie się to, jednak,  dalej cholernie podoba.

 

W Being Human producentom znakomicie udało się połączyć dwie formuły. Z jednej strony, mamy w tych sezonach sporo odcinków, w których główne wydarzenia toczą się wokół postaci, pojawiającej się wyłącznie lub prawie wyłącznie w tym odcinku. Najciekawsze z nich chyba to niezwykle przygnębiająca historia Carla, wampira, który dziesięć lat wcześniej wyprowadził Mitchella na prostą, a potem sam ponownie zabił, czy fantastyczny odcinek o nieszczęsnej chav imieniem Sasha, która zginęła w wypadku samochodowym w wyjątkowo fatalnym momencie i w efekcie, zamiast duszą w piekle/czyśccu/niebie, została zombie.  Szalenie mi się też podobał epizod, w którym Annie postanawia sobie znaleźć coś do roboty i dołącza do teamu dość nieudolnego, jak się wydaje, medium - że już nie wspomnę o tragikomicznej historii, w której George dowiaduje się, że jego niewidziany od lat ojciec (rzekomo) umarł...  Te historie bywają bardziej dramatyczne (Carl, Sasha) lub bardziej komiczne (medium, z lekka dysfunkcyjna rodzina George'a), ale zawsze mieszają, w różnych proporcjach, dramat i komedię.

Część z tych historii obraca się wokół życia i spraw wampirów, rysując powoli tło dla tego, co w końcu stanie się z Johnem Mitchellem. Tak jest z historią Carla i płynącym z niej mało optymistycznym wnioskiem, że wampira z żądzy krwi wyleczyć się nie da: że nawet ten, kto wytrwał lata i uczył  innych, nie może uniknąć ponownego upadku, ponownego morderstwa. Tak jest z dziejami Ivana: ponad dwustuletniego, jeżdżącego z kontynentu na kontynent i od wojny do wojny, by próbować jeszcze coś poczuć, jeszcze raz odczuć ciekawość, strach, podniecenie... Kiedy po śmierci Herricka Mitchell przejmuje władzę nad wampirami w Bristolu, Ivan mu pomaga - ale też zmusza go do pierwszego z kompromisów, które w końcu złamią mu serce, i każe mu zaakceptować pierwsze wielkie kłamstwo: Ivan będzie propagował i wspierał Mitchellową ideę niepicia krwi, choć w sekrecie sam będzie żywił się i zabijał jak dawniej.  Tak jest, w III sezonie, z obrzydliwą wysoko postawioną wampirzą rodzinką: w dzień państwo Dulscy, importer dywanów i housewife,  w swoim pretensjonalnym domu z aspidistrą i kapami na fotelach, wieczorami - podstarzali król i królowa orgietek SM, tyle że z prawdziwym cierpieniem, prawdziwą krwią i prawdziwą śmiercią w tle. To są ludzie, którym w akcie oportunizmu Mitchell wyda przyjaciół i pobratymców swojego przyjaciela, choć ich samych się brzydzi... Z wampirzych historii jest jeszcze ta bodaj najciekawsza, czyli historia powrotu zza grobu Williama Herricka. Ponieważ producenci ogłosili nam to na okładce (!) DVD z III sezonem, w związku z czym wiedziałam, zanim jeszcze zaczęłam oglądać II, samo pojawienie się H. nie było żadnym zaskoczeniem. Zaskoczeniem było to, _jak_ to zrobiono: Herrick nie wraca w mrocznej chwale jako jeszcze potężniejszy i jeszcze groźniejszy przeciwnik, ale jako pozbawiony pamięci, żałosny i nieporadny w swoim cierpieniu, psychicznie chory człowiek. Nie, przepraszam - psychicznie chory wampir, bo w tym świecie, wbrew tytułowi, to nie jest i nigdy nie będzie to samo.  Co prowadzi nas, po niewielkich meandrach, do historii życia, zbawienia, upadku i śmierci Johna Mitchella.

Toby Whithouse wydaje mi się jedyną osobą, która wyciągnęła naprawdę ciekawe wnioski z faktu, że fenomen popularności Stephenie Meyer i jej klonów na długie, długie lata spalił - dość przecież klasyczny i w literaturze/kinie o wampirach mocno zakodowany - motyw pt. "Wampir, udręczony z powodu swojej natury zabójcy". Meyer , choć przecież nie ona pierwsza i nie ona jedna, optymistycznie  dołożyła do tego ciąg dalszy: "...ergo postanawia nie zabijać i to mu się udaje, zostaje więc pięknym i nieśmiertelnym i już bez skazy, tylko z odrobiną malowniczego angstu i wzruszających wyrzutów sumienia".  Nie da się dzisiaj takiej historii opowiedzieć wprost, bez narażenia się na popadnięcie w Meyeropodobny kiczyk i słodycz, ale trudno z kolei się od niej uwolnić. Bo przecież, jak się chce swojego bohatera-wampira zrobić choćby trochę sympatycznym, choćby trochę budzącym współczucie i zrozumienie czytelników, to TRZEBA coś zrobić z faktem, że on morduje, zwykle niewinne i przypadkowe ofiary. Ergo, pokażmy, że zabija w sumie osoby mało ważne/mało sympatyczne/drani/morderców/pedofilów, albo w ogóle nie rozwódźmy się nad tym, że nasz bohater kogoś zabija. Pokażmy, że nie zabija, tylko ma dobrowolnych żywicieli; pokażmy, że już nie musi używać krwi albo że nie używa ludzkiej, albo że korzysta z zasobów szpitala lub banku krwi. Pokażmy, że jak zabije, to ma wyrzuty sumienia, przynajmniej częściowo. 

Whithouse w charakterystyce Mitchella od tego mniej więcej punktu wychodzi. Kiedy poznajemy bohatera w I sezonie, ma on za sobą kolejny upadek (Lauren!) i kolejną próbę wyjścia na prostą. To mu się jakoś tam, dzięki pomocy przyjaciół, udaje. W II sezonie widzimy, jak po trochu poczucie odpowiedzialności, a po trochu -  okoliczności życiowe sprawiają, że Mitchell popełnia swoją własną wersję hybris: zakłada, że jako następca Herricka potrafi utrzymać status quo wampirzej społeczności, a zarazem - że ma dość siły i dość woli, by innych w anioły, na swój obraz i podobieństwo, przerobić.  

W punkci wyjścia Mitchell jest niemal poster boy wampirzego ruchu trzeźwości, Edwardem Cullenem z nieco mroczniejszą przeszłością (którą to przeszłość klony E. C., w rodzaju Stefana Salvatore z Vampire Diaries, miewają jak najbardziej podobną). Różni ich od tego typou postaci fakt, że Toby Whithouse wyciąga daleko idące konsekwencje ze swojego wyjściowego założenia: że Mitchell jest zarażony wampiryzmem, a zarazem próbuje pozostać człowiekiem. Chłopcom z VD i Twilight to ostatnie przychodzi dość łatwo; w przypadku Being Human oznacza to, że bohaterowi będzie ciężko, bardzo ciężko pogodzić się z tym, czego dopuścił się w przeszłości, właśnie dlatego, że aspirując do człowieczeństwa, budzi w sobie samoświadomość. Dawne zbrodnie nie znikną z jego pamięci i nie zostaną wymazane przez sam fakt podjęcia decyzji, że następnych morderstw już nie będzie; abstynencja nie oznacza, że krzywdy z przeszłości zostaną automatycznie unieważnione. Zarówno scenariusze, jak i aktorstwo Aidana Turnera, zwłaszcza w końcówce sezonu II i w sezonie III, skupiają się na tym właśnie problemie - na pokazaniu, że Mitchell-aspirujący człowiek jest tak udręczony wspomnieniami mordów i obawami, że dopuści się kolejnych, że nie wie już, gdzie przed nimi uciekać. A zabójstwa dokonywane przez wampiry są tu wyjątkowo ohydne, pełne krwawej, bezsensownej przemocy - tu też nie ma usprawiedliwienia i nie ma estetyzowania... 

Mitchell-człowiek stoi na rozdrożu. Ale jest też przecież Mitchell-wampir, i także i tu Whithouse nie ucieka od pokazania wszelkich konsekwencji tego faktu; nie stara się przy tym ułatwić sobie zadania i nie daje bohaterowi łatwej drogi ucieczki. Wampiry w tym świecie mianowicie, póki (jak Mitchell w finale sezonu I) nie zostaną śmiertelnie ranne, mogą - za cenę pewnego osłabienia i rezygnacji z części swoich możliwości - obywać się bez ludzkiej krwi. Ma to daleko idące konsekwencje: Mitchell nie musi, jak, powiedzmy, Simon Ysidro z powieści Barbary Hambly, wybierać między przetrwaniem za cenę morderstw a abstynencją, równoważną z samobójstwem. Picie krwi jest dla tego luksusem i przyjemnością, nałogiem, z którym niemożliwie trudno jest zerwać, ale który jest właśnie i dokładnie tym: nałogiem. Bohater nie ma więc wymówki, pozwalającej mu powiedzieć Albo będę zabijał, albo umrę. Nie ma też mowy, w odróżnieniu od państwa Cullen i ich klonów, o jakichkolwiek substytutach: zmagazynowanej krwi, krwi innych wampirów czy też zwierząt, a jeśli chodzi o dobrowolnych dawców - cóż, wystarczy mina tej nieszczęsnej emo-ochotniczki, kiedy już wie, co ją czeka... Nie o krew przecież tu, tak naprawdę chodzi, a raczej - nie tyle o krew, co o sam akt zabijania, o mord i związane z nim uniesienie (charakterystycznie, krew jest tu przy wampirzych zabójstwach, bezsensownie i w ogromnych ilościach po prostu rozlewana). Wampiry są nałogowcami - Mitchell był uzależniony od wielu, wielu lat i, realistycznie rzecz biorąc, są spore szanse, że nałóg jest mocniejszy od niego. Gdyby jak Ivan, jak Herrick, zaakceptował swoją naturę, byłby przetrwał; ale Mitchell usiłuje pogodzić niemożliwe, być wampirem i być człowiekiem; wierzy, że może jednocześnie aspirować do człowieczeństwa i żyć jako wampir, ba, wampirzy przywódca, wśród krwiopijców. A tego się, najwyraźniej, zrobić nie da. It won, mówi złamany Mitchell tuż przed śmiercią do George'a - wampir wygrał, człowiek przegrał, i jedyne, co można zrobić, to umrzeć jako człowiek, zanim za bardzo zapragnie się żyć jako wampir.       

Paradoksalnie, tym, co w końcu Mitchella zabiło, było jego własne człowieczeństwo, jego wiara we własne emocje i uczucia. Zabiła go masakra, jakiej dopuścił się na pasażerach pociągu - masakra, którą on i Daisy urządzili, by pomścić wymordowanie wampirów z Bristolu, w tym Ivana, przez ultrachrześcijańską sektę, prowadzoną przez eks-kapłana, którego bliskich zabił wampir. Mniej tu chyba jednak, jak sądzę, chodziło o samą zemstę - bardziej, jak się wydaje, o fakt, że Lucy Jaggat wykorzystała uczucia Mitchella, by doprowadzić do wymordowania tych, za których odpowiedzialność Mitchell przyjął i którzy byli, przynajmniej w jego opinii, na najlepszej drodze do zmiany na lepsze. Od tej pory, od tego tego makabrycznego masowego mordu, droga była już tylko w dół. Mitchella, tak naprawdę, nie zabił przecież a wolf-shaped bullet, raczej już pocisk w kształcie kropli niepotrzebnie przelanej krwi - albo, żeby już popaść w skrajną cukierkowość, w kształcie złamanego serca. Charakterystycznie, prawdziwymi potworami nie są tu wilkołaki czy wampiry - są, niezależnie od statusu ontologicznego, ci, którzy fanatycznie i bezrefleksyjnie wierzą we własną egoistyczną sprawę: Herrick, Cara, mili pańtswo chrześcijanie z sekty Kempa... (BTW, [jakiś] kościół jako czarny charakter - coś by się o tym napisało, bo ostatnio co rusz to się na taki temat nabijam...). 

Struktura II-III sezonu Being Human jest modelowo tragediowa: pokazuje nam upadek i śmierć bohatera, który na początku budzi naszą sympatię i życzliwość, zastąpione potem, kiedy oglądamy, jak z powodu hybris  i nieopanowanych emocji upada coraz niżej, cierpiąc przecież z tego powodu przez cały czas, przez litość i trwogę. W III sezonie rozwiązanie przynosi - w scenach pełnych tragicznej ironii - fakt, że najbliższa mu osoba postanawia udowodnić jego niewinność i przez to udowadnia - winę. Po drodze dostajemy wskazówki w postaci wróżb i przepowiedni (motyw absolutnie genialnie, moim zdaniem, odwrócony w ostatnim odcinku), i fałszywe tropy, sugerujące kto będzie, a ostatecznie nie jest, zabójcą. Jedyny w zasadzie zarzut miałabym do motywu romansu Mitchella i Annie: jej postać zdecydowanie  lubię, sceny z Lią w czyśccu w ostatnim odcinku miała znakomite, ale chemii między nią a Mitchellem, która uzasadniałaby jego przedśmiertne wyznanie you were the love of my long life, jakoś między nimi nie dostrzegam. 

W kolejnym sezonie nie będzie już Mitchella; będzie George, który zabił najlepszego przyjaciela, i Annie z Niną, które na to zabójstwo przyzwoliły. Będą George i Nina świadomi, że nikt i nic nie może im powiedzieć, czym będzie dziecko, które Nina ma urodzić; będzie Annie, jako trzecia na doczepkę do pary kochanków. Będą Old Ones, niezadowoleni, że wilkołak pokrzyżował im plany; będzie, innymi słowy, sporo do pooglądania, choć dopiero w 2012...    

sobota, 22 października 2011, ninedin

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2011/10/22 19:53:00
Strasznie strasznie mi się ta notka podoba. Choć dwie serie po tej mojej ukochanej pierwszej nie podobały mi się już tak bardzo to jednak uważam że Being Human za jedna z ciekawszych produkcji z paranormalnymi istotami w tle. Z resztą chyba urzekł mnie a jakże unoszący się nad całą historią smutek i posmak nadchodzącej tragedii
-
2011/10/22 23:59:34
Dzięki za komplement; przyznam, że ja miałabym problem ze wskazaniem, ktore "Being Human" wolę. Pierwszy sezon, z jego dość pogodnym, komicznym wręcz momentami nastrojem, z tą niewiną przyjaźnią, z domem jako miejscem, w którym ofiary (bohaterowie) mogą się schronić przed prawdziwymi potworami, uwielbiam i jeżeli będę (a będę!) wracać do tego serialu, to pewnie własnie do tych odcinków. Z drugiej strony, absolutnie fascynuje mnie konsekwencja, z jaką Whithouse poprowadził wątki tragiczne w sezonach II-III, to, że (i jak) pokazał nam upadek swojego bohatera i rozbicie tych wszystkich iluzji, które mieliśmy w sezonie I: że można być czymś innym i być człowiekiem (choć rozbicie tylko częściowe przecież, George'owi się udało). Przybija mnie dość bezlitosne okrucieństwo tych epizodów - okrucieństwo w sensie anatomii uzależnienia bohatera i pokazania, że dla niego nie ma ucieczki i nie ma uwolnienia się od nałogu i jego konsekwencji - ale pewnie z III sezonem BH będzie w większości tak, jak z "Children of Earth": uwielbiam, podziwiam, nie każcie mi przechodzić przez to jeszcze raz (minus historyjki z Georgem, te są cool :))
-
2011/10/24 10:26:16
La la la, nie będę tego oglądać, la la la, mimo takich zachęcających notek, la la la.

Serio, bardzo się starasz, bym zmieniła zdanie na temat tego serialu.
-
2011/10/25 00:54:13
@Ninedin - napisałabyś notkę o George'u... (wiem, wiem, moja nowa obsesja, która jednakowoż nie wymazała poprzedniej, wręcz przeciwnie, jako że panowie się spotkali...)

@rusty_angel - obejrzyj. Jest tu najrozkoszniejsza pod słońcem postać wilkołaka, która wreszcie pokazuje zupełnie inny aspekt bycia wilkołakiem i zupełnie inny typ człowieka, wilkołakiem będącego, wraz z zupełnie innym nieprzystosowaniem. Oczywiście, Ninedin świetnie analizuje kwestię wampiryzmu w tym serialu, ale ja się w nim zakochałam w wilkołakach (wiem, wiem itd. vide @Ninedin)
-
2011/10/25 00:55:32
PS. Kiedy piszę "najrozkoszniejsza", nie mam na myśli usłodzenia, tylko brytyjskie poczucie humoru w najlepszym wydaniu oraz cudowne szczyty absurdu tejże postaci. Plus uszy.
-
2011/10/25 14:48:45
@ drakaina: warto byłoby, tak serio, napisać o pozostałych postaciach :). ja się skupiłam tutaj na tym, co mnie uderzyło, na tym, jak wychodząc z podobnych koncepcji, jak Meyer czy "Vampire Diaries", można dojść do zupełnie innych wniosków i innego rozwoju postaci, znacznie mniej optymistycznego.
George by się domagał analizy, skądinąd, jako najbardziej porządny i najbardziej ludzki ze wszystkich postaci :)

@ rusty_angel: ja nie widziałam pilota i nie kojarzyłam innego oblicza Mitchella i Annie, a serial ujął mnie po pierwsze pomysłem (głównie elementami obyczajowymi), po drugie - dialogami, które są błyskotliwe, ironiczne i bardzo, hmmm, angielskie (patrz: odcinek I z pierwszego sezonu i problemy George'a z herbatą; albo sąsiad eks więzień i rozmowy nt. Vina Diesela), po trzecie - przemieszaniem dramatu z komedią, bardzo sympatycznym. IMHO warto :)
-
2012/08/23 17:26:35
Podoba mi się analiza walki Mitchella z wampiryzmem. Napisałaś w niej to, co chodziło mi po głowie w trakcie oglądania - tylko, że ja po obejrzeniu dostałam od razu kolejny sezon z kolejnym wampirem na odwyku i szybko zapomniałam o biednym Mitchellu, który stoczył chyba najcięższą walkę w całym serialu. Moim krwiożerczym ulubieńcem pozostaje mimo wszystko Hal - też walczył, ale odrobinę inaczej i był tak cudownie niedzisiejszy, jakby właśnie spadł z bardzo starego drzewa :)
-
Gość: Nightybreeze, *.dynamic.chello.pl
2015/01/25 13:00:45
Hej ninedin. I jak tam twoje odczucia po pierwszym odc 4 sezonu?
Bh ogladam dopiero od ok tygodnia. Bylam tak podjarana. Przychodzilam do domu i nie moglam sie doczekac kolejnego odcinka. Entuzjazm juz upadl po smierci Mitchella, ktora byla dla mnie ciosem. Juz myslalam, ze do niej wogole nie dojdzie gdy w pokoju rozlegl sie glos jednego z tych przedwiecznych...... az tu nagle Bum! Kolejny moj ulubiony bohater zginal (wczesniej mialam faze na Kiliego z Hobbita, ktory rowniez zginal i takze byl grany przez Aidena). Rownie smutnym faktem jest to, ze jego dusza (o ile ja posiadal, a raczej tak) jak i cialo rozplynely sie. Puf... I nie mial okazji przejscia na druga strone i na ostatnie spojrzenie na Annie przed drzwiami do czyscia. Tak wiem, pewnie....eh....spotkalby tam po raz kolejny dusze swoich ofiar, ale przynajmniej jesli by mu sie to udalo.....przeszedl by jeszcze dalej....i moze wkoncu odnalazlby spokoj i szczescie.....dobrze moze juz sie nad tym nie bede rozwodzic, bo to bez sensu. Pewnie to glupie i naiwne ze tak mysle....ale bylabym duzo spokojniejsza wiedzac.....eh, ok, koniec. xd
Zatem mamy kolejny sezon. I tu kolejne nieprzyjemnosci. Nie ma Niny, a zaraz potem ginie George. Moj entuzjazm opadl juz zupelnie. Myslalam, ze bede mogla cieszyc sie przynajmniej z obecnosci Niny, Georga i Annie. Dalej mogli tworzyc swoja paczke przyjaciol (juz niekompletna i mniej zywa, ale liczylam, ze to bedzie mozliwe). A tu czego sie dowiaduje? Niestety samotna Annie z dzieckiem nie jest dla mnie grupa przyjaciol. A Tom I Hall nie zastapia mi Mitchella i Georga. Wiec czemu nadal to ogladam? Nwm....moze to ta dziecieca nadzieja, ze jeszcze raz zobacze ten slodki usmiech Mitchella i kolejny pocalunek z Annie (btw bardzo lubie ten pairing i nie bede mogla zniesc jesli ktos zajmie miejsce Johna). Pozwalam sobie wierzyc, ze zobacze jeszcze Nine i Georga - wesolych i spogladajacych na swoja mala dziewczynke (jako duchy, ale zawsze cos). I moze jeszcze....leciutka ciekawosc jaki bedzie 5 sezon. Jak to sie wszystko zakonczy. "Nadzieja matką głupich", ta. No coz poradze, widocznie jest i moją. moze to i prawda...
-
2015/01/25 13:48:40
A już nawet recenzję napisałam z 4 i 5. Jest Tutaj.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...