Blog > Komentarze do wpisu

Kanon: Kryształowa diwa

Anne McCaffrey, Crystal Singers, Severn House 1982

 

Kilka dni temu pożegnaliśmy Anne McCaffrey - pisarkę, której trudno Źródło: thereviewspage.comodmówić zasług i znaczenia dla fantastyki. McCaffrey nigdy nie należała do moich osobistych literackich fascynacji ani ulubionych autorów Jej książki czytywałam swego czasu z przyjemnością, ale bez zachwytu - dzisiaj jednak postanowiłam przypomnieć tę z jej powieści, którą - mimo jej wad - lubię najbardziej.

Pieśń kryształu, która - o ile pamiętam - swego czasu ukazała się w Polsce w Nowej Fantastyce (jeszcze przed wydaniem książkowym), to nie jest jakieś przełomowe dla gatunku dzieło ani porażające oryginalnością przetworzenie klasyki. Wręcz przeciwnie - powieść McCaffrey wspominam jako urocze czytadło, które może nie zmieniło moich czytelniczych horyzontów, ale zapewniło mi bardzo miłą rozrywkę na dwa-trzy wieczory. 

No bo OK, bohaterka - Killashandra Ree, która chciała być śpiewaczką w operze, a została śpiewaczką kryształu, wydobywającą, za bajońskie sumy i obietnicę (prawie) wiecznej młodości, rzadkie minerały na niebezpiecznej i kapryśnej planecie - jest może trochę za bardzo fantastyczna i super. Nazwanie jej Mary Sue byłoby o tyle obelżywe, że autorka - której osobiste problemy uniemożliwiły karierę muzyczną - raczej nie kryła autobiograficznych inspiracji swojej bohaterki. Niemniej, poza pierwszą sceną, kiedy Killa dowiaduje się, że drobna  niedoskonałość w wysokich rejestrach odbierze jej szansę na wymarzoną karierę i skaże na granie przez całe życie ról drugoplanowych, jej życie składa się z samych spektakularnych sukcesów. Killashandra dostaje się bez problemów do ballybrańskiej gildii, śpiewająco przechodzi transformację i dostosowanie do symbionta i zdobywa nie tylko zestaw najdroższych i najcenniejszych czarnych kryształów (co znacząco podbudowuje jej prestiż i powiększa stan konta), ale i miłość fascynującego i tajemniczego mistrza-przełożonego gildii... OK, jest to książeczka lekka, łatwa i przyjemna, w której rzeczy (jak pierwsze spotkanie Killashandry ze śpiewakiem kryształu) czasami dzieją się, bo tak chce autor, a nie dlatego, że to wynika z logiki fabuły. Niemniej jednak, McCaffrey udało się w tej powieści, mimo jej formularności i oczywistości niektórych rozwiązań, skonstruować - z klocków znanych od czasów Złotego Wieku SF - nastrojowy i intrygujący świat kryształowej planety, z jej groźną przyrodą i równie groźnym co dobroczynnym symbiontem, który przedłuża życie i młodość, ale może też przynieść szaleństwo, chorobę i straszną śmierć. Całkiem zabawnie też ogrywa w tej powieści autorka schematy i konwencje zachowania operowej diwy. Killashandra - zarówno na początku, w chwili swojej klęski, jak i w finale, w momencie triumfu - całkowicie świadomie ogrywa manieryzmy i zachowania, które osiemnasto- i zwłaszcza dziewiętnastowieczna literatura przypisywała wielkim gwiazdom opery. McCaffrey nie każe nam, tak naprawdę, wierzyć, że jej bohaterka jest w rzeczywistości tak kapryśna, niezrozumiała i humorzasta. Nie, ona raczej  pokazuje, jak umiejętnie i jak świadomie Killashandra korzysta z tych stereotypów i schematów w budowaniu swojego - a później także swojej gildii - publicznego wizerunku.

Że się powtórzę: arcydzieło żadne to nie jest. Niemniej, te piętnaście, plus minus, lat temu przeczytałam tę powieść po raz pierwszy ze sporą przyjemnością, a niedawno, z niemal równą przyjemnością, ją sobie odświeżyłam. Idzie zima: przydadzą się takie książki, sympatyczne i podnoszące na duchu, do czytania w fotelu przy kubku gorącej herbaty...

PS. Sequeli w sumie (poza paroma pierwszymi stronami Killashandry) nie czytałam, więc się nie wypowiadam :)

wtorek, 29 listopada 2011, ninedin

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...