|
Blog > Komentarze do wpisu
Rozczarowana, smutna, złaSherclok Holmes: Gra cieni, reż. Guy Ritchie, scen. Kieran Mulroney, Michele Mulroney, wyst. Robert Downey Jr., Jude Law, Kelly Reilly, Jared Harris, Stephen Fry, 2011.
Zastanawiałyśmy się wczoraj z Drakainą, czy w końcu zobaczyć w kinie aktualny Twilight (nie pamiętam w sumie, który z kolei), czy pójść na film, który ja naprawdę, naprawdę chciałam widzieć, znaczy na Grę cieni. Gra, nomen omen, wygrała, a ja teraz chyba nawet troszkę żałuję, że nie poszłam oglądać, jak Bella wychodzi za Edwarda. No bo tak: powiem od razu, że dawno już nie wyszłam z kina tak rozczarowana.
Pierwsza część mnie swego czasu autentycznie zachwyciła; za kolejnym oglądaniem na DVD podobała mi się nieco mniej (zaczęła jednak przeszkadzać idea, że Blackwood chce po prostu Władzy nad Światem, no i masoni, którzy irytują mnie, w sumie, w każdym filmie, w jakim się pojawią), ale generalnie - po obejrzeniu go po raz trzeci (czwarty?) parę dni temu twierdzę, że to jest ciągle bardzo udany i bardzo fajny film: pomysłowy, dobrze zagrany, efektowny. A przy The Game of Shadows Ritchie i i jego scenarzyści mieli - no, prawie wszystko. Mieli sprawdzony team aktorów, między którymi na ekranie, w poprzedniej części, aż iskrzyło od napięcia, i naszkicowane już postacie Holmesa - autodestrukcyjnego ekscentryka mentalnie uzależnionego od jedynego przyjaciela, jakiego ma, oraz kompetentnego, sarkastycznego Watsona, trochę mniej mieszczańsko porządnego (hazard!), niż na to wygląda. Mieli, zamiast Blackwooda, w rękawie czarny charakter wszechczasów, na dodatek na tyle mało sprecyzowany w literackim oryginale, że mogli z nim zrobić, co chcieli. Mieli może niespecjalnie literacko dobry, ale bardzo, bardzo wdzięczny do adaptacji pierwozwór i dość kasy, żeby pokazać prawie wszystko, co by im się zamarzyło. No i, w mojej skromnej opinii, skopali to wszystko (albo prawie wszystko). Dobra, ten film ma zalety. Po pierwsze, dalej się komuś chciało myśleć, jak pewne rzeczy pokazać - mnie się naprawdę podobała przesadzona, przestylizowana scena wybuchu w lesie, z zastygającymi na moment w stop-klatkach scenami i postaciami. Podobały mi się (w większości, o czym dalej) kostiumy i zdecydowanie pozytywnie odebrałam ścieżkę dźwiękową (a zwłaszcza tę przeróbkę początku uwertuty Don Giovanniego, co się Drakainie wydała jak Don G. napisany przez Wagnera). Uśmiechnęłam się, kiedy okazało się, że pułkownik Moran dalej jest znakomitym strzelcem. Podobał mi się, zdecydowanie, Jude Law jako Watson - facet ma naprawdę nieprzeciętnego pecha, że los dał mu konkurencję nie do pobicia w tej samej roli w tym samym czasie (podstawowa różnica jest taka, że Freeman ma co grać...). No i jest w tym filmie, tak naprawdę, jedna scena, przy której poczułam dreszcz emocji. Myślę, że dla większości osób, które film widziały, jest chyba dość oczywiste, o której scenie mowa. Podobnie jak Sherlockista (zresztą, zamiast pisać własną recenzję, powinnam chyba odesłać do recenzji na Sherlockianach, bo mówi to samo, co ja chcę powiedzieć, tylko lepiej) jestem pod dużym wrażeniem finałowej konftrontacji Holmes-Moriarty: od początku pojedynku szachowego między nimi aż po skok za balustradę w obecności Watsona jako świadka. Tu nie było szarżowania, histerii - tu w ogóle nie było, tak naprawdę, emocji, tylko kalkulacja i zrozumienie, że inaczej się nie da. Świetna ta idea, że po raz pierwszy ktoś - ktoś mu równy - wcina się Holmesowi w jego dedukcje i jego ocenę rzeczywistości, a scena, w której panowie grają w szachy nie patrząc na figury przed sobą, widząc tylko, in their minds' eye, konsekwencje swoich posunięć, mówiła nam i o Holmesie, i o Moriartym więcej niż poprzednie półtora godziny akcji. No i teraz już się nie da tego odwlekać, będzie rant. Wielki, gigantyczny rant bardzo złej osoby. Szanowni Państwo Autorzy tego filmu, pytam ja się Was retorycznie (a pytania i wątpliwości są, że od razu dodam, moje własne, w sensie - że komuś się mogło podobać, jak najbardziej, ale mnie nie): Po pierwsze, po cholerę było majstrować przy postaciach z I części i je jeszcze przefajniać? Robert Downey Jr. wcale nie musiał być na ekranie bohaterem z opowiadań Conan Doyle'a, wystarczyłoby, żeby był sobą z I części tego filmu: genialnym, niepoukładanym i nieżyciowym alkoholikiem (?) z szalonymi pomysłami i sercem po właściwej stronie. Tutaj - szarżujący, przegięty, momentami głupawo śmieszny, pakowany bez przerwy przez scenarzystów w sytuacje stereotypowe, nieprawdopodobne i pozbawione sensu nawet w konwencji, jaką ten film przyjmuje - jest momentami własną parodią. Dawno, dawno temu Kevin Kline był lepszy i zabawniejszy w przebierankach za kobiety, a Salma Hayek lepiej wyglądała w skrzyżowaniu kaftanu bezpieczeństwa z piżamą dla dorosłego dwulatka; RDJ zarówno w swoich idiotycznych kostiumach i przebraniach, jak i kiedy po prostu był wiecznie umorusany, na kacu i z misją rozśmieszenia widza za wszelką cenę, głównie mnie irytuje. Nie widzę w nim w żaden sposób emocji, które jakoś do tej postaci, po I części filmu, przypisałam - punktowanego absurdalną momentami komedią, ale jednak (boję się takiego słowa w tym kontekście, ale inne mi do głowy nie przychodzi) dramatu człowieka, który nie ma pojęcia, co ze sobą zrobić, żeby się nie zanudzić na śmierć (pierwszy film i My mind rebels at stagnation, give me problems, give me work?) i któremu świat się wali na głowę, bo mu się jedyna podpora życia wyprowadza z domu. Tu Holmes Downeya jak dla mnie jest, jak celnie ujmuje Sherlockista, skrzyżowaniem Chucka Norrisa z klaunem i aż do konfrontacji z Moriartym tyle mniej więcej mnie obchodzi. Po drugie. Ja, czytelnicy i cały świat (tzn. ta jego część, która wie, kim jest Sherlock Holmes) wiemy, że Holmes i Watson są "parą" - w sensie: że są dla siebie nazwajem ważniejsi od żon i braci, że będą dostawać (metaforycznej) histerii na myśl o tym, że drugiemu mogło się coś stać i że niezależnie od ilości małżonek pan doktor będzie i tak spędzał każdą wolną (i nie tylko) chwilę na Baker Street. I OK, jak pewnie niektórzy wiedzą, kompletnie, ale to kompletnie nie przeszkadza mi (a wręcz przeciwnie), że bohaterowie płci tej samej, parą w sensie erotycznym nie będący, flirtują ze sobą na ekranie, podczas gdy scenarzysta z reżyserem chichoczą i mrugają do widza, ale na litość boską - trochę mądrzej i trochę mniej nachalnie. Albo, przy tak dalekim odejściu od kanonu, zróbcie z nich po prostu (eks?) kochanków, proszę bardzo, i wtedy ogrywajcie dwuznaczniki z tańcem i kładzeniem się obok siebie, albo trochę stonujcie z dowcipasami i przestańcie, błagam, błagam, pakować w ten film najbardziej ograne i głupawe chwyty rodem z komedii pt. "Wszyscy myślą, że on jest gejem, a nie", bo jak dla mnie wygląda to na słaby humor skrzyżowany z wyjątkowo nachalnym fanserwisem. Przegięliście najbardziej ze sceną tańca, która jest taką kliszą a la marny fanfik, że zęby (mnie przynajmniej) bolą. Po trzecie, zatrudnijcie jakiegoś, bo ja wiem, scenarzystę? Może by, po pierwsze, ten film miał jaką, no nie wiem, fabułę? Po co ta usunięta w dziesiątej plus minus minucie Adler - i potem Sim, która jest jej klonem (Noomi Rapace mogę oglądać, bo jest cudna pod każdym względem, ale postać troszkę jakby nie ma celu i sensu)? Anarchiści i ich spisek (i brat i siostra jak z Van Helsinga?)? Przeszczep twarzy? Sceny w pociągu? Długie, długie, długie bijatyki o nic i o niczym? Pociąg, że się powtórzę? Las? ARMATY? Wyrzucenie Mary z pociągu? Mary w ogóle, w sensie - cały czas czekałam, aż się dowiemy, że jest eks-szpiegiem, bo inaczej, skąd ona pewne rzeczy wie? Kozy i dżungla na Baker Street? Wymuszone i nieśmieszne, jak dla mnie, sceny z jazdą na kucyku? Ktokolwiek wymyślił, że Watson parę dni po śmierci Holmesa wybiera się w podróż poślubną, zasługuje na męki piekielne w postaci czytania przez całą wieczność Sherlocka Holmesa i mądrości umarłych. Dobra, dla równowagi - duży plus za fakt, że ten akurat Sherlock Holmes ma odrobinę serca i ostrzega Watsona, że z tym wodospadem to nie do końca tak było... Zła jestem. Naprawdę, serio zła. A ponieważ Sherlockista wie lepiej, z jakiego powodu jestem najbardziej zła, pozwolę sobie zakończyć tę pełną rozczarowania, smutku i złości recenzję cytatem, który także i moje uczucia oddaje idealnie: pod tymi wszystkimi burdami, żarcikami i gonitwami siedzi o wiele lepszy film, który trzeba by było najpierw ociosać z amerykańskich pomysłów na to, co bawi widownię. wtorek, 24 stycznia 2012, ninedin
TrackBack
Komentarze
2012/01/24 12:24:41
PS. Zapomniałam o jednym (uwaga, spojler) - byłam absolutnie przekonana (zwłaszcza że film się dłuży), że scena na wieży w fabryce broni będzie tutejszym odpowiednikiem wodospadu. Ba, zdążyłam uznać to za brilliant idea, która może nie odkupiłaby całej nudy i przewidywalności wiejących ze scenariusza, ale sporą ich część. Bo upadek z wieży tak pięknie korespondowałby z poza tym żywcem nieograną i do niczego tak naprawdę nie służącą sceną z tarotem. Bo w tym prawie steampunkowym klimacie ta industrialna budowla doskonale zastąpiłaby naturę. Bo Sherlock odesłał Watsona do telegrafu, zupełnie jak w opowiadaniu... Nie, musieliśmy przeżyć jeszcze pół godziny totalnej żenady (z wyłączeniem estetycznie ładnej sceny pościgu- o czym pisała Ninedin), żeby dotrwać do finałowej partii szachów, rzeczywiście świetnej - ale to mogło się równie dobrze rozegrać na tej wieży w Heilbronn...
2012/01/24 12:29:18
@ Law pozostanie idealnym Watsonem.
Zobaczymy :P Wyjaśnienie: Ty jesteś dokłądnie tak samo character-driven, jak ja :P 2012/01/24 21:11:57
Film obejrzałam w weekend i... właściwie wzruszyłam ramionami, z pewną dozą irytacji. Mogłabym się właściwie podpisać pod Twoją notką, przy czym u mnie nad irytacją górowało jednak znudzenie i pytanie, po co właściwie ten film powstał. Niemal w całości jest przesadzony, wydziwaczony do granic, kiedy zaczyna być po prostu żenujący, a ponad połowa fabuły przypomina zlepek scen, których sensu ja się początkowo nie za bardzo mogłam doszukać. Nie mówiąc już o tym, że co za dużo to nie zdrowo, w którym to punkcie rządzi wspomniany przez Ciebie wątek Sherlock-Watson - dokładnie jak z miernego fanfika chichoczącej nastolatki. Po co? Tak już zupełnie na chłodno zastanawiam się, czy to miał być wątek komediowy? Nieudany fanservice? Parodia, zdaniem reżysera, tego wątku w kanonie? Może nawet lepiej nie wiedzieć...
2012/01/25 10:32:15
Generalnie się zgadzam, choć przyznam, że w kinie bawiłam się dobrze. Jako komedia sensacyjna "na motywach" film się broni. Jako ekranizacja opowiadań Doyle'a - niestety mniej. Przeszarżowali.
Ale Mary w roli deszyfratora była absolutnie cudowna. Jedna drobna migawka, która wywołała we mnie wielki, szeroki uśmiech. 2012/01/25 19:56:01
No więc dla mnie nawet jako komedia sensacyjna nie do końca, bo mnie bohater Downeya, aż do końca, zasadniczo nie obchodzi i nie interesuje mnie, co się z nim stanie; a jak mnie nie interesuje postać, to resztę (fabułę, efekty) zwykle też oleję.
A Mary... Mary jako deszyfrator to byłby fajny pomysł, gdybym tylko była w stanie uwierzyć, że ona ma skąd to wiedzieć :). Szczerze mówiąc, liczyłam na to, że ten drobiazg może jakoś zagra... |
|
A tak właściwie to ten film jest jeszcze czymś innym: przepisaniem Sherlocka Holmesa na Jamesa Bonda. Takiego Jamesa Bonda, co to może już oficjalnie nie jest On Her Majesty's Secret Service, bo zdążył się rozpić i nieco zwariować, ale w ostatnim heroicznym porywie postanawia udowodnić, że tylko on potrafi pokonać szaleńca rodem na dodatek z serii z Rogerem Moorem bardziej niż którymkolwiek innym Bondem. Co zresztą może być jedną z przyczyn klęski, bo jak Moore, to musi być kretyńsko i śmiesznie, co spektakularnie nie wyszło, może dlatego, że Downey Jr. nie ma nawet tego myszką trącącego, vintageowego uroku Rogera M. Może także dlatego, że jest Amerykaninem, co w części II widać w każdym calu, a co jest dla postaci Sherlocka Holmesa dość zabójcze.
A te homoerotyczne podteksty... ludzikom z BBC, którzy uważają, że Miracle Day nie nadaje się dla młodzieży, bo jest tam gejowski seks, powinno się zadać obowiązkowe obejrzenie tego filmu, który pod tym względem ma spore szanse być dla nastolatka źródłem niezdrowego rechotu. Na to, że za ten idiotyczny taniec (najgorsza kwestia Watsona w całym filmie) panowie mogliby w roku 1891 wylądować w więzieniu, spuśćmy może zasłonę miłosierdzia. Podobnie jak na bredzenie o podświadomości na dziesięć lat przed Freudem.
Tylko Watson się w tym filmie nadal broni (no dobra, Jude Law wchodzi w fazę swojego życia, kiedy jego atrakcyjność fizyczna w moim osobistym odczuciu wzrasta) i cokolwiek Freeman robi w Sherlocku BBC, to Law pozostanie dla mnie (przynajmniej na razie) idealnym Watsonem ;)