Blog > Komentarze do wpisu

Hmmm... fangirling

Może na początek ewentualnych komentatorów poproszę uprzejmie o pominięcie w dyskusji problemu, które zapewne podniosłaby w tejże dyskusji część mojej rodziny i znajomych z RL: to znaczy, konkretniej, kwestii, czy paniusia w moim wieku (że zacytuję) w ogóle może być fangirl. Znaczy, nie jak np. moja siostra, cywilizowaną wielbicielką, która sobie obejrzy film z ulubionym aktorem, tylko - no, fangirl. Drakaina zaświadczy, o czym mowa.

No więc, alas, nie będę tu dzisiaj czyniła żadnych sensacyjnych i kompromitujących wyznań, tylko zachowam się bardzo dorośle i napiszę coś o pożytkach bycia fanką. Poznawczych, tym razem.

Ale ad rem. Przyznaję się bez bicia: są pewne gatunku filmowe i literackie, które omijam i których, w zasadzie, nie czytam/nie oglądam. Nie dlatego, że uważam je za gorsze, niegodne oglądania czy coś tam - po prostu, dawno dawno jakoś uznałam, że to nie moja bajka. Skupiając się wyłącznie na oglądaniu: nie są zasadniczo moją bajką, na przykład, klasyczne filmy psychologiczne o trudnym życiu. Albo, powiedzmy, skomplikowane historie o samotnych rodzicach. Albo wszelkiego rodzaju historie o uzależnieniach i śmiertelnych chorobach. I to nie jest tak, oczywiście, że nigdy takich filmów nie ogląda(ła)m - swoją porcję Przebudzeń, Olejów Lorenza i Erin Brockovich w życiu zaliczyłam, ale nieczęsto sięgam po takie filmy sama z siebie. I to nawet nie jest tak, że mnie tematyka nie interesuje - mój biedny brat (o poglądach różnych od moich) świadkiem, jak często i ostro się z nim o sprawy społeczne i polityczne potrafię kłócić. No tyle że kino i TV mi normalnie służą do czegoś innego. Chyba.

No właśnie, chyba. Bo czasem, jak dostanę fangirlowej jazdy na jakiegoś aktora, to oglądam wszystko, w czym zagrał, w ciemno (nie tylko ja zresztą; Zwierz ma o tym zjawisku bardzo fajne wpisy). I wtedy nagle okazuje się, po raz kolejny, że ja niewiele, tak naprawdę, wiem o sobie - bo okazuje się, że przejmują mnie, i wzruszają i fascynują filmy właśnie takie, jakich bym normalnie nie spróbowała obejrzeć. Sięgam po nie dla aktora - a wracam, niejednokrotnie, już z zupełnie innych powodów. I o trzech takich filmach - OK, serialach - pozwolę sobie parę słów tu dzisiaj napisać.

Zacznę od tego, który mnie trafił najmocniej: od Exile, w którym koncertowahttp://blog.johnsimmsociety.com/2011/04/29/john-simm-promotional-tour-for-exile/ gra aktorska (Jim Broadbent jako niegdyś imponujący dziennikarz, dzisiaj cierpiący na zaawansowaną chorobę Alzheimera, Olivia Colman jako jego sfrustrowana i uparta córka, która do czasu poświęcała własne życie  dla opieki nad ojcem, i John Simm jako syn marnotrawny, przegrany dziennikarz wylany z pracy i uzależniony od kokainy, który z podkulonym ogonem wraca do rodzinnego domu we wcale niemalowniczym Yorkshire, bo nie ma co ze sobą zrobić) pozwala wydobyć zalety inteligentnego i nieoczywistego scenariusza. Historia trudnych relacji rodzinnych - co takiego sprawiło, że Tom uciekł z domu i przez lata nie kontaktował się z ojcem i siostrą? jak i w ogóle czy uda mu się jeszcze relacje z nimi naprawić? ile zostało w Samie, nigdyś kochającym ojcu i znakomitym dziennikarzu, świadomości i pamięci? czy Tom i jego siostra Nancy mają jeszcze szansę jakoś poukładać sobie życie?  - nakłada się tu na skomplikowaną i mocno ponurą intrygę, powiedzmy, obyczajowo-kryminalną: na coś, czego Sam nie mógł albo nie zdążył rozwiązać, a co w boleśnie osobisty sposób dotyczy jego syna... Nie mogłam przestać oglądac, jak już zaczęłam - i na pewno nie raz do tej akurat historii wrócę.   

Single Father z kolei, z koncertowymi rolami Davida Tennanta i Suranne Jones, jest zdecydowanie, patrząc po streszczeniu, rzeczą, po którą bez dodatkowej zachęty pt. obsada (oprócz pp. DT i SJ http://2.bp.blogspot.com/_lAcFLCIJ2RU/TLhz7BJDLOI/AAAAAAAABik/LzVeU3_JXzg/s1600/dvd1.jpgjeszcze, na przykład, Rupert Graves) raczej bym nie sięgnęła. Historia rodziny, w której dwoje partnerów wspólnie wychowuje jej córkę z pierwszego związku i własne dzieci, utrzymując jednocześnie bliskie kontakty z jego z kolei dzieckiem z pierwszego małżeństwa (a to dziecko jest już, dodajmy, nastoletnią samotną matką) i opowieść  o tym, jak tę rodzinę doświadcza najpierw śmierć matki i partnerki w wypadku, potem problemy emocjonalne ojca związane z najlepszą przyjaciółką zmarłej, a potem - kwestia prawdziwego ojcostwa tej najstarszej córki, wydawałaby mi się zapewne albo za bardzo "telenowelowa", albo za bardzo ponuro realistyczna, żebym chciała o tym wiedzieć coś więcej (tzw. "jak będę chciała, przeczytam reportaż", czyli moja typowa odpowiedź na sugestię obejrzenia czegoś takiego).
No ale. To nie jest seria bez wad. Rita, matka i partnerka, która ginie na początku I epizodu i którą potem oglądamy w retrospekcjach i wspomnieniach - z jej ekologicznością, jej postępowością i jej idealizmem wydawała mi się tak nieznośna, tak pretensjonalna i antypatyczna, że nie byłam w stanie w ogóle sobie wyobrazić, jak ktoś mógłby z nią wytrzymać przez dzień, a cóż dopiero mieć z nią pełny dom dzieciaków. Niemniej, poza tym, wiele w tej historii wydało mi się właśnie nie telenowelowe, a świeże i - bo ja wiem, dzisiejsze? Fakt, że Tanya, która doczekała się dziecka jako piętnastolatka, nie jest ani zgwałconą liliją, ani narkomanką z marginesu, tylko zwykłą, momentami tylko życiowo niepozbieraną dziewczyną, jest fajny, bo co sobie przypomnę polskie debaty o tym, że, panie dziejku, w ten Anglii to taka patologia z tymi dziećmi w ciąży,  to mnie aż trzepie na poziom generalizacji w takich zdaniach. Fakt, że Dave (Tennant) i Sarah (Jones) zachowują się momentami strasznie głupio, że Tennant wygląda w tej roli na zdecydowanie starszego i bardziej zmęczonego, niż w realu i że ich cała historia miłosna ma w tle psychologiczne komplikacje, które wielokrotnie każą się zastanowić nad prawdziwością uczuć i motywacji bohaterów, też mi odpowiada, bo całą tę opowieść odsładza, pozbawia lukru, jakiego moglibyśmy się po takiej fabule spodziewać. Bohaterki są tu, i to też jest ważne, równe bohaterom - jednym z bodaj kluczowych motywów jest to, jakie jest miejsce tych kobiet w ich związkach i w ich niekoniecznie tradycyjnych, standardowych rodzinach. Generalnie, byłam zaskoczona tym, jak dobrze - mimo wyciskania łez, jakie nam scenarzyści zafundowali - mi się to oglądało.    

Ten trzeci przykład będzie troszeczkę mniej oczywisty, no bo jednak adaptacja cyklu Goldinga o morskiej podróży do Australii na przełomie XVIII i XIX http://www.amazon.com/Ends-Earth-Benedict-Cumberbatch/dp/B000NJL4QCmiałaby większą szansę kiedyś tam mnie zainteresować. No ale, To the Ends of the Earth obejrzałam teraz, bo aktor, Benedict Cumberbatch tym razem. Tu się z kolei można nabrać dość łatwo (zwłaszcza jak się nie sprawdzi, na czym oparto scenariusz) na to, że będzie to powtórka z czegoś w rodzaju "Pana i władcy" zmieszana z czymś w rodzaju, bo ja wiem, "Piratów z Karaibów" - morska historia przygodowo-awanturnicza z wojnami napoleońskimi w tle. A to jest, prosz'państwa, Bildungsroman w wersji TV.
Edmund Talbot, główny bohater, grany przez Cumberbatcha z mieszanką uroku osobistego, melancholii, szczeniackiej momentami głupoty, stiff upper lip i więcej niż odrobiny komizmu, zanim obejmie załatwioną przez wpływowego chrzestnego posadę w Australii, musi jeszcze do tejże Australii dotrzeć. Już na miejscu, po miesiącach wędrówki, słyszy od jednej z towarzyszek podróży, panny Granham, że ta podróż nie była odyseją ani metaforą życia - no ale przecież, przewrotnie, właśnie była.  Na pokład w Anglii wszedł pewny siebie, własnych dobrych intencji i własnej pozycji młody bubek, który nie miał żadnych wątpliwości i żadnych kłopotów z oceną innych, społeczeństwa, wojny i sensu życia. Zszedł z niego po paru miesiącach człowiek, który zobaczył świat, jakiego przedtem nie znał: człowiek, który zrozumiał, w jak uprzywilejowanej pozycji był przez całe życie i jak bezrefleksyjnie się tymi przywilejami posługiwał (czasami na nieszczęście innych), który pracował, który naraził się na śmieszność, podejmował trudne decyzje, zakochał się, obdarzył przyjaźnią i szacunkiem osoby, na które w innych warunkach nawet by nie spojrzał (oficera awansowanego spośród zwykłych żeglarzy, "niebezpiecznego wolnomyśliciela") i generalnie, który pozwolił, żeby oczy mu się otworzyły. To nie były łatwe lekcje, ani ci, którzy je dawali, nie byli aniołami - szalenie mi się tu podobał fakt, że nikt z bohaterów nie jest doskonały i idealnie szlachetny, ale też nikt nie jest zły do szpiku kości - ale jednak, czegoś pana Talbota chyba nauczyły.

Mnie też to wszystko czegoś nauczyło. Na przykład tego, że może jednak nie ma takich gatunków filmowych/literackich, których po prostu nie lubię. Teraz tylko czekam na jakiś cud, który przekona mnie do pójścia na polski film z własnej i nieprzymuszonej woli.

sobota, 11 lutego 2012, ninedin

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2012/02/11 16:50:08
Przez chwilę myślałam, że podebrałaś temat na notkę Cyd, której ona chyba nigdy nie napisze, ale na szczęście tak się nie stało (ja w tę notkę bardzo, bardzo wierzę ^_^).

Wracając do fangirlowania: ha, znowu mam rację, że opinia społeczna uważa, ze w pewnym wieku już nie wypada robić "Squee!", co ostatnio stało się kością niezgody pomiędzy mną a Cyd. I tak mam to w nosie. Podziwiam natomiast ciebie i zwierza, bo gdy tylko próbuję się zapoznać z całością twórczości czyjejś, to trafiam na koszmarek i mnie odpycha na dobre.
-
2012/02/11 17:58:09
Ej,. niech Cyd napisze tę notkę, zaintrygowałaś mnie :))

@ Too old to squee: też mam w nosie, w sumie; ale czasem to jest jednak, jakoś dziwnie, deprymujące; jak kiedy np. bliższa lub dalsza, naprawdę bardzo kochana, rodzina rozmawia z lekkim ni to pobłążaniem, ni to przerażeniem o tym, że podobno gdzieś tam są dorosłe kobiety (!), które zbierają Barbie (!!) albo kucyki Pony (!!!) i piszą o nich opowiadanka (!!!!). Barbie et consortes mi wiszą, ale zbieranie i opowiadanka.... Przypuszczam, że jako etatowemu rodzinnemu Szalonemu Naukowcowi i zdeklarowanej starej pannie wolno mi troszkę więcej w kwestii dziwactwa, ale mimo wszystko, dziwnie jakoś.
-
2012/02/11 18:24:19
Doskonale cię rozumiem, dlatego chciałam umieścić nasze daty urodzenia w notce O Nas, żeby pokazać, że nie tylko nastolatki mają prawo do obsesyjnych zachowań; a również mężatki, stare panny i matki polki. Właściwie wolę chyba swoje hobby od np. robienia na drutach coraz to nowych par skarpet czy scrapbookingu, które pewnie są bardzo miłe i twórcze, ale jakoś wydają mi się być nudnawe. :D

A Cyd jeszcze mi się do niczego w życiu nie udało zmusić, więc chyba sama będziesz ją musiała o notkę męczyć.
-
2012/02/11 20:19:47
"Exile", powiadasz? W sumie Johna Simma kocham mniej niż Philipa Glennistera, ale w końcu miłość jest ciągle miłość :). Bo "To the Ends of the Earth" mam na dysku już od wpisu Zwierza...

Też sądzę, ze bycie fingirl rozszerza horyzonty. Ostatnio coraz częściej dobieram filmy do oglądania ze względu na aktora (lub reżysera/scenarzystę), a nie na recenzje czy streszczenie. Inna rzecz, że ofiarą mojego uwielbienia padają raczej aktorzy starzy i (w powszechnej opinii) brzydcy, a nie młodzi i piękni. Dzięki czemu trafiłam na kilka bardzo przyzwoitych filmów z Rickmanem, których w życiu nie obejrzałabym z innego powodu.

@ robienie na drutach: to właśnie inna moja pasja, która z oglądaniem filmów i ogólnie fingirlowaniem świetnie się zgrywa, więc jestem nietypową starą panną. Zwłaszcza jak na mężatkę. :)
-
2012/02/11 23:42:04
@ starzy aktorzy:
No widzisz, a wśród osób, w których realnym towarzystwie się na co dzień obracam (wiek dwadzieścia parę- czterdzieści parę lat) Oldman i Firth to są _ABSOLUTNE_ symbole seksu :) (oprócz Drakainy, dla niej to są John Barrowman i Philip Glenister :P). A Exile mim zdaniem warto, poza wszystkim innym, dla naprawdę przejmującej i wciągającej historii :)
-
2012/02/12 00:05:09
Ha! Ha! Zwierz tak się cieszy kiedy jakaś fangirl wychodzi z szafy :) Zwierz pewnie sam by mógł ułożyć ioszałamiającą liczbe filmów które widział bo zagrał w nich fangirlowany właśnie aktor. Co do fangirlingu a staropanieństwa - cóż ten mode dopada także mężatki więc zwierz byłby tu mało surowy w ocenach. Co do aktorów - zwierz chyba najmłodszy z wypowiadającej się tu bandy nie zważa na różnice wiekowe ( choć jak nastolatka zwierz zawsze liczy ile to lat dzieli go od aktora i zawsze wychodzi mu co najmniej dekada) - talent nie zna wieku, poza tym jak się ogląda wszystko to i stary staje się na ekranie młody:)
-
2012/02/12 02:08:54
@ Oldman i Firth
Oldmana, to ja rozumiem... Ale przyznam się, że Colin Firth zdecydowanie mi się nie podoba. Szczerze doceniam jego talent aktorski i charyzmę, ale jest po prostu brzydki. Lata całe strasznie mnie frustrowało, że obsadzają go w rolach amantów i strasznie go nie lubiłam, ale teraz mi już trochę lepiej. :)

@ starzy aktorzy ogólnie
U mnie ta różnica wiekowa między mną a aktorami, których wielbię to co najmniej dwie dekady (dla dokładności: w dwóch przypadkach 19 lat :) ), ale ja od dziecka uwielbiałam starszych panów i z wiekiem mi to nie mija.

@ Exile
W takim razie zapisuję dla pamięci. Dzięki za polecenie.
-
2012/02/12 11:26:25
Och, ja dzięki Rickmanowi obejrzałam Blow Dry, za co do dziś tej fazie na aktora jestem bardzo wdzięczna, bo do filmu wracam często - taki gwarantowany poprawiacz humoru.

Przy okazji, gdyby któraś skończyła filmografię Cumberbatcha, to polecam strasznie "Dedication", jeden z moich ulubionych filmów, który podobno ma w sobie Martina Freemana, a ja zupełnie tego nie pamiętam.

A co do robienia na drutach, to nigdy nie byłam w stanie załapać bakcyla. Mama robi swetry, szaliki i inne rzeczy na drutach, osobiście mogłabym chodzić codziennie ubrana w wełnę, ale z dwojga złego wybieram szydełkowanie - jeśli już absolutnie muszę. Możemy natomiast porozmawiać o pieczeniu ciast. :D
-
Gość: Cyd, public-gprs331051.centertel.pl
2012/02/13 02:20:12
@Rusty
W Dedication Freeman był evil eks boyfriendem rysowniczki.

A z twojego opisu wynika, że nie chciałam wieku umieszczać z przyczyn dziwnych, a chodziło o to, że a) wiek, nie ma moim zdaniem większego znaczenia, przy definiowaniu siebie jako osoby, więc nie ma po co go w notce umieszczać i b) nie wiem czy posty mam XXX lat i mimo to jestem fanem/fanką są dobre. Bo taki post sprawia, że podkreśla się jakąś wyjątkowość, a w tym przypadku chyba celem jest utrwalenie wrażenia hm hm normalności. Bo posiadanie zainteresowań normą powinno być. I tyle.

@ ogólnie dyskusja i post
A squee zaczęłam robić dopiero jako osoba dorosła, plus rośnie mi siła squeeowości z wiekiem więc :F

@Ysabell
Pride and Prejudice BBC nie przekonało cię do Firtha jako amanta 4ever?
-
2012/02/13 13:52:47
@ Cyd

Mam tę wadę, że czytuję ekranizowane książki i pan Darcy, który był opisany jako "wspaniały, wysoki mężczyzna o pięknej, szlachetnej postawie" jakoś mi się z Firthem nie kojarzył. Co nie zmienia faktu, że zagrał świetnie, a charyzmę ma taką, jak stąd do Krakowa (do Warszawy za blisko) i sama bym się mogła spokojnie w nim zakochać. Z tym, że nie na pierwszy rzut oka, na bogów. :)
Ale jasne, że pan Darcy dla Colina zapunktował, wypierać się nie będę. Mój ulubiony mąż skomentował ostatnio jego miejsce na mojej liście ulubionych aktorów "dziewiąte miejsce to całkiem nieźle jak na aktora, którego nie lubisz"... No ale "amant 4ever" nadal nie :D.

@ rusty_angel

"Blow Dry" też obejrzałam dzięki Rickmanowi (całkiem ostatnio) i bardzo mi się spodobało, ale wdzięczna mu jestem za skłonienie mnie do obejrzenia "An Awfully Big Adventure", które zrobiło na mnie wrażenie niesamowite.
A ciasta nie umiem robić gapiąc się na film/serial, a na drutach umiem, więc druty wygrywają. :)

@ ninedin
Serdecznie przepraszam za liczne offtopy. :D
-
2012/02/13 14:20:08
Zwierz widzi że jest coś miłego w świadomości że pewna doza szleństwa jest właściwa szerszym grupom społecznym. Być może winno się zachęcać ludzi do częstrzego fangirl coming outu by żadna fanka nie czuła się szalona w samotności :P
-
Gość: harpijka, jrtu001.net.autocom.pl
2012/02/13 21:39:42
Świadome fangirlowanie zaczyna się po trzydziestce. Howgh!
A ile z tym uciechy - nagłe odkrywanie nowych światów, kiedy zblazowany człek sądził już, że przeczytał i obejrzał wszystko, co godne uwagi. I odkrywanie, że squee nie trzeba się wstydzić. I wspólny język z gramotniejszymi nastolatkami. I Benedict Cucumber w tylu odsłonach (prawda, że Bildungsroman, prawda?) - jak ktoś wspomniał wyżej, fangirling zwrócony ku określonemu autorowi bardzo poszerza horyzonty i wachlarz gatunków dopuszczonych do odbioru.
Harpia - coraz mniej lurkerka


-
2012/02/14 17:38:27
Cześć, przepraszam, że nie na temat, ale mam wielką prośbę, czy mogłabyś odezwać się do mnie mailowo. Obawiam się, że nasze maile w którąś stronę do siebie nie dochodzą :( Będę wdzięczna za kontakt!
-
2012/02/16 14:56:35
Ja fangirluję całkiem otwarcie. Chyba obejrzałam z Benedictem wszystko, co się da, oprócz Wreckers, które jeszcze nie wyszło na DVD ale wyjdzie (a jak tylko wyjdzie, to zacznie do mnie lecieć zza kanału) i Burlesque Fairytales, które jest na tyle tajemnicze, że chyba nikt tak naprawdę nie wie, co to jest. Przyznam się, że z niektórych starszych filmów widziałam tylko fragmenty, w których jest Benedict, ale takie "Tipping the Velvet" zakupiłam (kosztowało całe 2 funty ;) ) i obejrzałam w całości z dużą przyjemnością. Benedicta jest max. 5 minut w pierwszych 15 minutach serialu, ale za to jaki piękny :D Bo ja jestem hardkorową fangirl, która wszystko kupuje (na Frankensteina wydałam ponad 100 funtów w sumie, pochwalę się, a co - bo wolę zajadać bułkę z pasztetem, ale nie mieć poczucia, że coś mi przeszło koło nosa).
Z Tennantem jeszcze trochę luk mam, Simma powoli eksploruję (teraz LoM, na półeczce stoi, oczywiście, Doctor Who - obejrzany i wydane w Polsce Zbrodnia i kara - nieobejrzane).
Co do wieku, to ja jestem dwa lata młodsza od Benedicta - i pierwszy raz wielbię aktora tak zbliżonego do mnie wiekiem. Teraz Zwierz mnie zamorduje, ze nie wypowiadam się u niej ;)
-
2012/02/16 18:15:29
@Elka

Czy to oznacza, że udało ci się w jakiś sposób znaleźć ten film krótkometrażowy "Wzgórza jak białe słonie"? Bo bardzo chciałabym go zobaczyć, choć bardziej ze względu na Hemingwaya niż Cumberbatcha.
-
2012/02/16 19:09:40
Witam wszystkich, których jeszcze nie witałam; ogłaszam uroczyście, że zazdroszczę wszystkim, którzy widzieli różne rzeczy których nie widziałam i cieszę się, że nie tylko ja jestem fangirl w wieku lat trochę więcej niż siedemnastu.
A, moje fangirlowanie jest prawie oficjalne, część współfangirls w okolicy to moje studentki :)
-
2012/02/16 22:29:17
@ rusty Nie dotarłam, niestety. Ale wychodzę z założenia, że jeśli czegoś nie ma na profilu romangirl88 na YT, to jest to niedostępne. Zatem nie pluję sobie w brodę.
Luki w filmografii nadrabiam teatrem i audiobookami :D
-
2012/02/17 03:09:14
Chciałam skomentować, ale okazało się, że chyba sensowniejsze będzie zrobienie z tego osobnego wpisu u siebie; w każdym razie, bardzo dziękuję za wyciągnięcie tego tematu, w końcu zebrałam się, żeby się z nim zmierzyć. ;)
-
2012/02/17 17:37:09
Carrie: dobrze, że nie komentowałaś,tylko napisałaś swój wpis,bo jest świetny :)
-
2012/02/17 23:32:36
@ Elka17:

Tipping the Velvet ma dodatkowo wśród zalet Annę Chancellor, którą uwielbiam, więc jest must see :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...