Blog > Komentarze do wpisu

Krótka notka o filmie do obejrzenia

Source Code (Kod nieśmiertelności), reż. Duncan Jones, 2011

 

ssssssssssssssssssssssssspoilers

 

Notka będzie krótka, bo usiłuję jakoś zebrać myśli w kwestii tego filmu, a średnio mi wychodzi - może dlatego, że wydał mi się,  mimo że jest o wybuchach i pożarach, całkowicie letni.

Źródlo: themoviezones.com

Widziałam Moon, i na pewno kiedyś o nim napiszę, bo mnie zafascynował i zaintrygował. Z tego zafascynowania wynikł bezpośrednio fakt obejrzenia Source Code (NIE BĘDĘ używać kretyńskiego polskiego tytułu), co z kolei okazało się nieco - bo ja wiem, rozczarowujące?

Nawet chyba, w sumie, nie do końca rozczarowujące, to nie jest dobre określenie, bo mnóstwo rzeczy mi się w końcu w tym filmie podobało. Bardzo inteligentnie i konsekwentnie jest tu rozwiązany problem Dnia świstaka, czyli to, jak pokazać powtarzającą się w kółko tę samą scenę tak, żeby z jednej strony podkreślić tę powtarzalność, z drugiej - nie zanudzić widza. Tu fakt, że w zasadzie za każdym razem inne jest wejście/początek tej sceny, że fakt, iż faza znudzenia bohatera, który wie, co będzie dalej, nadchodzi bardzo szybko i że skróty - te sceny, kiedy po raz kolejny plan się nie udaje i bohater ożywa-przegrywa-umiera - są bardzo szybkie i wizualnie efektowne, a przez swoją fragmentaryczność, która podkreśla fragmentaryczność i rozbicie samej fabuły, dają wrażenie oryginalności (o tyle, o ile się da, przy tak wyeksploatowanym motywie) i sprawiają, że to się, po prostu, dobrze ogląda.

Pomysł jest fajny (choć, jako żywo, stojąca za tym nauka jest tak wibbly wobbly, że niech się schowa nawet Torchwood) i - podobnie jak w przypadku Moon - opiera się na nowym ujęciu zgranego w nieskończoność tematu. Film wygląda bardzo ładnie, smaczek pt. mini-powtórka z piosenki kluczowej dla poprzedniego filmu Jonesa sprawił, że się uśmiechnęłam, a Vera Farminga jako nadzorująca całą sprawę agentka z tajnego wojskowego programu jest idealna, a poza tym...   

A poza tym, jest w sumie dobrze, ale jak dla mnie letnio. Nie rusza mnie w tym filmie ani bardzo przecież przyzwoicie grający Jack Gyllenhaal (który mi się w paru filmach, choćby w Zodiaku, podobał bardzo), ani jego bohater, Colter Stevens. Może dlatego, że zestaw memów, jakie taż postać dostała do ogrania (bohater wojny z terrorem - poległ w chwale, ratując kumpla - skłócony z ojcem nie zdążył się z nim pożegnać - zakochał się od pierwszego wejrzenia w skazanej na śmierć ofierze przeszłego wypadku i zrobi wszystko, by ją ocalić wbrew wszystkiemu) jest tak do bólu stereotypowy. Brakuje mi tu jednej cechy nieprzewidywalnej, jednej jedynej rzeczy, która by mnie zaskoczyła -  bo wiedząc to, co wiemy od niemal początku, nawet faktowi, że z bohatera fizycznie została za(plus minus)hibernowana połówka, nie bardzo możemy dać się zaskoczyć. I to nawet nie jest tak, że mnie ten bohater wkurza, irytuje jak facet z Awatara czy wydaje się niewiarygodny: nie, on jest stock photo, i tyle.

Nie wiem, może fajniej byłoby bez tego wątku miłosnego? Może sama prosta, detektywistyczna de facto historia pt. "Zgadnij, kto z siedzących w wagonie ma klucz do ekspozji, w osiem minut?" byłaby - jak dla mnie - ciekawsza? Albo, jak już mieć tę historię z Christiną (efektowna i wiarygodna Michelle Monaghan), to może warto byłoby ograć go innego - fakt, że tak naprawdę bohater Gyllenhaala jest w cudzym ciele, ciele faceta, którego ona zna i który jej się podoba, i którego on, że się wyrażę, opętał? Fakt, że ona jest zainteresowana i że kończy się to tak, jak się kończy, nie ma przecież tak naprawdę wiele wspólnego z Colterem: jej się podoba naczyciel Sean Fentress, którego już jakiś czas wcześniej postanowiła poderwać, a nie udający go body snatcher

No i może bym wolała to zakończenie, w którym wszyscy zamierają w połowie wybuchu śmiechu, w połowie pocałunku, w którym ten alternatywny świat bez katastrofy pozostaje na zawsze w zawieszeniu, od tego, w którym budzi się do życia i zaczyna istnieć naprawdę. Albo, alternatywnie, poproszę dodatkowo o drugi film, o kłopotach z alternatywnymi światami, które ewidentnie (patrz sms Coltera do Goodwin) mogą się komunikować. Serio serio, poproszę - facet taki, jak Duncan Jones, jest, jak podejrzewam, w stanie zrobić taki film znakomicie. 

I znowu jest tak, jak z Thorem - w recenzji z filmu, który mi się w sumie podobał i który się dobrze oglądało, więcej jest negatywów niż pozytywów. No to może na koniec, żeby podsumować: to jest fajny film. Ma ciekawy pomysł, ciekawy problem, od którego wychodzi, dość sympatyczne, nawet jeśli sztampowe postacie i jest efektownie zrealizowany; fabuła wciąga i człowiek chce wiedzieć, co dalej. No i OK, nie ruszył mnie ani jakoś głęboko nie przejął, ale w końcu nie każdy film musi, prawda?

czwartek, 08 marca 2012, ninedin

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2012/03/08 13:53:57
Z tym komunikowaniem to nie do kończa tak różowo, nawet jak pominiemy drobny problem skąd brać kolejnych Stevensów... Ten ostatni najprawdopodobniej za każdą "sesją" trafiał do innego świata równoległego (czy tam go tworzył, wybierzmy sobie interpretację), więc komunikacja jest mocno ograniczona - w te kilka minut musimy znaleźć kogoś do pogadania, przekazać mu wiadomość i ew. dostać odpowiedź (po drodze być może przekonując że przekazujący nie jest wariatem). SMS był juz komunikacją "wewnątrzświatową", Stevens wysłał go już po tym, jak przeskoczył na stałe. Owszem, może któraś wersja doktorka ulepszy proces, ale na razie mają loterię.
Powtarzająca się piosenka jest, mam wrażenie, w obu filmach znacząca. :-)
Mi najbardziei spodobało się jak Jones użył drobnego szczegółu, który oglądamy powtórzony ileśtam razy nie zdając sobie sprawy, że to jest klucz do znalezienia zamachowca. Nie powiem jaki konkretnie, żeby nie spoilować, ale ślicznie rozgrane.
-
2012/03/08 15:18:31
Powinien ruszyć! Po genialnym w swojej prostocie "Moon", spodziewałam się czegoś równie dobrego od Jonesa, a tu... Ja się rozczarowałam, a rozczarowanie było tym większe, że oglądałam te oba filmy jeden ("Moon") po drugim ("Source Code").
-
2012/03/08 17:20:59
Właściwie zarzuty miałabym dokładnie takie same jak ty, oprócz tego, że mnie się film bardzo podobał, czemu już kiedyś dałam wyraz w recenzji - ale ja Gyllenhallów (siostrę też) lubię bardzo i sama ich obecność w jakiejś produkcji automatycznie daje +10.
-
2012/03/10 00:17:20
@ spriggana:
Nawet mi nie mieszaj, już mnie boli głowa na myśl o ilości możliwych kombinacji.... :)

@rusty
No mnie też się podobał! W recenzji pomarudziłam, ale najważniejsze jest to, że oglądało mi się fajnie i kupiłam sobie DVD, żeby oglądnęło się fajnie jeszcze raz. Ja w ogóle chyba za bardzo w tych recenzjach marudzę, powinnam chyba dawać disclaimer "Ale w ogóle, to mi się podobało".
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...