Blog > Komentarze do wpisu

Is there life on Mars?

John Carter, reż. Andrew Stanton, scen. A. Stanton, M. Andrews, M. Chabon na podstawie Księżniczki Marsa E. R. Borroughsa, wyst. Taylor Kitsch, Lynn Collins, Samantha Morton, Mark Strong, Willem Dafoe, a poza tym jeszcze połowa obsady Rzymu.

 

http://kultura.gazeta.pl/kultura/51,114438,11186268.html?i=26

 

Jakiś czas temu poszłyśmy z Drakainą do kina na Johna Cartera - uparłam się, że ze względu na Michaela Chabona, który jest współscenarzystą, chcę ze wszelką cenę ten film zobaczyć. No i warto było. No więc - to jest bardzo przyjemny film, moim zdaniem. naprawdę fajny. Brakuje mu tego czegoś, co by mnie złapało za serce i ścisnęło, ale generalnie - zdecydowanie mi się podobał.

Prościutką - i przerabianą potem przez kino setki razy - fabułę Księżniczki Marsa Edgara Rice'a Borroughsa utytułowani (bo mają w swoich credentials i wyjątkowo udane filmy Pixara - to Stanton i Andrews - i znakomite powieści) scenarzyści opowiadają wiernie, w sensie zachowania staroświeckiej historyjki o Ziemianinie na Marsie. Mamy tu i Marsjan obu ras, ludzkiej i nieludzkiej, i ginącą planetę, i dziwaczne stwory i całą odyseję Cartera, od wojny secesyjnej po powrót na ukochaną planetę. Mamy równie staroświecko wplecioną - dla uwiarygodnienia narracji - postać autora, udającego, że jest tylko narratorem/redaktorem cudzej, prawdziwej opowieści. Film ma nie tylko klimat pulpowej literatury klasy B, ale i staroświeckiego epickiego kina bardziej nawet a la Ben Hur niż a la Dzień, w którym zatrzymala się Ziemia - osiągnięty, paradoksalnie, ultranowoczesnymi technicznymi środkami. Mnie się ten klimat podoba, ale nie każdemu musi.   

Mamy, oczywiście, pewne zmiany, z których główną jest zrobienie z Dejah Torris nie tyle następczyni tronu, czekającej na męża, co uczonej i intelektualistki, której wymuszone, polityczne małżeństwo popsuje plany życiowe (czytaj: ratowanie świata). To jest oczywista decyzja w tym momencie, i, jak sądzę, słusznie podjęta: wprowadzenie zmiany w charakterze i biografii tej akurat postaci dodaje jej wiarygodności, bo jako żywo czekająca wyłącznie na ratunek damsel in distress byłaby dość niestrawna. Teoretycznie, film odsuwa od niej uwagę - w końcu nazywa się John Carter, a nie The Princess of Mars - ale zarazem skutecznie stara się sztampową bohaterkę Borroughsa ożywić i uwspółcześnić (a Lynn Collins ładnie wygląda i przekonująco swoją bohaterkę odgrywa). Zresztą do obsady specjalnych uwag mieć nie można: w takim stopniu, w jakim to było potrzebne przy tego typu produkcji (specjalnie nie grzeszącej pogłębianiem psychologicznego wizerunku postaci i stawianiem skomplikowanych zadań aktorom), wszyscy się ze swoich ról wywiązali bardzo porządnie, a James Purefoy i Ciaran Hinds - zwłaszcza gdy byli na ekranie razem - wręcz lepiej niż porządnie.

Najciekawsze dla mnie osobiście było jednak w tym filmie to, jak skomplikowanie tę prostą historię z prostymi postaciami scenarzyści nam opowiadają: mieszając plany czasowe i chronologię, konstruując twisty i finty w fintach. Pewnie, nie jest to poziom komplikacji, bo ja wiem, Memento, ale też nie o to chodzi: chodzi o to, żeby tę prostą historyjkę, którą SF żywiła się od roku 1917, opowiedzieć w trochę inny, trochę nowy sposób. 

To jest bardzo ładny i bardzo miły film - mówię bez ironii. Wszystko się dobrze kończy. Dobrzy wygrywają, plus minus. Jeżeli bohaterowi dodaje się do towarzystwa uroczego marsjańskiego pieskogada, to nie po to, żeby go następnie zabić i zafundować nam, widzom, mały szantażyk emocjonalny. Mars pięknie wygląda, podobnie jak marsjańskie potwory i marsjańscy alieni. Ameryka po wojnie secesyjnej ma odpowiednio deszczowe kolory w miastach i odpowiednio pustynne pustynie. Gdzie ma być humor, jest humor, gdzie ma być patos, jest patos (dużo patosu). Michael Giacchino napisał bardzo efektowną ścieżkę dźwiękową. Są (przez chwilę) wielkie małpy i (przez dłuższą chwilę) arena, są toczące się miasta i dziwaczne istoty, są kobiety w dziwacznie pięknych sukniach i faceci z dziwacznie staroświecko-nowoczesną bronią. I wszystko to się świetnie ogląda.

I nie, nie chodzi w tym o nic poza dobrą zabawą. Postacie niczego nie reprezentują ani nie symbolizują (och, Awatarze, jak ja cię - dalej - nie cierpię!), fabuła nie jest metaforą ani zawoalowanym przedstawieniem palących problemów naszego świata (Dystrykcie 9, jakże mnie znudziłeś!), a przesłanie (jakie przesłanie?) nie odnosi się do poprawy bytu ludzkości. Ten film jest jak ptasie mleczko: może bez jakiejś specjalnej wartości odżywczej, ale słodki, uroczy, doskonały na niedzielny wieczór albo sobotnie popołudnie. Tak, to prawda, niewiele po nim pozostało mi w pamięci, poza pięknymi obrazami i przekonaniem, że nawet z absolutnej ramoty da się zrobić bardzo przyjemne widowisko. Ale co się ubawiłam, to moje, a DVD kupię z przyjemnością, jak tylko wyjdzie.  

wtorek, 01 maja 2012, ninedin

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2012/05/01 10:00:38
Dziękuję ci serdecznie za wyjaśnienie dowcipu, którego nie pojmowałam (bo filmu nie widziałam) o Marku Antoniuszu i Juliuszu Cezarze kryjącymi się za kolumną.
-
2012/05/01 12:22:07
Filmu nie widziałam, ale wszystko w swoim czasie, bo od dawna był na celowniku. Cieszę się, że ten pieskogad, który w zwiastunie roztopił moje zimne serce - nie skończy marnie i z rozpaczy nie stanę się królową śniegu. Z Twojej recenzji wnioskuję film jakiego oczekiwałam.
-
2012/05/01 12:29:14
Prawda? Ja w ogóle jestem z lekka of two minds pod tym względem: z jednej strony, mam szacunek do autorów, którzy potrafią bezlitośnie pozbyć się nawet najsympatyczniejszej postaci, jeżeli dyktuje to fabuła i jeżeli posłuży to koncepcji i rozwojowi wydarzeń (i tak, mówię na przykład o Ianto Jonesie albo o kilku moich ulubionych bohaterach Harry'ego Pottera). Z drugiej - mam słabość do happy endów i niechęć do emocjonalnego szantażu, kiedy to autor stara się czytelnika poruszyć, zsyłając na postacie cierpienie nie dlatego, że to wynika z fabuły, ale dlatego, by zaszantażować odbiorcę i wymusić na nim reakcję - innymi słowy, tam, gdzie wystarczyłby klaps, walić po łbie młotem, żeby wzmóc efekt (ahem... Stephen Donaldson?).
-
2012/05/01 16:00:25
To mamy podobnie, bo czasem nie mam ochoty na nic innego jak sympatyczne, słodkie i leciutkie historie z dobrym zakończeniem.

Lubię, kiedy uśmiercanie lubianej przeze mnie postaci budzi mój kosmiczny sprzeciw - tak było w finale drugiego sezonu "Pamiętników wampirów". Bo daje mi iluzję, kiedy filmy oglądało się bez wiedzy i dużego doświadczenia. A tak, w trakcie seansów staram się na bieżąco analizować, gromadzić argumenty itp. A takie proste historie się po prostu ogląda i poprawia paskudny nastrój.

Czasem uwielbiam jak twórcy chcą mnie tak zaszantażować emocjonalnie, że mam z tego niezły ubaw np. "Dear John" na podstawie Sparksa.^^
-
2012/05/03 16:41:47
Kontynuujac swego rodzaju krocjate poprawiania i czepilwosci odnosnie tekstow na temat Johna Cartera chcialbym poprawic pare rzeczy. Po pierwsze nie 1917, kiedy wyszla ksiazka, a 1912, kiedy zostala opublikowana na lamach czasopisma All Story Magazine. Za glowna zmiane nalezy raczej uznac przeniesienie Thernow z pozniejszych ksiazek, role Sab Thana w opowiesci, czy rezygnacja z fabryki atmosfery/powietrza, no i ubranie bohaterow w stroje (mozna tutaj zamiast Han Shot First dac Dejah jest naga). Nie do konca jestem przekonany co do charakterystki ksiazkowej Dejah jako nastepczyni tronu czekajacej na meza. Moze nie byla ona w ksiazce az takim naukowcem, jak w filmie, to jednak zostala pojmana w trakcie wyprawy badawczej. No i jej malzenstwo z Carterem tez wyszlo troche przypadkowo. Pelna zgoda natomiast, ze byla to damsel in distress, choc tez na tle innych tego typu postaci radzila sobie z przeciwnikami nadzwyczaj dobrze. Raczej miala pecha, anizeli czekala na swojego bohatera. Sztampa, ale znacznie mniejsza niz to, do czego przyzwyczaila nas wspolczesna kultura popularna.
No i film (na szczescie dla widzow) zmniejsza ilosc zwrotow akcji i niezwyklych wydarzen. Przykladowo nie ma w ogole Warhoonow, czyli drugiego obok Tharkow plemienia Zielonych Ludzi.
Mam nadzieje, ze te uwagi nie zostana zle odebrane, nie sa w zadnym stopniu krytyka wpisu, a jedynie doprecyzowaniem pewnych rzeczy przez troche zbyt czepliwa osobe.
-
2012/05/04 21:44:25
Ależ jasne, dzięki serdeczne (wpis pisałam dosyć z pamięci i nie wszystko sprawdziłam, a "Księzniczkę" czytałam ostatni raz ładnych parę lat temu). Dobra poprawka, co do faktów, nigdy nie jest zła :)
-
2014/07/03 12:15:12
A ja bym najchętniej sprawił, by firma windykacyjna oddała zarówno moje 2,5h życia, jak i stracone w tym czasie 30 złotych...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...