Blog > Komentarze do wpisu

Slash fiction, czyli problem

źródło: ladygeekgirl.wordpress.com

 

Ze wszystkich wpisów na tym blogu ten najdłużej czekał na dokończenie (no dobra, jest jeszcze wpis o typach magii w fantasy, zaczęty jako drugi w historii tego bloga, ale jego nie da się skończyć - materiał jest na książkę, a nie na blognotkę, tylko ja wtedy jeszcze nie bardzo rozróżniałam jedno od drugiego). Dlaczego? Może dlatego, że nie bardzo wiedziałam, od jakiej strony go ugryźć i jak do niego podejść: zaprezentować zjawisko czy mój do niego stosunek, mówić o ogóle czy o konkretnych tekstach.

Na szczęście, po trochu dylematy rozwiązało za mnie tzw. samo życie, to znaczy - doszłam do wniosku, że nikogo w kwestiach, co to jest i z czego się bierze, edukować nie będę, bo byłaby to lekka arogancja: raczej wszyscy wiedzą, o co chodzi, sporo osób pewnie lepiej ode mnie. Za to chciałabym podejść do tego tekstu jako do pierwszego z planowanego cyklu związanego z szeroko pojętym fandomem i twórczością fanowską, a raczej - z moimi o tychże... no, powiedzmy sobie, refleksjami.  Co nie zmienia faktu, że od czegoś trzeba zacząć - i że zacznę właśnie do paru oczywistości.

Oczywistości będą w punktach. Ciąg dalszy, w sumie, też.


1. Slash fiction jest, z definicji, o miłości/seksie między bohaterami tej samej (męskiej, głównie?) płci. Kiedy ja się zaczynałam interesować fandomem i fanfiction (2001, plus minus), toczyła się w światku fandomowych metadyskusja o tym, czy mowa tylko o relacjach niekanonicznych; innymi słowy, by użyć chronologicznie późniejszego przykładu, czy np. opowiadanko o romansie Jacka Harknessa z kapitanem Johnem byłoby slashowe, czy nie; jeszcze innymi słowy o to, czy o etykiecie "slash fiction" decyduje a) subwersywność względem kanonu, czy też b) ukazanie relacji homoseksualnej, niezależnie od jej zahaczenia w kanonie. Zdaje się, że ta druga opcja zrobiła się dominująca, może i dobrze, bo w sumie, pod jakim ogólnym terminem takie historyjki, jak ta o Jacku/Johnie, klasyfikować?

2. [EDIT: wywalony cały paragraf o Kirku, Spocku i historii slashu, bo Cpt. Obvious etc. etc. Oraz, że pisze dużo dziewczyn, czyta też, ale i faceci się zdarzają coraz częściej].

3. Slash fiction budzi kontrowersje. Na użytek własny i niniejszego wpisu pozwolę sobie podzielić je na kilka grup, z których nie wszystkie interesują mnie w tym samym stopniu. To, co jest poniżej, ta wyliczanka, to oczywiście nie jest naukowe, bezstronne opracowanie. To jest opinia, a raczej - zestaw opinii, niekoniecznie spójnych ze sobą, za to - moich własnych. Mam nadzieję, że wyjdzie z wpisu, że nie mają one żadnych pretensji do uniwersalności i że są, w najlepszym razie, próbą diagnozy pewnych elementów zjawiska; próbą, dodajmy, przefiltrowaną przez indywidualną wrażliwość, konkretnie - moją.

3.1. Kontrowersje prawno-etyczne

Niespecjalnie interesuje mnie tu kwestia praw autorskich i tego, czy wolno, czy nie wolno kraść autorowi postacie/pożyczać od autora zabawki i bawić się nimi po swojemu i kto ma/nie ma za to płacić; od tego są prawnicy. Bardziej mnie ciekawi tutaj inna sprawa: to, jakie w ogóle autor ma prawo do swoich zabawek.

Mogę mówić, jak zawsze, tylko za siebie, a w tym akurat przypadku jestem dość konserwatywna.  Zakładam mianowicie, że autor, jako twórca koncepcji i wizerunku danej postaci, jako jej matka i ojciec, ma coś do powiedzenia w kwestii tego, jak inni kontynuują i przetwarzają jego świat (innymi słowy: nie mam pretensji do Gene'a Roddenberry'ego, że póki mógł, to się wtrącał we wszystkie startrekowe produkcje). Proszę bardzo, autor ma prawo głosu, byłabym wbrew samej sobie, gdybym to zanegowała. Tyle że tu się zaczyna śliski grunt: co to w ogóle znaczy, że autor ma takie prawo? Czy to znaczy, że ma prawo mieć nad postaciami pełną, stuprocentową kontrolę? Innymi słowy, czy, bo ja wiem, Celia Friedman (która chyba chętnie by to zrobiła, skądinąd... - no, może by nie zakazywała, ale generalnie nie aprobuje) ma prawo zakazać swoim czytelnikom sparowywania jej bohatera z innym bohaterem, bo ona sama widzi go, jeśli z kimkolwiek, to z bohaterką?

No więc mnie się wydaje, że nie. Już tam furda rozmaite Barthesy i Stanleye Fishe i cały reader-response criticism, od tego mam bloga, żeby się nie przejmować szczegółami naukowymi, ale na zdrowy rozum: czytelnik /odbiorca jest współtwórcą postaci, bo wnosi coś - własną wiedzę lub jej brak, własne doświadczenie, rozumienie, koncepcje i uprzedzenia - do jej odbioru. Alan Moore mógł się zarzekać, że Rorschach miał być dość przerażającym świrem, a nie żadnym role modelem ani idolem samotnych prawicowych mścicieli, i co z tego - całe mnóstwo czytelników w nim takiego zobaczyło (albo w Adrianie Veidcie, z wersji filmowej zwłaszcza, postać tragiczną, a nie egomaniaka pierwszej klasy).  Innymi słowy - autor sobie może w protestować. Może prostować i wyjaśniać. Może  się wyzłośliwiać. Ale, niemniej jednak, jego głos w kwestii interpretacji postaci jest głosem bardzo ważnym (dla mnie, nie musi być dla każdego), ale nie jedynym. Ergo, Celia Friedman może się zastrzegać, że widzenie jej bohaterów jako pary jest nadinterpretacją - ale odbiorca, a już tym bardziej odbiorca, który postanowi przetworzyć dzieło, też ma prawo do własnej interpretacji, i ona może być zupełnie inna od kanonicznej.      

 

3.2. Kontrowersje moralne

Mam nadzieję, że nikt sobie nie wyobraża, że zamierzam powiedzieć, iż kontrowersyjne jest samo podejmowanie przez slash fiction tematyki homoseksualnej. Zieeeew, to było(by) kontrowersyjne w latach 50.-60., może. I tak, wiem, dla części ogółu odbiorców kultury takie przetwarzanie tekstów, żeby zobaczyć w nich lub wpisać w nie wątki homoseksualne, mogłoby być kontrowersyjne nadal, np. dla mojej mamy, ale powiedzmy, że nie o takim odbiorcy mówimy; niespecjalnie chyba mogę się wypowiadać o stosunku tzw. general public do slash fiction, bo nie jestem pewna, czy general public (np. moja mama albo koleżanki-nauczycielki z pracy) w ogóle wie o istnieniu slash fiction. Tu będzie o nieco innych kontrowersjach. 

OK, może inaczej. Wiem, że w fandomie (we wszystkich fandomach) są osoby, które slash fiction nie znoszą. Wiem, że pewna ich część nie znosi slash fiction, bo uważają, że opisanie (zwykle kanonicznie hetero) bohaterów jako gejów albo osoby będące w mniej lub bardziej stałych gejowskich związkach nie jest OK, bo nie jest, bo tak, bo poniża bohaterów. Nie mogę z takimi osobami dyskutować, bo nie mam argumentów na takie (no użyjmy w końcu tego słowa) homofobiczne postawy. Natomiast, owszem, mogę dyskutować z ludźmi, którzy którym rozmaite opisania tychże hetero bohaterów jako gejów się nie podobają, bo - bo mają jakiś argument poza "pedałów nie lubię".

Mój problem nr 1 to kwestia materiału. Ja - ja osobiście, ja autorka tego bloga - mam problem ze slash fiction (wróć: mam w ogóle problem z erotyczną fanfikcją, niezależnie od orientacji protagonistów i rodzaju opisanych aktów), jeżeli jej materiałem podstawowym jest twórczość bardzo wyraźnie dziecięca. Przy czym - nie mam dobrych argumentów na uzasadnienie swojego stanowiska. Nie mam, bo generalnie nie wierzę w świętości nie szargać i w to, że pewne zjawiska kultury są poza zasięgiem tego rodzaju przetworzeń, pastiszów, parodii itd. i powinny być chronione, z dowolnych powodów. Wierzę natomiast w prawo do samodzielnej interpretacji i przetworzeń i odczytań. No i masz babo placek, mogę sobie wierzyć, a i tak mam problem podobny, jak bohater Pięknej i bestii:


Nie wiem, czy jest to kwestia seksualizacji czegoś, co chyba wyjściowo w zamierzonym odbiorcy takich skojarzeń budzić nie powinno czy co - w każdym razie, jak mogę czytać slash fiki do anime (nie będę, nie będę, nie będę przyznawać się do szczegółów), tak porno z Aladynem i dżinem jakoś mnie odrzuca.

Problem nr 2 w kwestii moralnej to, jak dla mnie, fanfiction o realnych postaciach. Przy czym, chyba ze wzgęldu na dystans czasowy, hipotetyczny fik o Władysławie Łokietku i szesnastu giermkach łyknę, choć przewrócę oczyma; jakoś nie tak zaczyna mi się robić przy opowiadaniach o realnych osobach, żyjących tu i teraz - może dlatego, że w trudny do zdefiniowania sposób wydaje mi się to ingerować w prywatność i życie opisywanych osób (choć świadoma jestem, że ich publiczny wizerunek to zwykle też jest kreacja). Nie wiem, może mi siedzi w głowie jakieś nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe, może sobie naiwnie myślę, że, bo ja wiem, partnerowi/partnerce takiej publicznej osoby może być przykro i głupio. Przy czym nie działa na mnie w tym przypadku argument typu "aha, czyli skoro uważasz, że opisanie namiętnego romansu między aktorami z Supernatural jest nie OK, to znaczy, że uważasz, że homoseksualizm jest nie OK, tak?". No nie, bo tu raczej chodzi o przykrość z powodu "mój partner/partnerka opisany z kim innym, a ja w roli zawalidrogi", choć, trzeba powiedzieć, niektórzy reagują z klasą i poczuciem humoru:   

 


Ergo, ja stawiam granicę w tym miejscu: hier stehe ich und kann nicht anders, nic nie poradzę; stoję mniej więcej tam, gdzie Guy Gavriel Kay. No ale, każdemu co jego, zakazywać bym nie zakazywała, nawet, gdyby się dało. A się nie da.

Problem nr 3 - który, tak naprawdę, jest na pograniczu moralnego i literackiego - to paskudna stereotypizacja, jaka jest w slash fiction, niestety nagminna (nagminna = nie zawsze, ale często; są znaczące wyjątki), i to stereotypizacja zarówno gejów-bohaterów, jak i postaci kobiecych generalnie. Ale o tym już chyba pod hasłem poniżej.

 

3.3. Kontrowersje literackie

To może pora najpierw na wyznania osobiste. Zdarza mi się, owszem, czytać slash fiction do fandomów, które lubię - jak mi wpadnie w ręce. Zdarza mi się także szukać opowiadanek z konkretnymi parami postaci. I jakkolwiek niekoniecznie zdarza mi się slash fiction pisywać, to i owszem, zdarzało mi się we własnych tekstach opisywać romanse/ związki/ sceny miłosne między osobami tak płci różnej, jak i tej samej. 

No właśnie, zdarza się. Nie jest to mój normalny model odbioru - o tym będę chciała pewnie napisać przy innej okazji, ale na razie tylko wspomnę, że ja osobiście zazwyczaj szukam w fanfikcji uzupełnienia fabuły: opowieści o czymś, co autor oryginału pominął, co zbył krótkimi uwagami, co tylko zasugerował. Mniej mnie interesują, tak naprawdę, historie romansowe sensu stricto, bo też w ogóle nie aż tak bardzo mnie interesują romanse w literaturze. To jest moje jako odbiorcy podstawowe założenie. 

Drugie podstawowe założenie to, oczywiście, prawo Sturgeona: 90% wszystkiego jest do niczego i to się tyczy również fanfików. Przy czym - no bożemój, niech sobie każdy pisze, co chce, ja tego czytać nie muszę. Ale z drugiej strony: jeżeli 90% jest do niczego, to 10% leży w obszarze od "OK" do "rewelacja" - nie trzeba też demonizować, że wszystko jest złe. Umówmy się, że mówimy tu o tekstach, które spełniają podstawowe kryteria poprawności językowej i konstrukcyjnej, nie o tych, których miejsce jest w analizatorniach.   

No więc - po tym wstępie, przejdźmy do literackich kontrowersji, jakie budzi we mnie osobiście slash fiction.  

Po pierwsze - problem tego, że te marne 90% zagłusza te dobre 10% i robi fatalną prasę zjawisku. Ten problem jest, jednakowoż, nierozwiązywalny, bo wynika z samej natury fanfiction. To się pisze dla przyjemności, głównie własnej, potem czytelnika, i nawet literacko najgorsze fiki mogą tę akurat funkcję (powiedzmy sobie - rozrywkowo-terapeutyczno-egopoprawiającą) spełniać całkiem nieźle. A na razie nikt nikomu nie każe ich czytywać.

Po drugie - to, o czym pisałam powyżej. Z literackiego punktu widzenia moim jednym z głównych problemów z fanfikcją jest stereotypowość i stereotypizacja. I z jednej strony - ten gatunek tak ma. Stereotypowość, powtarzalność pewnych typów opowieści w obrębie zarówno fanfikcji jako całości, jak i fikcji do poszczególnych fandomów, jest dość specyficzną cechą takiego pisania (w każdym fandomie znajdziemy jakiś hurt/comfort, na przykład, jakieś angsty, fiki humorystyczne etc.; a są też z kolei motywy, specyficzne dla danego fandomu, które w ramach tegoż przetwarzane są wielokrotnie).  To nie pierwszy i nie ostatni gatunek w historii literatury, który chętnie bierze ten sam schemat i przetwarza go w kółko - patrz, by nie szukać daleko od moich zawodowych zainteresowań, dzieje epigramatu w starożytności, i w samej takiej formularności nie ma nic ani dziwnego, ani złego.  

Having said that... stereotypizacja mi przeszkadza. Przede wszystkim stereotypizacja wizerunku bohaterów. Nie oszukujmy się, w sporym procencie slashowych opowiadanek nasz gej-bohater (obojętnie, czy wyjściowo był obrażalskim maminsynkiem z kompleksem wyższości na punkcie własnej czysto magicznej krwi, mordującym morderców psychopatą czy lekko humorystycznym sidekickiem głównego bohatera) ma szansę skończyć jako ten sam typ: wiotki, subtelny, delikatny, podatny na krzywdę magnes na krzywdziciel(k)i i gwałciciel(k)i płci dowolnej, bezwolna i subtelna, histerycznie emocjonalna ofiara potworów, potrzebująca wsparcia i silnego męskiego ramienia. I ja mam z tym dwa problemy. Raz, jest to nudne. Dwa, jest to obraźliwe. I OK, OK, fanfikcje to fun fikcje, prawda, ale mimo wszystko - w ruchu, który przynajmniej nominalnie chciałby służyć, w jakimś tam stopniu, promowaniu tolerancji (patrz argument "nie lubisz slashu=nie lubisz gejów") taka stereotypizacja jest po prostu nieznośna. Podobnie bywa zresztą ze stereotypizacją bohaterek i niechęcią do nich: one, złe baby, robiące wbrew Prawdziwej Miłości Bohaterów, perfidne, okrutne i nieuczciwe... I znowu: są wyjątki, mnóstwo wyjątków - ale obraz uśredniony, przeciętny, niebezpiecznie zbliża się, obawiam się, do opisanego powyżej.  

I po trzecie, wracając do początku i do kwestii autora: kanon. Tak, tu jest miejsce dla tych osób, które nie lubią slashu nie dlatego, że "nie lubią pedałów". I ja tutaj, w sumie, teoretycznie  się nie zgadzam, a praktycznie - rozumiem.
O co mi chodzi? Otóż [EDIT, bo o bardzo ważnym zdaniu zapomniałam] o to, że są odbiorcy, dla których już samo odejście od kanonu na tyle, żeby postaci zmienić orientację (albo zmienić jej/jemu partnera, pochodzenie, zawód, kolor włosów etc., zmienić epokę/realia przy adaptacji) jest nieakceptowalne, bo jest odejściem od oryginalnej autorskiej idei; powód nie ma zwykle nic wspólnego z homofobią, a za to wiele - z gustem literacko-filmowym (przykład- reakcje mnóstwa osób na Romea i Julię Luhrmanna). Po drugie, o to, że slash fiction może iść w dwóch kierunkach. Po pierwsze, może seksualizować związki postaci, które w kanonie nie są sobą erotycznie zainteresowane, ale które łączy (bardzo) mocna więź. Celia Friedman może nie rozumieć, jak się w głowach autorów fanfikcji mogła ulęgnąć idea romansu między głównymi bohaterami Coldfire, no ale spójrzmy prawdzie w oczy: sama napisała relację między nimi jako absolutnie najważniejszą w życiu ich obu, zmieniającą ich i przekształcającą wszystko, czym i jeden, i drugi jest, przyjaźń połączoną z fascynacją i (platoniczną, braterską) miłością, silniejszą od śmierci. Tu niewiele było trzeba dopowiadać - i ditto, patrz Holmes i Watson, House i Wilson, Kirk i Spock, itd., itd... Od takiej relacji do kanonu jest, w gruncie rzeczy, nie tak daleko.
Po drugie, możemy w ogóle olać kanon. Harry Potter i Severus Snape się nie cierpią? Ekstra, poślijmy ich do łóżka. Albo zróbmy parę z - żeby nie było samych facetów - Lizzie Bennett i jej siostry Jane (że o braciach Winchester litościwie nie wspomnę). I teraz - to jest ważny i popularny sposób pisania fanfikcji, OK. Tyle że ja (ale to ja, ja, ja, nie każdy ma tak, jak ja) tak nie lubię, no bo ja lubię fanfikcję jako "midraszowe" uzupełnienia kanonu i jego rozbudowywanie/poszerzanie, a nie tylko czystą zabawę postaciami i realiami i ustawianie ich, jak zabawek, w nowe układy i konfiguracje. Mogę spokojnie zaakceptować historyjkę o uczuciu łączącym Legolasa z Gimlim; Froda z Samem; Merry'ego z Pippinem; ale nie - Faramira z Czarnym Jeźdźcem. Dodajmy, żeby było trudniej, że granica między tymi dwoma typami relacji postaci jest też dość płynna...

Tu jeszcze wchodzi jeden drobny element - gatunek. Ja osobiście dość kiepsko znoszę zbytnie żonglowanie gatunkami i konwencjami między oryginałem a fikiem. Innymi słowy: kiepsko mi się czyta tragiczną historię o Jasiu Fasoli i farsowy fik o Hamlecie, a specyfika slashu, o której pisałam powyżej, często takie zmiany wymusza. No ale, to jest najmniejszy problem.

Generalnie: lubię, nie szaleję; doprowadza mnie do szału, ale tylko czasami; mam problem z parami i uważam, że czasami takie pary są lepsze, niż kanoniczne. No, biez wodki nie razbieriosz. No ale, zważywszy, że moim pierwszym kontaktem z fanfiction w ogóle, jako absolutnego niewiniątka, był ten tekst , to trochę trudno się dziwić. 

Albo inaczej: przepraszam, jak zwykle nie mam zdania, i ten brak zdania zajął mi osiem stron Worda.

czwartek, 24 maja 2012, ninedin

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2012/05/24 18:46:44
Droga N., po tym tekście pozostało mi tylko jedno.

RZUCAM BLOGOWANIE.
-
2012/05/24 22:00:36
A to znasz?
-
2012/05/24 22:27:13
Boże jak ci się udało tak po prostu, i w odpowiednich słowach ująć cały ale to cały mój stosunek do slashu w fanfiction. Serio nie pozostaje nic innego jak kiwać głową, odsyłać, linkować umieszczać w sygnaturkach itp. Bo to jest dokładnie od A do Z wszystko co zawsze chciałam napisać ale pewnie bym nie potrafiła w tak precyzyjny sposób. Serio. Wielkie brawa za mistrzowski wpis, który idealnie oddaje coś co jest bardzo trudne do opisania. Brawo. Brawo i jeszcze raz Brawo!
-
2012/05/24 23:33:29
Mogłabym podpisać się pod niemal każdym słowem tego wpisu. I nie powiedziałabym, że to kwestia braku zdania - raczej wyważonej opinii, no bo jak tu wypowiedzieć się o gatunku, do którego należą zarówno naprawdę dobre teksty, jak i nie powalające jakością porno drabble (no dobrze, prawie każdy gatunek tak ma, ale ten jest... specyficzny)? Inna rzecz, że ja miałabym z tym chyba nieco łatwiej, bo jednak za slashem nie przepadam i nie zdarzyło mi się poszukiwać tekstów na temat konkretnych par. Ale też wątki miłosne czy erotyczne nigdy nie były takimi, dla których w ogóle sięgałam po książki. No i mam problem z większością autorek slashu taki, jak z fangirlami... albo jestem kryptonietolerancyjna, albo wiktoriańsko-neurotyczna. :P
-
2012/05/24 23:58:53
@ Rusty: NIE RÓB MI TEGO!!!!

@ Misiael1: owszem, znam - jako namiętna lurkerka na blogu mrw przez tę notkę w ogole trafiłam na Przyczajoną Logikę. I tak, to są te chwile, kiedy jest człowiekowi głupio za fandom jako taki.

@ Ratyzbona: bardzo mi miło :)

@ Carrie: mnie zazwyczaj przy poszukiwaniu fików na temat konkretnych par dręczy jedno pytanie: ile osób w sieci wpadło na pomysł, że z danej dwójki zrobić parę w romantycznym znaczeniu? Taki mini-test własnych slash gogli, w sumie. Generalnie, fanfiction czytam zwykle wtedy, kiedy nie mam dość jakiejś postaci/ świata/ idei (proszę, zna ktoś jakieś fiki do "Studium w szmaragdzie"?), a autor nie da mi więcej, bo nie.
-
2012/05/25 00:09:39
A ja jeszcze dodam, że mój problem ze slashem jest absolutnie kretyński ale natknęłam się na niego w kilku bardzo popularnych fikach ( akurat do Sherlocka) - otóż teoretycznie wszystko jest ślicznie i erotycznie i homoseksualnie ale... ale nie jest bo autorki wcale nie mają ochoty pokazywać homoseksualnego związku więc wszystko opisują na zasadzie jednorożców i tęczy albo wręcz z taką dającą się wyczytać niechęcią. Romans im się nawet podoba ale juz sam seks nie. I potem człowiek ma wrażenie jakby fic przeczytała jakaś cenzura. Oczywiście nie dotyczy to wszystkich tekstów ale zaskaująco wielu.
-
2012/05/25 00:38:41
"Generalnie, fanfiction czytam zwykle wtedy, kiedy nie mam dość jakiejś postaci/ świata/ idei (...), a autor nie da mi więcej, bo nie. " - o, dokładnie tak.

Co do analizatorni - drażnią mnie bardziej niż słabe fiki. Co gorsza, sprawiają, że jestem skłonna bronić słabych fików.
-
2012/05/25 01:21:23
No wioęc ja w kwestii analizatorni jestem niezdecydowana, jak zwykle (i napisałam o tym parę słów w kórymś moim karnawale blogowym, o ile pamiętam): z jednej strony, uwielbiam ZŁE ksiązki, a złe (ZŁE) fiki to prawie to samo. Z drugiej strony - różnica doświadczenia i wiedzy między recenzentami a ich ofiarami jest zwykle tak duża, że robi się z tego polowanie już nie na zajączka w lesie, ale na jaskrawo różowego zająca w małym, pustym pokoju bez kryjówek - walka trochę nierówna; no ale, po trzecie, kto się publikuje, ten ryzykuje... No i nie wiem, nie wiem- chyba, że chodzi o takie kwiatki jak ten cytowany przez misiaela, bo tekścik (slash o braciach z Tokyo Hotel w alternatywnej rzeczywistości: jeden jest esesmanem, drugi jego kochankiem, Źydem wyciągniętym z Oświęcimia) wydaje mi się tak szkodliwy i tak etycznie nie do zaakceptowania, że zwrócenie na to uwagi jest działaniem nie tyle proliterackim, co pro publico bono :)
-
2012/05/25 01:25:23
Worry not, obiecałam Beryl, że nie przestanę blogować, dopóki nie napiszę wpisu o lokajach (Valefor mnie zainspirował, czemu nie ma fanartów, czemu?).

Chciałam również powiedzieć, ze ja lubię slash, i to bardzo, przez 12 lat przeczytałam go tony, w różnych fandomach (choć złapałam się ostatnio na tym, że scrolluję przez sceny seksu, meh), ale podobnie jak carrie, nie uważam "analizatornii" za coś dobrego. Właściwie im dłużej o tym myślę, tym bardziej rozumiem, dlaczego w teście "Which Avenger are you?" wyszedł mi Steve Rogers - bo to takie bullying w najgorszej formie, kilak osób pastwi się nad złym tekstem. A jak sama napisałaś, każdy czytelnik/widz przynosi siebie do świata przedstawionego i czasami musi te uczucia przelać na papier i pokazać światu. A że nie każdy potrafi? No cóż, nie jesteśmy od wytykania palcami.
-
2012/05/25 10:20:44
@Rusty

Heh, mam o tym notkę, że tak pozwolę sobie podlinkować. (Życiowy cel - mieć notkę na każdy temat, by nie musieć nic już więcej w życiu pisać, tylko linkować).
-
2012/05/25 11:11:37
@misiael

Przeczytałam. Chwilowo zastanawiam się, czy to KrysiaCh usiłowała ci wytłumaczyć, że się mylisz, ale ogólnie stoję po stronie twojego komentatora (choć sama dodałabym do listy też Barnesa, Juliana, zdobywcę nagrody Bookera). Inna sprawa, że nie wiem, jak świat ff wygląda w Polsce, bo czytam je tylko po angielsku i jakoś trafiam na same dobre - ale też korzystam głównie z LJa i AO3, a nie ff.net, sporo też polegam na polecankach innych osób, które znają mój gust. Może u nas nie jest tak rozwinięta instytucja beta readera, ale większość zachodnich autorek jest na profesjonalnym poziomie. Więcej powiem, kilka znanych mi od lat pisarek ff do HP opublikowało swoje własne książki, więc ten zarzut o braku wyobraźni też jest chybiony.

A co do kontynuacji losów bohaterów na licencji (jak np. w uniwersum SW), to powstały tam książki znacznie lepsze od "oryginalnych", np. trylogia Thrawna Timothy'ego Zahna). Nie wspominając już o komiksach o superbohaterach: gdyby zastosować twoją zasadę odróżniania ff od nie-ff, to oryginałem byłyby komiksy wydawane od 1963 i tworzone przez duet Stan Lee/Jack Kirby, co oznacza, że lekką ręką pozbyliśmy się Civil War, a ja osobiście nie zamierzam się akurat tych komiksów pozbywać.
-
2012/05/25 13:00:21
W mojej ocenie analizatorni poszłabym jeszcze dalej - dowolny tekst, wyrwany z kontekstu i cytowany po kawałku, można opatrzyć takimi komentarzami, by wydawał się grafomański i nieprzemyślany. Martwi mnie też trochę to, że prędzej czy później każda analizatornia (w ogóle, co takie pastwienie się ma wspólnego z analizą?) zyskuje sobie krąg fanów, którzy zaczynają lansować Jedyny Słuszny Sposób Pisania, a stąd już tylko krok do robienia nagonki na teksty niekoniecznie złe, ale po prostu niespełniające wytycznych JSSP. A co do skrajnych przypadków, jak nazi-opko - nie wiem, nie można tego gdzieś zgłosić, na przykład do administracji strony, na której pojawia się takie cudo?...

@Misiael - trafne uwagi, ale odnoszące się do bardzo konkretnej grupy fanfikotwórców i uogólnianie ich na całą fanfikową społeczność jest nieuzasadnione i krzywdzące. Plus, całkowicie pominąłeś społeczny i poznawczy kontekst pisania fików i parę innych zjawisk. Jak tylko wrócę z zajęć, napiszę Ci obszerniejszy komentarz.
-
2012/05/25 13:33:50
Muszę przyznać, że przyszła mi do głowy jedna rzecz - ile osób przeczytało tego koszmarnego fica o Tokio Hotel z powodu analizatornii - pewnie cała masa. Ile przeczytałoby go gdyby zostawiono go gdzieś w spokoju w czeluściach Internetu - pewnie kilka osób. Tak mi do głowy przyszło kiedy byłam gdzieś w połowie i zastanawiałam się co ja na Boga czytam
-
2012/05/25 14:05:23
Wiecie, że ja mam słabość do fatalnych książek, zarówno literackich, jak i naukowych - niejeden wpis tutaj i niejeden mój status na fejsbuku dowodem. Ergo czasami bywam w podobnej pozycji, jak ludzie z analizatorni. Są może dwie różnice:
1. To jest jeden na jeden, zwykle: ja versus autor(ka)
2. To są jednak teksty z obiegu publicznego: ktoś to wydał, często zrecenzował do wydania, zapłacił za to itd. itd. I niby net też jest publicznym obiegiem, ale mniej oficjalnym, mniej formalnym, granica między publicznym a prywatnym jest w nim bardziej zatarta. A, oczywiście, carrie ma rację, wszystko można obśmiać

@ zwierz:
Ale ja się cieszę, że mnóstwo ludzi to przeczytało, bo dyskusja wyszła sporo poza ramy "be, paskudne, he he he" i poszła w kierunku "czy/ gdzie są granice". I to było fajne.
-
2012/05/25 14:06:39
@kontynuacja na licencji vs. fanfik

Przyjąłem definicję fanfika jako coś pisanego przez fana danej franczyzy dla celów rekreacyjno-masturbacyjnych (ten drugi, nomen omen, człon proszę potraktować metaforycznie) choć rozumiem, że granica jest płynna i to jej wyznaczenie budzi największe kontrowersje.
-
2012/05/25 16:28:10
@misiael

Ale tak właśnie działa Lucasart, czy co tam się zajmuje wydawaniem książek: znajdują dobre ff i je publikują. Więc granica naprawdę jest płynna.
-
2012/05/25 17:01:42
@Rusty

"Ale tak właśnie działa Lucasart, czy co tam się zajmuje wydawaniem książek: znajdują dobre ff i je publikują."

Eee, to jest raczej tak, że istnieje nisza "najemników" (Drew Karpyshyn, Richard A. Knaak, Dan Abnett etc.) tłukących kolejne sztampowe powieści dla różnych licencjodawców? To musi być swoją drogą upokarzająca dla kreatywnego autora praca - szablon A1, fantasy z drużną, questem i epicką bitwą pod koniec (dla: Dragon Age, Warcraft and compatibile). Szablon A2 - science-fiction z drużyną, questem i epicką bitwą pod koniec (dla: Mass Effect, Starcraft, Star Wars). Wykonać. NEXT!
-
2012/05/25 19:56:40
Misiael - w takim razie, jak dla mnie, przyjmujesz złą definicję fanfika. Z gruntu odmawiasz mu większej wartości literackiej ("fanfiki są do pisania, nie do czytania") i czynisz bardzo wyraźne rozróżnienie między fanami a twórcami. Dlaczego? Są fani, którzy zostali pisarzami (w fandomie to właściwie bardzo popularne zjawisko dzięki egalitarności tego grona), są też pisarze, którzy dla funu pisują fanfiki. Wartość rekreacyjna? Cechuje całkiem dużą część światowej literatury. Fanfiki pełnią też funkcję społeczną - spajają fandom, są źrodłem tematów do dyskusji, bo, wbrew temu co twierdzisz, tylko ich część powstaje po to, by autor mógł się wyżyć i sparować ze sobą ukochane postaci. Reszta jak najbardziej ma być czytana i omawiana. Po to są organizowane fikowe konkursy, battle, maratony. Po to też istnieją fikowe fora. Bo fanfik to też często sposób na wyrażenie swoich odczuć wobec książki/filmu/whatever: "patrzcie, ja to rozumiem tak, ja tę postać interpretuję tak, takie mam refleksje". Nie wszyscy potrafią przekuć swoje rozważania na analizę czy recenzję. Mogą mieć też ochotę dodać coś od siebie do świata przedstawionego - dlaczego nie? Dlaczego to miałoby być jakościowo gorsze od pierwowzoru? Tylko dlatego, że jest wzorowane? Come on, to argumentacja, która nie broniłaby się nawet w czasach przed postmodernizmem. Ciekawi mnie, jak w takim razie postrzegasz retellingi, historie alternatywne czy "papierowe" rpg.

Wyszło ostrzej, niż planowałam, ale, wybacz, dość trudno mi poważnie potraktować taką definicję fików i takie argumenty od osoby, która dodatkowo fików nie czyta, więc mogę spokojnie przyjąć, że zjawiska nie zna, bo i skąd. Podobną wartość ma stwierdzenie, że fantastyka to płytka literatura dla mentalnie niedojrzałych eskapistów, padające z ust kogoś, kto kojarzy tylko kino klasy Z o alienach i najsłabsze powieści z Forgotten Realms. Można nie lubić fanfikcji, jasne, z tym problemu nie mam. Ale apeluję o nie popieranie tego nielubienia chybionymi uogólnieniami. ;)
-
2012/05/25 20:42:50
@carrie

"Misiael - w takim razie, jak dla mnie, przyjmujesz złą definicję fanfika."

Taką przyjąłem i takiej się - w linkowanej notce - trzymam. Może błędna, nie wykluczam. Ostatecznie nie jestem Alfą i Romeą, a - jak słusznie zauważyłaś - do tego typu radosnej twórczości mam stosunek, w najlepszym razie, przerywany.

"Z gruntu odmawiasz mu większej wartości literackiej ("fanfiki są do pisania, nie do czytania")"

Napisałem też, że stworzenie dobrego fanfika jest zadaniem niemal niewykonalnym. Niemal. I że wśród nich trafiają się prawdziwe perełki.

"i czynisz bardzo wyraźne rozróżnienie między fanami a twórcami. Dlaczego?"

Dlatego, żer fan podchodzi do fanfika z pozycji fana, co - czy tego chce, czy nie - wykrzywia mu optykę patrzenia na materiał wyjściowy. No, chyba że pisze fanfika do czegoś, co kompletnie go nie grzeje.

"Wartość rekreacyjna? Cechuje całkiem dużą część światowej literatury."

Taką literaturę też staram się omijać szerokim łukiem. Nie, żebym był jakimś propagatorem idei, że Prawdziwe Dzieło musi powstawać w ogniu egzystencjalnego bólu, ale z własnego doświadczenia wiem, że aby napisać coś sensownego trzeba się z reguły bardzo napocić.

"Fanfiki pełnią też funkcję społeczną - spajają fandom, są źrodłem tematów do dyskusji, bo, wbrew temu co twierdzisz, tylko ich część powstaje po to, by autor mógł się wyżyć i sparować ze sobą ukochane postaci."

Nigdzie czegoś takiego nie napisałem - a już na pewno nie w kontekście "parowania".

"Reszta jak najbardziej ma być czytana i omawiana. Po to są organizowane fikowe konkursy, battle, maratony. Po to też istnieją fikowe fora."

Jest na to takie fikuśne określenie - "fap circle".

"Bo fanfik to też często sposób na wyrażenie swoich odczuć wobec książki/filmu/whatever: "patrzcie, ja to rozumiem tak, ja tę postać interpretuję tak, takie mam refleksje". Nie wszyscy potrafią przekuć swoje rozważania na analizę czy recenzję."

Trudno się spodziewać, że pisany z takim zamiarem fanfik miałby jakąś nie wiadomo jak wielką wartość literacką.

"Mogą mieć też ochotę dodać coś od siebie do świata przedstawionego - dlaczego nie? "

Ależ proszę bardzo, niech dodają, niech piszą - nieprzypadkowo porównałem fanfiki do karaoke, rozrywki jak najbardziej sympatycznej i pozytywnej, ale bez jakichś większych ambicji.

"Dlaczego to miałoby być jakościowo gorsze od pierwowzoru? Tylko dlatego, że jest wzorowane?"

Jak już pisałem - nie wykluczam istnienia dobrych literacko fanfików.Tylko nie widzę sensu ich pisania - jeśli ktoś ma talent, to będzie potrafił nakreślić własny świat przedstawiony, stworzyć coś autonomicznego. Jeśli nie potrafi - wątpliwe, by napisał coś godnego uwagi. Jeśli potrafi, ale z jakichś względów woli umieścić akcję w Forgotten Realms czy innym Śródziemiu - widocznie go to kręci i robi to dla funu. Czyli wracamy do karaoke.

"Ciekawi mnie, jak w takim razie postrzegasz retellingi, historie alternatywne czy "papierowe" rpg."

O tym, co mógłbym strzelić kolejną notkę. I pewnie kiedyś to zrobię.

-
2012/05/28 00:48:15
Misiael - raczej się nie dogadamy. Dalej nie podałeś żadnego sensownego argumentu, ograniczając się do "bo tak" (a ja wciąż nie rozumiem, dlaczego tworzenie w czyimś świecie miałoby przekreślać zdolności literackie/światotwórcze, czemu własna reinterpretacja settingu jest słabą podstawą do pisania - moim zdaniem taka motywacja jest bardzo dobra i adekwatna, i zawiera się w większości tekstów kultury w ogóle - ani dlaczego pisanie fanfików ma być pozbawione większej ambicji). Nie widzę też, dlaczego fanowska optyka miałaby być aż tak wykrzywiona. Nie musi przecież oznaczać bezkrytycznego podejścia do danego dzieła, może być tożsama z dokładnym researchem, bez silnego komponentu emocjonalnego, jakże często (i niezupełnie słusznie imho) utożsamianego z byciem fanem. Osobiście uważam, że chęć dodania czegoś od siebie do istniejącego już świata jako taka jest zjawiskiem raczej pozytywnym, twórczym, może być też czymś ambitnym. Szczególnie, że sam kształt obecnej kultury i stopień jej interaktywności promuje takie zachowania i nadaje im całkiem słuszną, wysoką, rangę. Ale mam wrażenie, że jesteś znacznie bardziej niż ja przywiązany do koncepcji twórcy, dzieła i "jednostronnego" tworzenia.
-
Gość: harpijka, *.home.aster.pl
2012/05/28 22:40:02
Ninedin, jeśli pytanie o fanfiki do "Studium w szmaragdzie" nie było tylko retoryczne, oto dwa, na które trafiłam dawno, dawno temu. Mocno mnie ubawiły:
archiveofourown.org/works/186358
archiveofourown.org/works/145188

Ach, gen, Cthulu, Sherlock Holmes i steampunkowy Alexander Luthor :)
-
2012/05/28 22:53:32
Przepraszam, że nie na temat (skądinąd bardzo ciekawy i mi bliski, ale właściwie nie mam co dodać - ujęłaś to świetnie... może jak się wyśpię wreszcie to będę w stanie wziąć udział w dyskusji...) - chciałam tylko dać znać, że wysłałam maila do Ciebie i być może znów jest w otchłani spamu, a zależy mi, żebyś o nim wiedziała. Nowy numer i artykuł już są! :)
-
2012/05/30 13:19:25
@rusty_angel
"Przeczytałam. Chwilowo zastanawiam się, czy to KrysiaCh usiłowała ci wytłumaczyć"

Przebóg, jam poznana. Tak, usiłowałam, ale to ciężki kawałek chleba. Misiael1, z sobie tylko wiadomych powodów, postanowił zawęzić definicję fanfika do "tekstów pisanych w celach masturbacyjnych", czyli, o ile rozumiem, "tekstów z definicji kiepskich, pisanych wyłącznie z myślą o własnej przyjemności" i doszedł do rewolucyjnej konkluzji, że są kiepskie i nie należy ich czytać (proszę wycieczki, jesteśmy w circulo vitioso, następny przystanek petitio principii). Pomijając kołowe dowodzenie, niejasność użytej definicji w niczym nie pomaga czytelnikowi, bo po czym właściwie miałby na pierwszy rzut oka odróżnić "tekst masturbacyjny" od "tekstu inspirowanego", żeby wiedzieć, który z nich warto przeczytać? Z całym szacunkiem, ale teza "na wszelki wypadek nie czytać żadnego, bo stworzenie dobrego fanfika jest zadaniem niemal niewykonalnym" wypada mało wiarygodnie w wykonaniu człowieka, który przeczytał ich w życiu trzy i pół (w tym nazi-opko). Podobnie jak twierdzenie, że dobrzy autorzy - skoro są tacy dobrzy - powinni dać sobie spokój z fanfikami i tworzyć oryginalne teksty, zdradza jakieś fundamentalne niezrozumienie tego, po co i dlaczego istnieje twórczość fanowska. Jej podstawową funkcją jest dialog z istniejącym materiałem, dobrze osadzonym w świadomości odbiorców - niektórzy lubią go prowadzić, inni lubią patrzeć, jak ci pierwsi go prowadzą, ale w żadnym przypadku nie da się tego zastąpić pisaniem całkowicie oryginalnych utworów, bo to już nie byłby dialog (równie dobrze można by się domagać od Rogera Eberta, żeby nakręcił jakiś własny film). A jakość literacka tej twórczości - jak zresztą wszelkiej twórczości - jest już kompletnie ortogonalna do tego, czy wykorzystuje istniejący materiał, czy jest całkowicie nowa. Myślałam, że przykłady fanfików uznanych przez krytyków i nagrodzonych Noblem czy Bookerem naświetlą sprawę, ale niektórzy, jak się uprą, to choćby kto z umarłych przyszedł, itd.
-
2012/05/30 16:45:40
Krystyno, czy abstrahując od merirum (gdzie zgadzam się bardziej z Tobą i Carrie, niż z Misiaelem - noż cholera, nie mogę inaczej, napisałam doktorat z antycznych fanfików do Biblii żydowskiej) mogę się wyoutować jako fanka Twoich komentarzy u mrw i wo?
-
2012/05/30 22:40:29
@Krysia

Ha, wiedziałam! I stoję po twojej stronie oboma kopytami, tylko misięniechcę dyskutować. Bo i po co, mogę w tym czasie poczytać slashowe fanfiki. :D
-
2012/06/02 20:10:50
@ninedin

O rety. Jeśli chcesz mnie publicznie wprawić w zakłopotanie, to czemu nie :) Ja przecież nie robię nic specjalnego - ot, jak ten ten hrabia z dowcipu, tak se popierniczam (a do tego jestem wulgarna).
-
Gość: Aga, *.dynamic.chello.pl
2012/12/31 22:13:11
Bardzo ciekawa opinia na temat slash fanfiction, oddajesz większość niepokojów jakie mogą dręczyć czytelników (i twórców) tej literatury. Zwłaszcza uwagi dotyczące twórczości opisującej związki realnych postaci. Z jednej strony kwestia, że tekst i czytelnik wchodzą z buciorami w cudze życie inna sprawa dotyczy kwestii czy ciekawe są postacie czy odtwórcy roli?
W aspekcie moralnym istnieje jednak kwestia, która ma duże znaczenie, pedofilia lub wykożystywanie w ff par, które pod taką kategorię podpadają. Nigdy nie widziałam tekstów poświęconych pornografii dziecięcej (dziecko rozumiana jako osobnik niedojrzały seksualnie) ale nastolatek plus starszy opiekun to już nieprzyjemny zgrzyt. Dla mnie osobiście oboje partnerów musi być dojrzałe seksualnie by w ogóle można było mówić o ficku nie patologii.

Ostatnią uwagę pragnę poświęcić ff, do którego link znalazł się w tekście. Sądzę, że to swego rodzaju perełka, dotyczy to zwłaszcza książki do której go napisano, oraz postaci, Łowca i Wielebny nie mogli by się stać parą ale Damian i następca to już inna kwestia. Przyznam szczerze, że uczucia miedzy Geraltem Tarrantem i Damienem Vryse zasługują na wnikliwą analizę, zwłaszcza, że tych nie slashowych jest całe mnóstwo.
-
2013/01/01 10:52:32
@ Aga:

A mnie się trafiło. Opowiadanko o dzieciństwie jednego z bohaterów anime (i zabijcie mnie, nie pamiętam, na jakim to było anime oparte - Gundam Wings?) i jego szaleńczym i _namiętnym_ (w emocjach i czynach), w wieku lat 8, zakochaniu, w starszym o jakieś 3-4 lata innym bohaterze. Miało to pół strony, robiło za prolog do właściwego opowiadania o tychże postaciach jako młodych dorosłych (17+) i wywołało we mnie głębokie przekonanie, że autor opowiadania nie ma bladego pojęcia, o czym pisze i co naprawdę sugeruje - wyszło jak wyszło (paskudnie), a podejrzewam, że chodziło wyjściowo zapewne mniej więcej o coś jak w finałowym odcinku Zmierzchu o Jacobie zakochanym w niemowlęciu, ach, cudowne, odwieczne przeznaczenie. Było to w latach 2000 jakoś na początku, wątpię, czy dzisiaj fanfiction.net by sobie pozwoliła na taki tekst.

Generalnie chyba motywacja do pisania takich - nie najlepsze słowo - ryzykownych obyczajowo opowiadanek (bo relacje z nieletnimi to jedno, incest też jest zdaje się w sporej ilości fandomów en vogue, o przemocy seksualnej nie wspomnę) to jest, skądinąd, sam w sobie ciekawy temat do dyskusji: nie tylko co "wolno", ale też skąd popularność takich, a nie innych motywów, skąd się taka chęć bierze i o czym świadczy (bo że raczej nie o "łojezu, upadek kultury", to chyba oczywiste). Ale ja się w taki temat jako temat do notki chyba nie wpakuję, za mało wiem o socjologii i za mało takich (=ryzykownych obyczajowo) tekstów czytam...

BTW. A propos Friedman i relacji postaci u niej, napisałam o tym jakieś 10 lat temu esej in English, który ciągle jest na mojej stronie autorki (która, chwilowo, jest w formie quasi-bloga na wordpressie :P). Link obok, w kategorii Omnia mea, jakby kto chciał przeczytać. :)
-
2015/02/11 00:55:42
Ze Slashem jest jeszcze jeden problem, który często nie jest zauważany przez autorki - przekraczanie granic dobrego smaku. Wyobraźmy sobie opowiadanie w którym Potter zaraz po przybyciu do Hogwartu zaczyna romans z Dumbledorem - oczywiście jest to łamanie kanonu i robienie z postaciami nienaturalnych rzeczy, ale zastanówmy się ze przecież Potter w pierwszej klasie miał 11 lat, a Dumbledore był siwym starcem. W tym kontekście "homoromans" staje się niesmaczną pedofilią, opisywaną w dodatku jakby to było coś dobrego i namiętnego. Autorki które same mają po 14-15 lat mogą nie zauważać, że romans pierwszoroczniaka ze starym nauczycielem to coś nie w porządku.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...