Blog > Komentarze do wpisu

Ben Whishaw i obrazki

Bright Star (tytuł polski Jaśniejsza od gwiazd), scen. i reż. Jane Campion, wyst. Abbie Cornish, Ben Whishaw, Carrie Fox, Paul Schneider, 2009 

 

 

 

No więc w zasadzie ten film powinien mi się był podobać. Z wyliczonych poniżej powodów (1).

A dość dramatycznie mnie zirytował i nie, nie podobał mi się prawie wcale. Mimo znakomitej (zna-ko-mi-tej) głównej roli Bena Whishawa, któremu niniejszym oddaję sprawiedliwość, Bright Star Jane Campion nie tyle pozostawila mnie obojętną, co wzbudziła moją szczerą niechęć. I spróbuję zwerbalizować, dlaczego, choć zapewne nie będzie to łatwe (2).


Ad (1). Po pierwsze, inaczej, niż, powiedzmy, Zwierz albo Drakaina, ja się czuję feministką - w tym sensie, że jak mam się nie czuć, skoro jestem samodzielną, zarabiającą na siebie, pracującą w zawodzie, w którym tradycyjnie przeważali mężczyźni (naukowiec) kobietą. Ale, jako że wpis jest nie o feminizmie, tylko o Bright Star, to nie będę się zagłębiać w szczegóły i demonstrować własnych poglądów i sporów z autorytetami (feminizm, ale jaki?) oraz niewiedzy co do detali np. krytyki feministycznej, tylko zauważę pewien fakt: idea, na której oparta jest pierwsza część tego filmu, jest czymś, z czym dobrze jest się w pewnym momencie zmierzyć.

Jest tak: John pisze wiersze, a jego sąsiadka Fanny projektuje i szyje ubrania. I, oczywiście, pierwszy, wytrenowany w nas odruch, mówi nam: "John Tworzy, a Fanny jest płytka i ma obsesję na punkcie mody, głupia gąska". W najlepszym razie: ":John Tworzy, a Fanny ma zwinne ręce". Poezja jest Czymś Wzniosłym; ciuchy - w najlepszym razie zabawą. Ciuchy stawiane na równi z Poezją są zaś swego rodzaju Bluźnierstwem.

Fanny w brzydkiej sukience

Fanny w ciuchu, IMHO upiornie brzydkim

Pominę fakt, że ciuchy, jakie Fanny tworzy w I części tego filmu, mnie wydają się dość upiornie brzydkie, bo to jest kwestia gustu i nie ma nic do rzeczy. Sama idea natomiast - a, to już inna sprawa. Campion (no przecież nie ona pierwsza) nas tu wyzywa i zmusza do zastanowienia: pokazuje nam dwójkę młodych ludzi, w podobnej życiowej sytuacji, którzy mają swoje pasje. On pisze wiersze, które mało kto czyta i docenia; ona szyje sukienki. Tyle że jego zajęcie, oczywiście, należy do męskiego porządku rzeczywistości - nie w sensie, że kobiety nigdy nie piszą poezji (bo w końcu pisały od samego początku poezji jako takiej), ale w sensie tego, że w czasach Keatsa to zajęcie - intelektualne, dowodzące głębi ducha - w zasadzie uchodzi za głównie męskie, jak większość intelektualnej działalności zresztą. Co więcej, o poezji jako zajęciu dla mężczyzn, w którym kobiety (kobietki?) nie powinny przeszkadzać i którego, w sumie, nie są w stanie pojąć, explicite mówi w tym filmie sporo Charles Brown (który jest, skądinąd, na moje oko głównym czarnym charakterem).
Jako takie, zajęcie Johna jest w powszechnym odbiorze uważane za lepsze, wznioślejsze; i tak, wiemy (ja wiem, Keats to jeden z moich ulubionych poetów), te wiersze przetrwają, exegi monumentum zupełnie nie na wodzie, etc., etc. Ale w momencie, kiedy Johna i Fanny poznajemy, każde z nich ma ni to zajęcie, ni to hobby, dokładnie tak samo hobbystycznie. John pisze wiersze (i czasem je wydaje, i miewa parę recenzji). Fanny szyje sukienki (i nosi je na bale i na co dzień).  A to, że w Johnie wielu zobaczy Twórcę, a w Fanny - płytkie dziewczę, to chyba jest głównie kwestia kultury. Trudno mi - a maniakalnie uwielbiam literaturę, w tym poezję - trudno mi znaleźć, tak naprawdę, jak o tym pomyślę, jakąś zasadniczą cechę, która by sprawiała, że szycie i projektowanie sukienek jest gorsze, głupsze, mniej twórcze od pisania wierszy. Owszem, ma większy aspekt praktyczny, wymaga - poza pomysłowością,  wyobraźnią i talentem plastycznym - także umiejętności manualnych i ma konkretne zastosowanie życiowe, ale czy to tak źle? 

No więc ja bym chętnie obejrzała film o tym, że ona szyje i jest twórcą, a on pisze, i jest twórcą (a jeszcze lepiej - na odwrót). I teoretycznie ten film o tym jest, w dużym stopniu, w swojej I połowie. I gra w nim Keatsa, jednego, jak już mówiłam i jeszcze powiem, z moich ulubionych poetów, Ben Whishaw, i robi to wspaniale, nie przesadzając w żadną stronę, i generalnie jest zachwycający. I zdjęcia są ładne, i muzyka, i ciuchy od pewnego momentu też. I mimo to ja po ośmiu minutach filmu już byłam zła. 

 


A teraz spróbuję wyjaśnić, dlaczego. Czyli, przejdę do (2).

Mam wrażenie, że irytują mnie w tym filmie dwie rzeczy. Pierwsza z nich to poetyczność, i o niej za moment. Druga - to pochodna, niejako, punktu (1): bardzo wyraźny podział na świat kobiet i mężczyzn, połączony, dodatkowo, z waloryzacją. 

Oazą Dobra jest Fanny i jej rodzina, w której w zasadzie nie ma miejsca na mężczyzn (ojciec i brat nie odgrywają na ekranie wielkiej roli). Matka jest cierpliwa i kochająca, mała siostrzyczka, która kocha Fanny i pana Keatsa - urocza, sama Fanny - mądra, impulsywna, samodzielna i niezależna. Matka Fanny mówi o plotkach, jakie budzi jej córka, raczej ze współczuciem niż z oburzeniem, a dla Keatsa jest ciepła, życzliwa i ujmująco miła. Służąca Brawne'ów, Abigail, jest dobrą, kochającą, skrzywdzoną dziewczyną, której największą wadą jest naiwność. Fanny z kolei jest nowoczesną dziewczyną, jak te dzisiejsze: jest bezpośrednia, chętnie i emocjonalnie okazuje uczucia, a do ludzi w zasadzie zwraca się po imieniu. Mamy z nią sympatyzować i czuć, że jest jedną z nas.

Po drugiej stronie mamy krąg przyjaciół Keatsa, wśród których trochę wyróżnia się Joseph Severn (trochę, bo te postacie są tylko naszkicowane). Oni na pewno chcą dobrze, ale są, tak naprawdę, pozbawieni uczuć (przy Keatsie nie wahają się komentowac, jak bardzo jest chory), niewrażliwi (także przy nim wymieniają uwago o tym, czy wszystkie rachunki zostały zapłacone, podkreślając jego ubóstwo) i przede wszystkim - nie szanują jego woli. Rozmowa Johna z Fanny przed jego wyjazdem wyraźnie wskazuje na to, że decyzja o wyjeździe do Włoch została podjęta wbrew woli Johna, ale że dobre wychowanie (bo chłopcy już ponieśli wydatki) i presja środowiska (bo chłopcy uznali, że trzeba jechać) są ważniejsze i John opuści ukochaną kobietę, by umrzeć w obcym kraju, bo tak wypada.
Jednak koledzy od zrzutki na wyjazd nie są najgorsi, bo najgorszy jest Charles Brown. Od początku, od pierwszego pojawienia się, widzimy go jako wcielenie wszelkich stereotypowych męskich wad: jest głośny, wulgarny, chamski, ma poczucie wyższości wobec kobiet i dzieci, jest zarozumiały i roztacza wokół siebie ledwie uchwytną aurę - bo ja wiem, przemocy? Siły? Agresywnej seksualności? To ostatnie dojdzie do głosu w motywie uwiedzenia naiwnej Abigail i spłodzenia z nią nieślubnego dziecka, które stanie się dla Browna pretekstem, by nie wyjechać z Keatsem do Włoch. Brown uważa się za poetę, ale nim nie jest - jest co najwyżej marnym cieniem Keatsa, którego próbuje rozdzielić z Fanny i o którego jest dość patologicznie zazdrosny, przy czym przyczyny tej zazdrości Campion pozostawia niedopowiedziane (czy chodzi o to, że Brown chciałby być Wordsworthem dla Keatsa - Coleridge'a, jak się wydaje przez 3/4 filmu, i nie chce w tym światku nikogo innego, czy o jakieś dziwaczne zakochanie, jak by sugerowały jego ostatnie wypowiadane w filmie słowa). 

Jak mnie strasznie, strasznie wkurza ten prostacki podział! Ja wiem, że miała być zmiana perspektywy i spojrzenie z innego punktu widzenia (odejście od schenatu "baba więzi poetę w domu, kobieta i dom odbierają kreatywność"), ale mimo wszystko - jakoś mi to się za łatwe wydaje, za ładne, za bardzo elegancko symetryczne. I do tego John między dwoma światami, John, który chciałby kochać Fanny i żyć w jej kobiecym świecie (patrz: scena, kiedy bawi się z dzieckiem mimo uwag Browna), ale nie może, bo mu konwencje i presja społeczna nie pozwalają.

Druga rzecz, jaka mnie tu irytuje, to poetyczność. Piękne zdjęcia (aż za, momentami) i bohaterowie, mówiący do siebie cytatami z Keatsa, co mnie mometami wydaje się dość dramatycznie pretensjonalne. Poza tym: wątpię, by scenarzystka zrobiła to w pełni świadomie, ale kiedy John i Fanny recytują sobie nawzajem po kawałku La Belle Dame Sans Merci (bez ostatnich dwóch strof), odnosząc ją niejako do swojej sytuacji, Fanny zostaje de facto zrównana z Damą - i ja wiem, że wild eyes, i że sweet moan, i kisses four i full beautiful, a faery's child brzmią pięknie i na pozór wydają się do tej Fanny pasować, ale jak się zna całość tekstu i wie, kim jest Dama, to od utożsamienia jej przed tutejszego Keatsa z ukochaną skóra cierpnie...  

Reasumując - niby wiedziałam, w co się pakuję (na minus), bo Jane Campion nie lubię. Niby wiedziałam (na plus), bo lubię Keatsa, i filmy kostiumowe, i Bena Whishawa. I niby nie miałam problemu z główną ideą, bo - patrz wyżej. Nie podobało mi się, przykro mi. Ale nie żałuję godziny i pięćdziesięciu dziewięciu minut, bo, jednak, Ben Whishaw i obrazki. 

piątek, 01 czerwca 2012, ninedin

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2012/06/01 12:03:56
Zastanawiam się właśnie, czy ja kiedykolwiek zwerbalizowałam swoje odczucia po tym filmie (gdzieś w zakamarkach pamięci plącze mi się dyskusja z Fabulitas, która ten film strasznie lubi), który mnie strasznie, strasznie wynudziłam i ogólnie rzecz biorąc nie byłam w stanie pojąć motywu jego nakręcenia. Poza tym Fanny, o rany, jaka ona była okropna! W ramach odtrutki polecam "Opowieść detektywa" z "Hyperiona" Dana Simmonsa.
-
2012/06/01 12:17:00
@ meritum
No ja właśnie nie wiem, ten film się mi powinien był podobać. Miał, w zasadzie wszystko, nie miał - nie wiem czego, i nie zadziałało. Śmieszne - to jest tak jak z Firefly, że się wręcz momentami zastanawiam się, czego nie załapałam, że nie trafiło, bo wszystko wskazywało na to, że musi trafić. Pewnie kiedyś obejrzę (jedno i drugie :)) jeszcze raz, żeby zobaczyć, czy za drugim razem działa inaczej...

"Hyperiona' lubię w ogóle, a Opowieść Detektywa szczególnie :)
Also, mam o tym notkę!
-
2012/06/01 12:19:15
Pójdź w me ramiona! Dokładnie takie były moje odczucia po tym filmie. Plus koszmarne zgrzytanie zębami na widok wizji poety który wychodzi do ogrodu a wraca z Odą do Słowika (zwierz wielkim poetą nie jest, do Keatsa się nie porównuje ale taka koszmarna wiara w siłę natchnienia go koszmarnie denerwuje), druga sprawa to fakt, że największą moc ma a jakże recytacja wiersza Keatsa do napisów końcowych. To jedyny moment w tym filmie kiedy się coś czuje. A twoje feministyczne uwagi zgadzają sie z moimi odczuciami więc może zmienię tytuł pamietnego posta :P
-
2012/06/02 13:05:23
Jestem, w sumie, trochę zaskoczona - film miał bardzo pozytywne recenzje, od strony roboty niewiele da mu się zarzucić, spodziewałam się raczej, że będę tu "minority report" - a tu proszę. I owszem, recytacja na końcu piękna, tu siuę zgadzam, generalnie do odtwórcy roli Keatsa nic nie mam :)
-
2012/06/13 23:14:49
Oglądałam ten film już dość dawno temu i miałam podobny problem - powinien zachwycać, więc dlaczego nie zachwyca? Chociaż się podobać - ale to też nie bardzo. Nie wiedziałam, gdzie tkwi problem, ale mogę się zgodzić ze wszystkimi Twoimi uwagami, więc chyba właśnie o to chodzi. Miejscami za prosto (te uproszczenia, te kontrasty), miejscami tak ozdobnie, że aż niestrawnie. Szkoda, mogło być pięknie.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...