Blog > Komentarze do wpisu

Tropic Thunder. Wpis obok filmu.

Tropic Thunder - cast

 

Mały wpisik, taka notatka bardziej [EDIT: PLAN BYŁ NA MAŁY WPISIK...], obok filmu, który mnie totalnie zaskoczył. Mianowicie, przeczytana ostatnio chyba na blogu Zwierza informacja o Oscarowej nominacji dla Roberta Downeya Jr. za film Tropic Thunder zmusiła mnie natychmiast do obejrzenia tegoż filmu. I nie, nie chodziło o RDJ. Ani w ogóle o obsadę. Ani o nic innego, związanego z samym filmem.

Chodziło o to, że za diabła nie byłam sobie w stanie wyobrazić nominacji do Oscara (nagrody serioznej, nadawanej przez instytucję siebie samą z zadęciem traktującą, i mocno konserwatywnej) za coś, co się nazywało, w mojej pamięci utrwalonej przez plakaty, Jaja w tropikach. Jaja. W. Tropikach.

No więc, po pierwsze. Padłam ofiarą polskich tłumaczy filmowych. A tak się staram przed nimi bronić.

Tutaj - no cóż, zagapiłam się. Dałam się nabrać jak głupia i olałam film, bo mnie denny polski tytuł - który natychmiast skojarzyłam z kolejnym dziełem o pierdzących bałwanach albo o nawalonych i napalonych licealistach na wakacjach - tak odrzucił, że nie chciałam więcej nic o tym filmie wiedzieć. Do tego reżyser-scenarzysta-producent-gwiazda Ben Stiller, zakodowany wówczas w mojej głowie jako "facet od wyjątkowo głupich komedii". No nie. Jakbym była mniej na "nie", to bym przeczytała listę obsadową i streszczenie - i pognała do kina, bo filmy o robieniu filmów uwielbiam. Dzięki, polscy tłumacze tytułów, Jaja w tropikach to był istny masterpiece. Albo master-piss, raczej.   

A film podobał mi się bardzo, nie tylko dlatego, że przecieranie oczu i zauważanie: "O, Tobey McGuire!", "O, Jennifer Love Hewitt!", "O - Tom Cruise... CO?? Tom Cruise??" jest akurat w tym filmie wyjątkowo satysfakcjonujące. Także dlatego, że jest złośliwy i w swojej złośliwości inteligentny.

 


I to jest drugi temat mojej notki. Czytając dzisiaj o filmie, trafiłam, rzecz jasna, na temat pewnych (dość chyba letnich w sumie) kontrowersji, jakie wzbudził. Kontrowersje były dwojakie: obrażanie osób z niepełnosprawnością intelektualną oraz blackface: biały aktor w roli ciemnoskórego żołnierza. I tu mam problem.

Problem mam taki, że ja osobiście, tak w ogóle, uważam, że wolność obrażania kogoś jest drugorzędna w stosunku do wolności niebycia obrażanym [czy to jeszcze jest po polsku?]. Nie boję się dyktatury polipoprawności, którą mnie co jakiś czas straszy TV, internet i znajomi, bo uważam, że bez "Cyganichy", "pedała" czy "downa" polszczyzna nie zbiednieje, język nie umrze - a niektórym może będzie na świecie trochę lepiej. Generalnie - naiwnie wolałabym, żeby ludzie trochę mniej energii poświęcali na podkreślanie, o ileż to oni sami są lepsi od bliźniego swego [wiem, natura ludzka, sama mam dokładnie tak samo, mimo prób kontrolowania].
No tak - tyle że mam właśnie z tym problem przy okazji protestów związanych z tym konkretnym filmem. Bo - na moje oko - nie widzę tu nic złego i nic, co by zasługiwało na protesty; wręcz przeciwnie. 

Jakbym miała powiedzieć jednym słowem, o czym jest ten film, to powiedziałabym, że przede wszystkim jest o trzech histerycznie egocentrycznych pacanach (Downey jako Przeżywający Aktor Intelektualista, Stiller jako gasnący gwiazdor kina akcji i Jack Black jako komik od skatologicznych kawałów). Pacany - zadufane w sobie, a jednocześnie kompletnie niepewne siebie, zakompleksione i nadęte - żyją tym, że są gwiazdami i mają rozrośnięte do granic niemożliwości ego, które wymaga stałego karmienia. A pacańskie ego da się nakarmić tylko jedną z dwóch rzeczy: docenieniem przez krytykę albo docenieniem przez fanów. Najlepiej - jednym i drugim naraz, bo brak docenienia przez krytykę (Speedman Stillera, Portnoy Blacka) boli, oj, boli. 

Połączenie tych dwóch udaje się ulubieńcowi Akademiii, pięciokrotnemu zdobywcy jej Nagrody, Kirkowi Lazarusowi, aktorowi-intelektualiście. Facetowi, innymi słowy, który żyje rolami i zrobi dla nich wszystko i który jest tak absolutnie pewien, że nadaje się do każdej, że nie zna granic i sam ich sobie nie wyznacza: przecież jego geniusz jest nieskończony i co z tego, że on sam jest białym Australijczykiem, i tak będzie lepszym czarnym amerykańskim sierżantem niż dowolny czarny sierżant z USA.  Ja wiem, że wtedy nikt poza Heathem Ledgerem nie mógł tego Oscara dostać, ale Downey Jr. skądinąd całkowicie na niego zasłużył. To, jak on tutaj gra zadufanego w sobie, kompletnie nie zwracającego uwagi na innych bufona, białego w chirurgicznie wyprodukowanej wersji blackface, który poucza młodego rapera o wartościach afroamerykańskiej kultury, do której rzeczony raper należy, a on sam - nie, jak z pełną bezczelnością i kompletnym brakiem poczucia wstydu odgrywa przed gangiem gdzieś z Birmy czy Laosu stereotypowego uniżonego Chińczyka (!) z filmów o yellow peril, jak kompletnie nie widzi nic dziwnego w tym, że dostał rolę Afroamerykanina i gra ją w przebraniu, ogrywając najbardziej charakterystyczne konwencje  języka, stylistyki i zachowania a la wierny czarny sierżant, jak na tym wszystkim stara się budować sobie szóstego Oscara i nie rozumie, ba, nie zauważa, o co ktoś mógłby mieć pretensje - to jest mistrzostwo kpiny, mistrzostwo ironii, kierowanej  wobec hollywoodzkich gwiazd zafascynowanych metodą Stanisławskiego, i wobec ciągle dość mainstreamowej hollywoodzkiej idei, że biały aktor jest z założenia lepszy we wszystkim. To jest, jeśli cokolwiek, anty-rasistowska kpina z Hollywoodu jego gwiazd, a nie powielanie stereotypu.    

Drugi problem to jest oczywiście kwestia Prostego Jacka: filmu, który miał z gwiazdora akcji Tugga Speedmana zrobić ulubieńca krytyki, a w którym Speedman gra (dość katastrofalnie, zdaniem krytyków) osobę, którą on sam i jego koledzy określają kompletnie bez zastanowienia mianem retard. To, oczywiście, znowu jest kpina, tym razem z popularnej idei, że zagranie osoby z niepełnosprawnością intelektualną gwarantuje Oscara (patrz: wymienieni explicite Dustin Hoffman i Tom Hanks) - ale też z hipokryzji nie tylko filmowego środowiska. Bo wszystko OK, można w wywaidach mówić, że się rozumie i szanuje, ale zdaniem bohaterów tego filmu, taką rolę bierze się cynicznie TYLKO po to, żeby dostać Oscara, i trzeba zagrać ją tak, żeby postać miała jednak pewne cechy biednego, szlachetnego dzikusa lub nieszczęsnego geniusza, bo wtedy i tylko wtedy krytycy się wzruszą i wpadnie wymarzona nominacja, a po niej nagroda. Brutalnie i nieodparcie śmiesznie pokazuje to scena, kiedy Kirk Lazarus tłumaczy Speedmanowi, co nie zadziałało:

 



 

Bardziej więc chyba panowie scenarzyści kpią tu sobie z pewnych hollywoodzkich mitów i konwencji niż okazują się niewrażliwi i bezduszni.

Podsumowując, zacytuję: Downey may be fearless, but he’s also shrewd enough to know the difference between being racist and telling a joke about racism. Generalnie i uogólniając także na drugi problem, reszcie ludzkości też by się przydało.  Przynajmniej w tym przypadku.

sobota, 02 czerwca 2012, ninedin

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2012/06/02 13:21:27
Wiesz, mam wrażenie, że jest już pewien terror poprawności politycznej, któremu Stiller na szczęście się nie poddaje (zresztą ten cytat z Esquire, mimo że o RDJu, można też zastosować do niego). Właściwie, jeślibym kiedyś pisała o Tropic Thunder (nie zamierzam), to pewnie skoncentrowałabym się na Stillerze.Jest to aktor, który dał się wkopać w szufladkę, ale zamiast nogami i rękami się próbować z niej wydostać, usiłuje ją zmienić od wewnątrz. A poza tym realizuje się jako reżyser, producent i scenarzysta, co mało kto zauważa. Polecam zdecydowanie Megaminda.
-
2012/06/02 13:33:24
Masz rację. Ja zaczynam powoli sama zapominać o idei, którą dałam sobie wmówić, a wmówili mi to polscy, głównie - krytycy: że komicy, zwłaszcza ci od "niskiej" komedii, takiej z żartami sytuacyjnymi i często niewyrafinowanym humorem, nie są naprawdę aktorami. I Ben Stiller, tak naprawdę, to jest jeden z przykładów, który mnie przekonał, ze dałam się nabrać i nie ma w takiej opinii racji.
-
2012/06/02 14:22:54
Stiller to w ogóle przypadek ciekawy - po pierwsze ofiara polskich tłumaczy ( jego debiut Reality Bites był w Polsce wyświetlany jako Orbitowanie bez cukru. Serio!), niezły reżyser, całkiem niezły aktor dramatyczny (przynajmniej u Wesa Andersona), który radośnie ukrywa się w złych komediach. Co do Tropic Thunder - zwierz lubi ten film za to że jest tak bezlitosny wobec aktorów. MOja ukochana scena z tego filmu to rozmowa dwóch aktrów którzy kompletnie się w swoich rolach pogubili i tekst roku " i'm a dude pretending to be a dude disguised as another dude". No nie mówcie, że to nie jest najlepsza definicja aktorstwa ever :) ( cieszę się że zwierz był inspiracją)
-
2012/06/02 19:49:27
parę dobrym pomysłów, ale w gruncie rzeczy większość żartów to straszne suchary. Moim zdaniem film do obejrzenia przez pierwsze 5 minut.
-
2012/06/03 20:13:02
Mnie akurat te wewnątrzfilmowe żarty w nim zdecydowanie bawiły (i dość zasłoniły resztę).
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...