Blog > Komentarze do wpisu

ST: VGer Phone Home

Star Trek I (Star Trek: The Motion Picture), reż. Robert Wise, scen. Harold Livingston wg pomysłu Alana Deana Fostera, wyst. ekipa TOS oraz parę innych, niespecjalnie aktorsko pamiętnych osób, 1979.


 Źródło: wikipedia

 

Wyzłośliwiałam się niedawno na ulubionych perwersjach innych, może pora przyznać się do mojej własnej. To przyznanie się będzie, niestety, mieć formę mini-cyklu blogowego, w którym zrecenzuję swój ukochany cykl filmów (powiedzmy) SF. I nie, nie Star Warsy, filmowo Star Warsy są jednak lepsze; a w przypadku cyklu filmów kontynuujących Star Trek: TOS na pierwszy rzut oka wydaje się, że w zasadzie można je kochać, proszę bardzo, ale raczej nie bardzo jest za co cenić.

No i właśnie po to je oglądam po raz kolejny: żeby to przekonanie (swoje własne, żeby nie było, nie tłukę się z wymyślonym naprędce chochołem) zweryfikować.

Wtedy (czyli przy pierwszym, drugim i piętnastym oglądaniu, jakoś w latach późnych 90, na pewno z kasety wideo) wydawało mi się, że ten film jest staroświecki, posągowy, za długi, zbyt statyczny i tak sobie zagrany. Że ma znakomity pomysł wyjściowo-dojściowy, z pytaniem o poszukiwanie Stwórcy, który okazuje się stwórcą: pomysł zakorzeniony w SF, dający teoretycznie ciekawe wyjście zarówno do przygodowej akcji, jak i do dysputy filozoficznej w stylu Lema czy popisu tragicznej ironii (poszukiwanie, które grozi unicestwieniem obiektu poszukiwań). Miałam też poczucie, że bez Ilii i jej niechętnego ukochanego ta historia byłaby fajniejsza i że najlepsze, jak zwykle, są scenki z załogą. I że nie, William Shatner nie umie grać, ale i tak jest boski. 

To jeszcze dosłownie dwa słowa o tle: wychowałam się na TNG, ale zakochałam dopiero w TOS (nie pytajcie mnie, dlaczego - na pewno po obejrzeniu The Search for Spock), TOS i filmy z cyklu znam dość dobrze, ale nie jestem ortodoksyjną trekkie ani jakąś szaloną fanką. That said, mam na półce z książkami autobiografie Shatnera (2), Nimoya (2) i Nichelle Nichols. I The Physics of Star Trek, ale to z nieco innych powodów. I ileś tam captain's logów Alana Deana Fostera. Ergo, raczej nie będę znać superszczegółów i ekscytować się faktem, że Red Shirta nr 8 gra ten sam człowiek, który sześć odcinków temu zginął jako Red Shirt nr 23, ale nie jestem też typowym widzem z przypadku: po fanowsku, znacznie więcej wybaczam.  

Dobra: kupiłam na DVD ST: TMP w wersji reżyserskiej (czy ja już mówiłam, jak nie znoszę tworzenia kolejnych, poprawionych wersji filmów?) i zabrałam się do oglądania, bogatsza o wiele lat doświadczeń i nieco bardziej wyrozumiała niż w '97).

Teraz podtrzymuję swoje przekonanie o hieratyczności i posągowości. Jak na rok 1979, ten film jest też ostentacyjnie staroświecki i ciężko uwierzyć, że powstał dłuższą chwilę po Nowej nadziei i tuż przed Imperium kontratakuje. Oczywiście, część z tego robią kostiumy i scenografia, mocno osadzone w realiach wymyślonych na początku lat 60. - ale przecież nie wszystko: za dłuuuuuuuuuuuuuuugie ujęcia baletu statków kosmicznych w przestrzeni odpowiada przede wszystkim reżyser.

Robert Wise to było wtedy nazwisko z mocnej pierwszej ligi, dwukrotny laureat Oscara - no ale. No ale, te Oscary były za Sound of Music i West Side Story. Przy czym, to nie tak, że Wise nie kręcił fantastyki - owszem, miał w swoim dorobku filmy fantastyczne, w tym przynajmniej jeden dla gatunku bardzo ważny. W 1951 roku. I w tym Star Treku to bardzo zdecydowanie widać. 

Fabularnie - cóż, ma ten film motywy i rozwiązania niekoniecznie udane. Ma pomysły i sceny świetne. No i ma fanserwis.

To może ja po kolei o wszystkim po trochu.

Dzisiaj ten film pewnie byłby trochę inny - i nie mówię tu o obrazkach i efektach. Pewnie nieco inaczej wyglądałaby np. bardzo fajnie naszkicowana, ale nie do końca wygrana kwestia skomplikowanych relacji między Kirkiem a jego byłym protegowanym, komandorem Deckerem. JTK polecił go na stanowisko, a następnie odebrał dowództwo Enterprise, bo - no właśnie, bo. Bo oficjalnie tak było lepiej Dla Dobra Ludzkości, choć i sam Kirk, i jego załoga, i Decker nie mają wątpliwości, że stały też za tym ambicje i tęsknota za dawną pracą (przecież wiemy, że Jim nie nadaje się za biurko!). Dziś pewnie Decker pozwoliłby sobie na więcej niż foch i ironiczne "I don't think you're sorry, Admiral" - a i Kirk pewnie reagowałby inaczej (znaczy, reagował w ogóle): albo miałby wyrzuty sumienia, albo zachowywał się w skrajnie pragmatyczny sposób ("jestem lepszy, załoga mi bardziej ufa, większe szanse na sukces, spadaj, młody").  

Inna dzisiaj byłaby, mam nadzieję, główna bohaterka (no nie "mam nadzieję", w sumie, patrz Uhura w nowym filmie). Po pierwsze, Persis Khambatta była, niestety, dość fatalną aktorką - którą, na dodatek, fatalnie ubrano i (powiedzmy) uczesano (na łyso); po drugie, póki Ilia żyje, rany boskie, co to jest za beznadziejna postać z beznadziejną backstory! Wow, egzotyczna kosmitka z rasy supernamiętnych i seksualnie hiperrozwiniętych istot, które są tak ekstra sexy, że muszą składać śluby czystości przed wstąpieniem do Floty! Która, jednakowoż, niezbyt szczęśliwie zakochała się w Ziemianinie, a teraz musi z nim pracować! Nie wierzę, że da się mniej oryginalnie - i czy mnie pamięć myli, czy twórcy ST powtórzyli potem scenariusz Ilii i Deckera, po niewielkiej kosmetyce, jako backstory Deanny Troi i Williama Rikera? Potem się robi ciekawiej - Ilia ginie, zamiast niej pojawia się jej plastikowa wersja, kopia-agentka wroga, która jednak, gdzieś głęboko, jest ciągle człowiekiem. Przydałaby się lepsza aktorka, żeby to zagrać, bo teoretycznie w koncepcji tej postaci siedziała szansa na Oscarową kreację, a wyszło - no, jak wyszło, bardziej zadeklarowane, niż zagrane. I proszę, pozwólcie mi zapomnieć o romansowych dialogach Deckera i Ilii z początku filmu. To już Anakin i Padme w Ataku klonów rozmawiają ze sobą bardziej naturalnie, przysięgam.

Wiele się tu, wbrew pozorom, nie dzieje, w sensie fabularnym: sceny dramatyczne, jak próba zniszczenia asteroidu na plus minus początku, są średnio powiązane z akcją. Sam motyw z V'Gerem-Voyagerem i jego poszukiwaniem S/stwórcy jest ciekawy i fajnie pomyślany, nawet jeżeli leciutko pretensjonalny; widać stałą chyba u Roddenberry'ego pasję dla tematyki okołoreligijnej (całkiem nieźle tu rozegraną). Element zagadki - ja się w kwestii V'Gera/Voyagera nie zorientowałam przy pierwszym oglądaniu, dałam się zaskoczyć - też na plus. Szkoda mi paru wątków, zasygnalizowanych, a mało rozwiniętych, jak więź między Spockiem a V'Gerem i fakt ewentualnej nielojalności tego pierwszego, z tym związanej. No i V'Ger is a child, najlepsza linijka w tym filmie i chyba najlepszy koncept. Paradoksalnie: gdyby to nie było o Jimie Kirku et consortes, gdyby nie to, że w centrum musi być Nasz Kapitan i Jego Ludzie, byłaby szansa na samodzielny, wybitny w swoim gatunku film o granicach obcości, fenomenie wiary i o (V'Gerowych) zabawach z bronią, taka Gra Endera z wyewoluowaną sztuczną inteligencją w roli tytułowej; potężny Obcy/sztuczna inteligencja jako smutne dziecko, cóż to byłby za temat! No tyle, że, jak powiedziałam, jest to paradoks, a i gdybanie - bo w obecnej postaci to relacje między postaciami i fanserwis bronią się w tym filmie najlepiej.

No a fanserwis to jest - no, fanserwis. Odpuściłam oglądanie tego konkretnego ST z Drakainą, choć planuję wspólnie z nią obejrzeć Khana - bo jako osobę nie będącą Trekkie, a zarazem z lekka niecierpliwą - momentami szlag najjaśniejszy by ją trafiał (patrz: scena z Kirkiem i Scottym na pokładzie promu, oglądającymi - dłuuuuugo - wyłaniający się przed nimi, zadokowany USS Enterprise).
Najfajniejszym fanserwisem jest, oczywiście, stopniowe pojawianie się ulubionych postaci: kapitan Kirk na pokładzie promu, po nim Enterprise, a na pokładzie Scotty plus reszta towarzystwa, po dłuższej chwili - McCoy, zapowiedziany w sposób oczywisty dla fanów, i w końcu - Spock, którego widzieliśmy wcześniej w migawce-przebitce typu meanwhile on Vulcan. Przez swoje późne wejście to on tu wyrasta na główną gwiazdę - a scenarzyści, na dodatek, postarali się wyjaśnić, dlaczego, do diabła, Spock znowu zachowuje się, jakby kompletnie nie znał i nie rozumiał ludzi, dzięki czemu jego integracja z resztą załogi (czytaj: z Bonesem i Jimem) i fakt, że musi się wykazać nie tylko intelektualnym rozumieniem, ale i empatią wobec Obcego, staje się równorzędnym z konfrontacją z V'Gerem wątkiem. Fanserwisem jest też oczywiście typowe trekowe technobabble w kosmicznych ilościach - ja to kocham, kogoś jak np. moją siostrę może doprowadzać to do szału. 

Ten film, wygląda na to, miał być dla fanów i dla niefanów, a w efekcie jest troszkę jakby dla nikogo do końca. Wytwórnia nie była zadowolona, skalę i koszty dalszych filmów zmniejszono - po czym Nicholas Meyer zrobił, jako następny, chyba najlepszy film w serii. O którym innym, innym, innym razem.     

sobota, 08 września 2012, ninedin
Tagi: star trek

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2012/09/09 00:09:15
Właściwie jedyna rzecz, która wzbudziła we mnie natychmiastową chęć polemiki, to stwierdzenie, że będzie to NIESTETY minicykl ;) Oczywiście, lepszy byłby maksicykl, ale mini też cieszy ;)
Hieratyczny to jest naprawdę fantastyczne określenie tego filmu, chociaż druga połowa się zdecydowanie rozkręca i ja się dałam wciągnąć. Rozwiązanie, z V'Gerem, było dla mnie już zupełnie satysfakcjonujące. Ale zgadzam się też, że zwłaszcza, jeśli się pomyśli, że meanwhile on Earth people were making Star Wars, wszystkie właściwie postacie oprócz głównych wydają się trochę niezborne, czy niedorobione jakieś takie, niedopisane, niedograne, niedomyślane. A dialogi... Maklakiewicz tylko by pokiwał głową. Zupełnie niepotrzebnie w ogóle wymyślili tego Dekkera, bo niby Kirk pokazuje, że jest lepszym kapitanem, jak zawsze, i to jest niby fajne, ale też, po pierwsze, trochę niby właśnie, a po drugie, doskonale zbędne. No a z jakiejś piątej strony, przecież to jest taki fajny film :)!
-
2012/09/09 00:11:35
No właśnie! Człowiek ma milion uwag, Deckera by wywalił (więcej Bonesa, mniej Deckera!), mnóstwo rzeczy niby byłóby do poprawki, a i tak się ten film kocha.
-
2012/09/09 08:40:48
A mnie się go ciężko ogląda, ale ja zaczynałam od Khana i Search for Spock, więc to zrozumiałe. Ale wkurza mnie też sposób konstruowania pewnych ujęć, jakby chciano podrobić Kubricka, a nie wyszło.
-
2012/09/09 12:54:34
No bo on w ogóle jest, tak naprawdę, męczący, wizualnie - i strasznie staroświecki; i możesz mieć rację z tm podrabianiem Kubricka, w końcu tu też teoretycznie mamy problem filozoficzny w centrum (teoretycznie, bo praktycznie mamy Kirka i Spocka :P)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...