Blog > Komentarze do wpisu

Studium Studium

Neil Gaiman, Study in Emerald, osiągalne w tomie Fragile Things oraz, na szczęście, tutaj.

 

spoilery. serio serio, kto nie czytał opowiadania, niech nawet nie zagląda

 

http://crieffandcrowley.tumblr.com/

 

Ja już się kiedyś tym tekstem zachwycałam, wtedy krótko. A dzisiaj, co mi tam, idę na całość. Będzie, ostrzegam, długo, naukowo, filologicznie nie aż tak naukowo i filologicznie, jak się obawiałam, i analitycznie. I ze spojlerami. 

Sam Neil Gaiman, pisząc we wstępie do tomu Fragile Things o Studium w szmaragdzie, zaznaczył, że pomysł był paradoksalny. Jak połączyć Conan Doyle'a (dalej będzie ACD) z Lovecraftem (dalej będzie HPL), racjonalną logikę i rozum z grozą z przedwiecznych otchłani poza czasem? Miał, drań, rację - z mnóstwa osób, które próbowały to robić, tylko jemu jednemu udało się napisać arcydzieło.

Kluczem do sukcesu był tu chyba fakt, że Gaiman znalazł sposób na pożenienie ze sobą dwóch sprzecznych, tak naprawdę, źródeł. Zrobił to, nie tyle racjonalizując, co oswajając świat, znany z tekstów HPL: uczynił z niego część ludzkiej przeszłości, co codziennego. De facto, Gaiman, na pozór przynajmniej, odwraca znaki - to, co u HPL niejasne i okryte mrokiem przedwiecznych tajemnic, tu jest jasne i oczywiste. Wielcy Przedwieczni nie czają się na nieznanych kontynentach, w prastarych inskrypcjach i w na wpół zapomnianych inkantacjach obłąkanych kultystów; wręcz przeciwnie, są na co dzień obecni w życiu ludzkości, jako jej władcy i przewodnicy. Ale z drugiej strony - to nie jest takie proste, bo nie mamy tu tylko do czynienia z prostym odwróceniem. Ta familiarność z Wielkimi Przedwiecznymi jest przecież tylko pozorna - ludzie o nich mówią, żyją pod ich władzą, ale czy ich znają, tak naprawdę? Ci zwykli ludzie, znaczy się, poddani; nie tacy, jak małżonek królowej, książę Albert; nasz narrator widzi po raz pierwszy kogoś z klasy rządzącej podczas śledztwa, ba, przecież nawet sławny consulting detective z Baker Street nigdy wcześniej chyba nie widział na oczy królowej.... a książę-ofiara zabójstwa został zwabiony obietnicą spotkania z niewinną dziewczyną, którą sam jego widok miał doprowadzić do obłędu.
Wspominam o tym nie bez powodu - bo ta pozorność normalnych relacji między ludźmi a Przedwiecznymi znakomicie pasuje do jednego z głównych tricków, jakie Neil Gaiman nam tutaj funduje, a mianowicie: do subtelnego i cholernie inteligentnego sugerowania czytelnikowi, że pan detektyw i jego przyjaciel stoją - będąc po stronie establishmentu - po Ciemnej Stronie Mocy. I że, summa summarum, to z perspektywy Ciemnej Strony jest ta historia opowiedziana.

Co mam na myśli? Gaiman bardzo zmyślnie nas w tym opowiadaniu nabiera i wodzi za nos. Początkowo wszystko wskazuje, że mamy do czynienia ze spisaną przez eks-wojskowego, pamiętnikarza, historią sprawy wielkiego detektywa, że to John Watson pisze o Sherlocku Holmesie. Gaiman buduje w nas to przekonanie na kilku poziomach: na poziomie fabuły, pokazując relację między biografem a jego bohaterem i opowiadając początek sprawy morderstwa, aż po użycie słowa Rache; na poziomie skojarzeń, kiedy opisuje przyjaźń między bohaterami i ich natury, charaktery i podejście do życia; ba, nawet na poziomie czysto typograficznym, z układem strony nawiązującym do publikacji opowiadań ACD w czasopismach, łącznie z obowiązkowymi reklamami. To wszystko razem buduje w nas poczucie, że czytamy dziwną wersję przygód Holmesa w dziwnym świecie.
No tylko, że nie. Dosyć od początku Gaiman sugeruje, że jednak coś jest nie tak: wężowe ruchy głowy detektywa, potem nazwisko aktora z ruchu oporu, Sherry Vernet, potem informacja o pismach naukowych detektywa, drugie nazwisko aktora, Sigerson, a potem, w końcu, informacja o tym, że eks-lekarzem wojskowym i towarzyszem aktora jest niejaki James, może John, Watson. Nie zapomnę do końca życia, jak fantastycznie zaskoczona się poczułam, kiedy zaczęło do mnie powoli docierać, że to nie Holmes i Watson pomagają królowej Wiktorii Glorianie z nieznanego Kadath czy też skądkolwiek indziej ją diabli na ziemię przynieśli. 

Ale jak się czyta kolejny raz, i uważnie, widać, że sugestii jest więcej, niż tylko te, które wynikają z odwołań do Studium w szkarłacie. I tu wracamy do typografii, i do kwestii reklam.
Kogo i co my w nich mamy? Cudowny tonik doktora Frankensteina, proszek innego lekarza, Jekylla tym razem, usługi profesjonalnego ekssangwinatora V. Tepesa i buciki od Spriong-Heeled Jacka do nabycia. Treść i reklamowane przedmioty mocno w duchu epoki, zabawa dla czytelnika, rozpoznającego skojarzenia, przednia, ale jest w tym też chyba coś więcej. No bo popatrzmy: doktor Jekyll, Victor Frankenstein, Drakula, Skaczący Jack - najczarniejsze charaktery wiktoriańskiej popkultury nie muszą się chować w półświatku; wiktoriańskie wcielenia zła wypełzły na światło dzienne i zajęły się biznesem, propagując przy tym swoje wynalazki. Moriarty z Moranem konsultują - tylko co, i z kim? - na Baker Street. Czy tym światem może rządzić kto inny, niż Ciemna Strona Mocy?
No i to jest niby oczywiste: lektura HPL uczy człowieka, że Wielcy Przedwieczni to nic dobrego; ale Gaiman, drań, wie, jak nas nabrać. Przecież po ich stronie jest Sherlock Holmes, jak mogą być źli?, mówi nam subtelnie i z perfidnym uśmiechem, a my wierzymy - tym dłużej, im mniej znamy kanon i w związku z tym im wolniej łapiemy aluzje, sugestie i podpowiedzi... Ale, oczywiście, te dwa stwierdzenia pozostają w mocy. Wielcy Przedwieczni są źli. A Sherlock Holmes i John Watson nigdy by nie stanęli po stronie zła. I - nie stoją.

Czym jest więc zło, na czym polega? Mniej chyba, jak się zdaje, na ekscesach drani takich, jak zabity niemiecki książę; bardziej na tym, co pięknie widać w sztuce, granej przez trupę pana Verneta. Oni przyszli i odebrali ludzkości wolność, szansę własnego rozwoju, samodzielność; zrobili z nas swoją własność: niewolników, bydło, stado ubezwłasnowolnionych, pozbawionych szans na jakiekolwiek samodzielne decyzje, dzieci. A Gaimanowy Holmes, zupełnie jak Gully Foyle, bardzo, bardzo nie lubi takiej idei.     

Gaiman postacie rysuje, jak zawsze, starannie i niejednoznacznie. Moran budzi autentyczną sympatię i współczucie, Moriarty - podziw dla intelektu i dedukcji; Gaiman wyraźnie idzie tu za tropem przez ACD sugerowanym: podobieństwem między Holmesem a jego nemezis. Język jest stylizowany na oryginał, z zapożyczeniami całych momentami zdań - co nie zmienia faktu, że kiedy Gaiman przechodzi do opisów Wielkich Przedwiecznych, mistrzowsko posługuje się klasyczną Lovecraftowską stylistyką. It is the immensity, I believe.The hugeness of things below. The darkness of dreams, pisze Gaiman. Pisze obok I shall not forget the mirrored surface of the underground lake, nor the thing that emerged from the lake, its eyes opening and closing, and the singing whispers that accompanied it as it rose, wreathing their way about it like the buzzing of flies bigger than worlds. Dałabym się posiekać za to, żeby kiedykolwiek móc napisać takie zdanie, takie własne naśladownictwo cudzego stylu, nie popadające w parodię, ale pastiszowe w sposób błyskotliwy...

OK, z siedmiostronicowego, napisanego dzisiaj w porywie szaleństwa artykułu naukowego in English (tylko kto mi to opublikuje?) zrobiłam pojedynczy (!) wpis. Zachwyt wyraziłam. Analizę zrobiłam. Mogę iść spać, i mam nadzieję, że tym razem nie będzie mi się śniło, tak jak wczoraj, polowanie na pułkownika Morana (okazującego się wilkołakiem...) w towarzystwie dwóch szacownych kolegów profesorów z IFK oraz Drakainy przemienionej w kelpie...

poniedziałek, 26 listopada 2012, ninedin

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2012/11/26 17:37:17
Ja pamiętam, jak mnie zakończenie tego crossoverowego fanfika zaskoczyło. Niesamowity tekst.
-
2012/11/26 18:08:56
Fantastyczne opowiadanie, rzeczywiście. We wszystkich tego słowa znaczeniach...

Do tej pory pamiętam to powolne odkrywanie, że coś się nie zgadza. Właśnie te drobne ślady, pojmowane bardziej nawet intuicyjnie niż intelektualnie (bo wielką znajomością kanonu nie mogę się poszczycić) i przekonanie, że to tak nie może być, i szukanie innych rozwiązań, i satysfakcja, kiedy się okazało, że miałam rację. Przy kolejnych lekturach jednak aż tyle przyjemności nie miałam.

Z drugiej strony to jest ciągle moje drugie ulubione opowiadanie Gaimana w uniwersum Lovecrafta. "Kufelek Starego Shogotta" zawsze wygra, nawet jeśli nie ma w nim Holmesa. :)

Świetny wpis, czyta się z wielką przyjemnością. Mm nadzieję, że cały artykuł też Ci gdzieś przyjmą i że będzie to takie gdzieś, które będę mogła przeczytać... :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...