Blog > Komentarze do wpisu

Kobiety, korona, koniec, król teraz i na zawsze

The Adventures of Merlin (Przygody Merlina), created by Julian Jones, Jake Michie, Johnny Capps, Julian Murphy, BBC 1, sezon V, 2012

 

ale serio:

 

 

Spoilers!

 

(oraz sporo bardzo osobistych opinii;
oraz, nie do końca shipping, no ale)

 

... czyli, parafrazując ledwie zapamiętaną bajkę z dzieciństwa, historyjka, która głupio się zaczyna, a znakomicie kończy.

Nie oszukujmy się - czy komuś podobał się głupi alien w pierwszym odcinku? I nie mówię tylko o fakcie, że Diamair wygląda jak zaginionu kuzynku Asgardów, a raczej o tym, że fabularnie jest... no, powiedzmy, mało wykorzystanu. W ogóle fabularnie i konstrukcyjnie dwa pierwsze odcinki są baaaardzo takie sobie, moim zdaniem, choć, oczywiście, nadają główny ton całej tej serii. Pokazują mianowicie, że od tej pory będzie już chodziło, konkretnie, o le morte d'Arthur, że Morganie znudziły się próby odzyskiwania królestwa i teraz po prostu będzie chciała zabić króla, a konkretniej - doprowadzić do jego śmierci, bo przecież Artura musi zabić Mordred i tylko Mordred. A Merlin musi zrobić wszystko, żeby do tego nie doszło; na dodatek Mordred jest inteligentny, sympatyczny i dzielny (i bezwzględny, tak, i podstępny, i nieustępliwy), a jeszcze na dodatek, jest prawie zupełnie jak Merlin, w sensie - jest magiem, ukrytym w sercu antymagicznego dworu i lojalnym wobec wrogiego magii władcy.  Trochę trudno z nim nie sympatyzować - i trochę trudno sobie wyobrazić, przez większą część tej serii, jakim cudem może mu przyjść do głowy zabicie Artura, którego ewidentnie szanuje, ceni i podziwia...  

Generalnie, w tym sezonie jest sporo rzeczy nie tak i sporo rzeczy bardzo na tak. Oj, bo, jak już się opowiada (With All My Heart) Straszną Historię o Strasznej Magii Niemal Nie Do Złamania (Trzeba Przyzwać Boginię I Bardzo, Bardzo Zaryzykować), to może by jednak jakaś odrobina CZEGOKOLWIEK bohaterom w wykonaniu zadania (co im zajmuje niecałe pięć minut) przeszkodziła, co? Rozumiem, że to nie jest budżet a la Hobbit, tylko raczej a la, bo ja wiem, Misfits, ale wobec tego może lepiej nie robić szumnych zapowiedzi; poza tym nie muszę mieć stada smoków, Niewidoczny Magiczny Wpływ Sprawiający Kłopoty by wystarczył. I OK, Colin Morgan jako zalotna starsza dama jest uroczy, tylko że to jakby trochę mało.
Generalnie, kobiety są tu zazwyczaj mało ciekawymi i dość od sztancy czarnymi charakterami - kilkakrotnie powtarza się przewidywalny motyw dziewczyny, przyjętej w zamku Camelot życzliwie, a w rzeczywistości będącej szpiegiem wrogów (z różnych powodów: Cefa, Mithian, Eira, sama Ginewra); mamy też fanatyczną i bezwzględną Carę, złą, gotycko wystylizowaną Morganę nieco za bardzo zachowującą się momentami jak Darth Vader oraz Ginewrę, która podkreśla fakt, że jest pod wpływem czarnej magii, nosząc dekolty głębsze niż zazwyczaj. Jak już o niej mowa - nie,  nie przekonałam się do tej postaci, choć przyznam, że potencjał był: historia o małżeństwie króla z ubogą dziewczyną  może nie być realistyczna historycznie, ale jest odpowiednio baśniowo-literacka, a pomysł, że to żonie przypadnie korona Artura też jest niegłupi, podobnie jak to, jak ograny i przetworzony jest tu powszechny w legendach arturiańskich motyw zdrady ze strony Ginewry, która przynosi wiele cierpień Arturowi: w tej wersji królowa pod wpływem magii zdradza męża nie romantycznie, z kochankiem, a politycznie, spiskując przeciw niemu. Mam jednakowoż wrażenie, że scenarzyści bohaterkę lubią za bardzo, niestety, bo jak mi się wydawała Mary Sue w pierwszej serii, tak Mary Sue w moich oczach pozostała - kompletnie spływa po niej fakt, że jak była zaklęta namordowała się ludzi, ile wlezie, jest mądra, cierpliwa i wszyscy ją kochają. No i odgaduje Wielką Tajemnicę Magii jak Herkules Poirot co najmniej, w zasadzie nie mając żadnych wskazówek.  
Dalej z rzeczy średnio udanych: o Diamair już wspomniałam; teraz jeszcze wspomnę tylko o tym, że w Generic Fantasylandzie, w którym dzieje się akcja (bo nikt mi nie wmówi, że ten świat, z barokową muzyką, renesansowymi sukniami, hollywoodzkimi dekoltami, drukowanymi książkami, pomidorami koktajlowymi na śniadanie, zasiadaniem do obiadu w kolczudze i służbą upominającą się o dzień wolny to jakakolwiek średniowieczna Anglia) ZAWSZE jest pełnia księżyca oraz odległości zależą od tego, kto je przemierza (w The Dark Tower Artur z rycerzami jadą z Camelotu do Mrocznej Wieży długo, długo, a Morgana i jej sojusznicy wyruszają z wieży i zjawiają się w Camelocie w okamgnieniu, przy czym o magii nie ma mowy). Mnie, skądinąd, fakt, że ze Średniowieczem ma to wszystko mało wspólnego, nie przeszkadza - po pierwsze, jak chcę legendę w wersji czystej, to wolę poczytać Malory'ego albo dowolne inne źródło z epoki, niż liczyć na kino, a po drugie - wersji serio i quasi-historycznych (Excalibur Boormana, może bym o nim napisała?) naoglądałam się już w życiu trochę.

To są rzeczy, które wyszły tak sobie, albo wcale. Jest też trochę takich, które były dobre i udane: bywały w tym sezonie scenariusze należące do najlepszych w całym serialu (The Disir ze znakomitą tragiczną zapowiedzią tego, co się musi stać między Merlinem, Mordredem a Arturem - Artur ma zapowiedziane, że to on sam jest swoim największym wrogiem; i tak, jest nim: odmawia uznania magii, więc Mordred przeżyje, więc Artur umrze), bywały bardzo dobre pomysły (jak podkreślenie zarówno ciągłości serii, jak i ważności Artura jako władcy, przez powrót do postaci Utera w The Death Song of Uther Pendragon czy, generalnie, przywołanie znanych z poprzednich serii postaci Mithian, królowej Annis albo ojca Merlina, przy czym ten ostatni ewidentnie występuje tu jako tutejszy Jor-El). Strasznie mi było i smutno, jak Morgana (znaczy: scenarzyści) postanowili zabić Gwaine'a i to w taki sposób - pozwolić mu umrzeć w poczuciu klęski i tego, że został zdradzony, i że zawiódł.

No ale. Może lepiej pomówmy o czym innym. To znaczy o słoniu w pokoju o slash fiction o romansie o fanserwisie o bromance  ostatnich odcinkach.

Konkretnie o tym, jak w ostatnim odcinku (dwuczęściowym) scenarzystom udało się dopaść serialowego świętego Graala: nakręcić ten ostatni epizod, który jest najlepszym - najlepszym, IMHO zdecydowanie - z całości serii. 

 


No i tu się właśnie dało obejść budżetowe ograniczenia, na przykład: bo OK, bitwa wygląda, jak wygląda, Emrys jako Gandalfoimperator od strony technicznej średnio przekonuje, a "ogromna równina", na której miał Artur umrzeć, jest ciasnym przesmykiem (Artur jako Leonidas?).

I dlatego, śmiem twierdzić, Artur zostaje śmiertelnie ranny w szóstej minucie właściwego finału (drugiego odcinka). W tej samej szóstej minucie ginie Mordred; jest po bitwie. I od tej pory jest, z jednej strony, powolne wracanie do normalności w Camelocie, gdzie Gwen zostanie królową; a - gdyby miał być spinoff - mam wrażenie, że byłaby może ciekawsza jako (dość bezwzględna; w tej serii jako władczyni głównie wydawała wyroki śmierci) królowa-wdowa, bez wątku romantycznego, niż jako żona; a z drugiej strony mamy, jak się raczył wyrazić Alex Vlahos grający Mordreda, love story for Arthur and Merlin. Z całym nieomal, dodajmy, dobrodziejstwem inwentarza: ujawnieniem magii, umieraniem w ramionach, dialogami w rodzaju only for you czy just hold me, łzami i wyznaniami; jako żywo, tylko pocałunku brakuje.

I ten bezczelny, oczywisty blantant fan service im wyszedł tak, że się wzruszyłam, autentycznie, choć w sumie żadna ze mnie fanka - ale też racjonalnie doceniłam dobrą robotę. Od kiedy obejrzałam, nie może mi to wyjść z głowy.

No bo tak. W szóstej minucie czterdziestoparominutowego odcinka Artur został śmiertelnie ranny; w ósmej został, bliski śmierci, znaleziony przez Merlina. Od tej pory historia, poza przebitkami na Camelot i krótkim epizodem z Gajuszem (oraz wejściem smoka), rozgrywa się wyłącznie między Arturem a Merlinem; i w zasadzie zaczyna się od sceny, na którą fani czekali na nią od pierwszego epizodu pierwszego sezonu. I am a sorcerer. I have magic.

 

źródlo: tumblr


Scenarzystom w tym ostatnim odcinku przyszło w końcu do głowy oprzeć się całkowicie na tym, co zawsze stanowiło atut tego konkretnego serialu. Szybko skończyli bitwę, nie przeginali jakoś zbytnio z efektami, postawili za to na dobrze napisane dialogi, na aktorskie umiejętności (przede wszystkim Colina Morgana) i na ogranie w pełni relacji między postaciami Artura i Merlina. W rezultacie finał Merlina jest, paradoksalnie, kameralny (włącznie ze sposobem, w jaki pozbywamy się Morgany) i wyciszony. Dialogi w całym serialu bywały nierówne, ale akurat te między głównymi bohaterami zwykle błyszczały. Tutaj scena, w której Merlin zaczyna swój pozornie niezborny, urywany monolog, z którego Artur nie rozumie nic, a widz - wszystko, monolog, który w końcu doprowadzi go do przyznania się, że przez te wszystkie lata ukrywał przed swoim przyjacielem i swoim królem prawdę o sobie, jest znakomicie napisaną, a przy tym bodaj czy nie najlepiej zagraną przez Colina Morgana sceną w całym serialu. Bardzo też dobrze pomyślane są kolejne reakcje Artura na tę rewelację - nie ma natychmiastowej akceptacji, jest strach, poczucie krzywdy, potem uraza i brak zaufania, a potem, w końcu, zrozumienie i docenienie. No i najbardziej chyba właściwe ostatnie słowa, jakie mogły tu paść.

OK, teraz pora na słonia, który czaił się w tym pokoju od początku. Scenarzystom - szczerze wątpię, czy do końca celowo - rzeczywiście najlepsza bodaj historia miłosna w tym serialu wyszła między oboma głównymi bohaterami. Nie, nie próbuję sugerować, że OTP, że ukryte tropy, że kanoniczna  love story etc. etc., za mało jestem na to fanką - ale mam wrażenie, że scenarzyści zrobili tu sobie klasyczny przypadek tego, o czym kiedyś sama napisałam na tym blogu przy okazji fanfiction: ukazali relację między Arturem a Merlinem jako

absolutnie najważniejszą w życiu ich obu, zmieniającą ich i przekształcającą wszystko, czym i jeden, i drugi jest, przyjaźń połączoną z fascynacją i (platoniczną, braterską) miłością, silniejszą od śmierci.
(cytuję siebie samą, a profesor mi mówił, żeby tego nie robić...)

No i wyszło, Colin Morgan (zwłaszcza) i Bradley James tak właśnie to zagrali, tabuny fanów zakochały się w tej idei, autorzy od pewnego momentu zaczęli ogrywać tego rodzaju skojarzenia, a w ostatnim odcinku ograli także fakt, że bohaterowie są dla siebie po prostu najważniejsi. I dobrze: najbardziej się, szczerze mówiąc, obawiałam finału skupionego na bitwie, efektach magicznych i polityce, bo nic z tego scenarzystom i realizatorom nigdy jakoś rewelacyjnie nie wychodziło. Tutaj pokazali nam króla, do którego docierają dwa kluczowe fakty: że ktoś go kochał i służył mu przez lata bez żadnej chęci docenienia i bez nadziei na nagrodę, wyłącznie z chęci czynienia dobra i spełniania obowiązku/wypełniania przeznaczenia, oraz że ten ktoś wcale nie musiał tego robić, że miał moc, która pozwoliłaby jemu samemu sięgnąć po władzę i pozycję, gdyby tylko zechciał - no tyle, że nie chciał. To był mój ulubiony moment w tym finale: Artur pytający Merlina Why are you still behaving like a servant?, usiłujący poradzić sobie z faktem, że ktoś chciał, choć nie musiał, zostać po prostu jego sługą.

No i sam finał, ostatnia scena; z tej poprzedniej, ze smokiem, wiemy, że Merlin nigdy nie pogodził się faktem, że Artur umarł; że pocieszyła go tylko zapowiedź, że rex quondam rexque futurus.

 

źródło: hypable.com


Dzielna byłam (chociaż jestem filmowo strasznie płaczliwa) aż do tej ostatniej sceny; dopiero przez Merlina AD 2012, kręcącego się ciągle w tym samym miejscu, gdzie spoczywa jego przyjaciel, ciągle czekającego, łzy mi się zakręciły w oczach.



W sumie - może i dobrze, że się skończyło (co tu jeszcze można było?). Ale też, mimo braku konwencjonalnego happy endu, dobrze, naprawdę dobrze się skończyło. 

piątek, 11 stycznia 2013, ninedin

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2013/01/11 11:16:00
Dzięki za wygrzebanie z netu ognistego smoka - był cudowny...

A ponieważ do tego, co napisałaś nie mam co dodawać, zresztą Brokeback Mountain... wróć: Avalon Mountain przegadałyśmy na żywo w szczegółach ;), to ja sobie pozwolę mały wtręt na temat moich ulubionych stworzeń, w tym (punkt 2) narzekanko.

1) Udało im się sensownie rozegrać wątek Starego Smoka (wiem, on miał tam imię, ale zapomniałam), bo mogę sobie wyobrażać, że on jednak gdzieś na ten Avalon czy w inne zaklęte miejsce się udał i po prostu zmęczony długim życiem śpi, powoli kamieniejęc.

2) i o to właściwie chodzi: całkowicie pogrążony przez scenarzystów wątek Aithusy. Pomijając mój smoczy fangirling i natychmiastową miłość do tego stworzenia, kiedy tylko się pojawiło i za każdym następnym wystąpieniem, miałam nadzieję, że ona rzeczywiście odegra jakąś rolę poza wykuciem kolejnego miecza, czy raczej nachuchaniem na już istniejący. Zwłaszcza że scenarzyści mieli do wykorzystania aż dwie strzelby, które nie wypaliły w sposób bolesny: zapowiedź, że Aithusa jest ocaleniem Albionu (czy jakoś tak) oraz że jest to jedyne stworzenie, które Morgana naprawdę kocha. No i co? Merlin mówi jej w smoczym języku zapewne coś w rodzaju "jesteś miłym smokiem, daj sobie spokój z tą bitwą, bo i tak ja ją wygram, a nie chciałbym, żeby stało ci się coś złego" i Aithusa odlatuje, i więcej jej nie widzimy. A aż prosiłoby się, żeby przynajmniej odegrała jakąś rolę w "ocaleniu" Morgany, żeby tej postaci - przecież wcale nie złej do szpiku kości od samego początku, w sumie wręcz przeciwnie - dać (skoro już i tak zachowuje się jak Vader) ten przebłysk dobra. Również sensownym rozwiązaniem byłoby gdyby to ona przyleciała na ostatnie wezwanie Merlina, choć oczywiście w tej bajce musiał to zrobić Stary Smok, jako że tylko on umiał mówić. W sumie mogły przylecieć oba: Stary pogadałby z Merlinem, a młody zaniósł Artura ku Avalonowi - w ten sposób przynajmniej uratowaliby kawałek tej przepowiedni o jej roli w ocaleniu Albionu :/

Oczywiście, może być również tak, że rola Aithusy (ocalenie Morgany, a co za tym idzie - Albionu) mogła być przewidziana dla wersji alternatywnej, którą Merlin odrzucił z zazdrości o rodzące się uczucie między Arturem a Mordredem... wróć: z obawy przed rolą, jaką tenże ma wg przepowiedni odegrać.

Tylko że jeśli tak, to niechby nam realizatorzy pokazali, choćby w migawkowych ujęciach, kiedy Artur już płynie na Avalon, tę alternatywną historię (zamiast marnować czas na niedobre dialogi Captain Obvious Gwen), w której Mordred nie zdradza Artura (bo magia przestała być zakazana), a Morgana - która walczy już tylko z własnej zemsty - rezygnuje z ambicji zabicia Artura i umiera, by na polu bitwy uratować Aithusę. Ewentualnie Aithusa sprzeciwia się Morganie i "otwiera jej oczy". Warianty można by mnożyć: w żadnym z nich nie ma sceny z Mordredem zabijającym Artura.
-
2013/01/11 11:21:52
Abstrahując od meritum komentarza: Ty i te twoje smoki....
-
2013/01/11 11:32:08
Ad meritum komentarza: z Morganą masz sporo racji, też mi się, w perspektywie, zdaje, że jej się należał przynajmniej przebłysk tego, że - może nie żałuje, ale przynajmniej pamięta, że kiedyś to byli jej przyjaciele, rodzina, ludzie, których kochała.

Motyw ze smokiem rzeczywiście niedomknięty.
-
2013/01/18 16:20:24
Ja mam zupełnie odmienne wrażenie po finale, a nawet całej serii. O ile sezony 1-3 były świetne, 4 dobry, tak ten to katastrofa. Ledwo zmęczyłem cały. scenarzyści próbowali zrobić poważną historię, ale nie potrafili, a scen Artur/Merlin było zdecydowanie za mało. Do tego jeszcze te banały fabularne. Zdrada Morderda wynikająca z miłości do kobiety to chyba najgorsze co wymyślone. Końcówka też mi się średnio podobała. Bo niby Artur miał zostać tym wielkim królem i magię zrobić znowu legalną, ale on sobie umarł. Bo przecież to ostatni odcinek i powinno być wzruszająco. Samo dowiedzenie się o tym że Merlin jest magiczny też kiepsko wyszło. Zaprzeczenie i powolna akceptacja - czy nie dało się wymyślić czegoś mniej oczywistego? Bardzo żałuję że ten serial tak się skończył. Poiwnien powstać przynajmniej 1 sezon bez Morgany i z Arturem wiedzącym że Merlin włąda magią. To by z pewnością stworzyło nową dynamikę, a tak jestem rozczarowany całością.
-
2013/01/21 16:08:46
@ Czesiek: na pewno zgadzam się z Twoim stwierdzeniem, że wyszło co innego, niz było zapowiadane - to znaczy, uwierzyć w to, że, jak mówi smok, wszystko, czego Merlin pragnął, się spełniło, w sensie politycznym, za bardzo się nie da :)
-
2014/07/25 15:22:22
Co by jednak nie mówić o niektórych serialach BBC, temu oddziałowi koncernu firma windykacyjna raczej nie grozi, bo i Sherlock i Dr Who i wiele innych (Skins etc) sprzedały się rewelacyjnie i zrobiły z BBC markę również wśród produkcji TV.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...