Blog > Komentarze do wpisu

I******a, czyli o różowych zakończeniach

Being Human season 4-5, prod. Toby Whithouse, wyst. Lenora Critchlow, Michael Socha, Damien Molony, Kate Bracken i inni, BBC 3, 2011-13.


serio serio serio serio serio:
TA RECENZJA JEST JEDNYM WIELKIM SPOJLEREM.
pod obrazkiem nie ma już litości, nie ma gwiazdek, tylko słowa, słowa, słowa, słowa!

 


Mówi recenzent online: Perhaps I'm a cynic, but I know I'd have preferred a more... destructive ending for the trio (recenzja stąd). Bożemój, ja chyba - chyba - inny serial oglądałam.

Ale po kolei z tymi spojlerami.

Na początku... było niedobrze. Uwielbiam, dość bezdyskusyjnie, sezony 1-3 tego serialu, pierwszy i część drugiego za bezpretensjonalny komizm i codzienność, drugą część drugiego i trzeci za konsekwentną i błyskotliwą realizację tragicznej konwencji, za przejmująco opowiedzianą i pokazaną historię upadku bohatera. Zawsze podobało mi się, ile tu było zwyczajności, codzienności, rytuałów rodem z seriali o niby-rodzinach i przyjaźniach.

No ba. A potem mamy pierwszy odcinek sezonu IV.

W którym, po pierwsze, poszły się bujać moje oczekiwania co do sezonu IV, bo Niny się pozbyliśmy w ogóle poza ekranem, a George'a pod koniec odcinka, co mnie zdenerwowało od razu na wejście. A na dodatek... jeeeezu, jak ja NIENAWIDZĘ łatwych i źle zrobionych mistycznych opowieści o Dzieciach Niespodziankach, Które Podpalą Świat i Pradawnych Ksiąg Na Ludzkiej Skórze i Odwiecznych Przepowiedni (uwaga, drobnym, druczkiem: powyższy hejt nie odnosi się do skomplikowanych i dobrze zrobionych tego typu motywów)! No więc jak już dostałam to wszystko, czego nienawidzę, trudno mi było skupić się na tym na przykład, jak fantastyczną postacią jest Tom McNair. I, co zaczęło być widać od odcinka II, jak obłędnie fantastycznie fantastyczną postacią okaże się Hal, oh dear.  

No ale. Już jakoś w połowie II odcinka przestałam być zła, bo na szczęście sezon okazał się, bardzo, bardzo zdecydowanie, NIE BYĆ o mętnej mistyce wampirów i ich nemezis. Był, jak zwykle w tym serialu, o ludziach i ludzkich sprawach: o tym, jak Annie przemienia się w matkę, a momentami w mamuśkę, o rozkosznej, chłopięcej naiwności Toma, o dziwacznych i nieodparcie momentami komicznych sposobach Hala na samokontrolę, o równie dziwacznych osobach, które pojawiały się w kafejce, w której pracowali chłopcy, o nieudanych randkach... Bodaj najbardziej symboliczne było potraktowanie postaci Regusa, wampira-archiwisty znającego Mroczne Sekrety Pradawnej Wiedzy Wampirów... który mimo to okazuje się nie być ani obłąkanym pseudo-mnichem, ani przemądrym amoralnym mędrcem, tylko dziwacznym, lekko fajtłapowatym, nawiedzonym i niespełnionym erotomanem-gawędziarzem. Już w momencie, kiedy rozwiązywał się jego wątek, byłam pewna, że to jest dalej ten sam serial, który uwielbiałam. 

A uwielbiałam w nim, na przykład, postacie: bo jakkolwiek przepadałam za George'm i Mitchellem, Hal i Tom szybko mi ich zastąpili, w sensie: sprawdzili się jako samodzielni bohaterowie, nie kopie, nie klony i nie nachalne zastępstwa za poprzedników. Zwłaszcza Hal - on jest zdecydowanie mój typ, nie tylko z urody - który, jestem raczej pewna, ma imię i kawałek osobowości po zupełnie innym lordzie (no, księciu, niech mu będzie) Halu; Hal, który mówi przyciszonym głosem, układa kostki domina (ale nie pozwala przewracać) i jest dość skrajnym przypadkiem pedanta z nerwicą natręctw. Kind and clever and odd, mówi o nim Tom w ostatnim (tym zupełnie ostatnim) odcinku, ale zanim to powie, zdążymy jeszcze zobaczyć inną twarz Hala: w nieistniejącej przyszłości wodza wampirzych szwadronów śmierci, w teraźniejszości V sezonu - charyzmatycznego potwora idącego za grzecznym Halem krok w krok, jak noc za dniem. Nie bardzo chciało mi się wierzyć, że to jest de facto debiutant, kiedy patrzyłam, jak Damien Molony gra tę rolę, jak przechodzi od osoby do osoby swojego bohatera (wydawało mi się, że w przypadku Hala on i wampir są właśnie dwiema różnymi osobami, jak u człowieka z osobowością wieloraką...). Do tego były znakomite postacie poboczne (JK Rowling wannabe wygrywa konkurs na najbardziej irytującą z nich)... i był jeszcze główny nurt.

A główny nurt okazał się bardzo dobry i żadne z moich ponurych podejrzeń z I odcinka się nie sprawdziło, nawet mimo że mieliśmy Straszne Przeznaczenie i Ponure Przepowiednie i Ducha z Przyszłości i historię córeczki George'a i Niny tak strasznie smutną, że bardziej się nie dało, i genialnego (serio, bez przesady, przerażająco genialnego) Marka Gattissa, w roli, w której chciałabym go więcej i więcej.

No ba. A potem mamy pierwszy odcinek sezonu V.

Który jest o grożącej Apokalipsie. A jeżeli jest coś, czego nienawidzę bardziej, niż Dzieci-Niespodzianek, Które Podpalą Świat i Pradawnych Ksiąg Na Ludzkiej Skórze, to jest to zrobiona na serio Apokalipsa a la Jan Ewangelista (uwaga drobnym druczkiem: nie dotyczy Good Omens). Serio: nie wiem, czy to wina Supernatural, czy rozczarowania po sezonie III Millenium, czy bycia o jeden zły horror za daleko, nienawidzę tego motywu jak mało czego. A tu łup, dostaję zapowiedź diabła od razu w pierwszym odcinku, i nie dość, że ni z gruszki, ni z pietruszki, to jeszcze na dodatek w pakiecie z wojną wilkołaków z wampirami jako przyczyną WW1, ratunku.

No ale. No ale potem był konkurs na Pracownika Miesiąca i Alex ucząca się być duchem. I historia o małym chłopczyku z wyższych sfer, który umarł dawno temu, i ta o żonie inspektora Reida lady Mary, dowodząca, że duch też może oszaleć od samotności (i pokazuje po trochu, co jest nie tak z Halem, skądinąd). Są fantastycznie zagrane postacie - zwłaszcza obaj panowie błyszczą. Zarówno Molony jako Hal, snobistyczny, arystokratyczny, irytujący do bólu jako Old One na odwyku, a pełen jakiejś frenetycznej energii jako wampir po złamaniu ślubów abstynencji, jak i Socha w roli zagubionego, niepewnego siebie, żyjącego wedle kodeksu moralnego z połowy lat 50. Toma są po prostu, jak dla mnie, olśniewający. Na dodatek ta dość na pozór niemożliwa przyjaźń między nimi jest napisana i zagrana wiarygodnie, prawdziwie, tak, że się chce w nią wierzyć.

Niech oni nawet wszyscy umrą, jak już muszą, powtarzałam sobie przed finałem, tylko błagam, błagam, niech, jak już koniecznie muszą, umrą walcząc i stojąc ciągle po tej samej, jasnej stronie mocy, a powtarzałam to, bo nie łudziłam się, że ta historia może się skończyć happy endem. 

Ale się skończyła. Nie pomogły diabelskie pokusy: Szatan w postaci antypatycznego typka z hotelu musiałby przecież skusić naszych bohaterów. I próbuje, oczywiście, ofiaruje Halowi odkupienie i śmierć bez klątwy wampiryzmu, Tomowi rodzinę bez wilka, Alex - życie z bliskimi. No ale to przecież nie wystarczy, nawet mimo że Tom nienawidzi Hala, a Hal jest potworem, to nie wystarczy. You know where you went wrong? You should have put us together, mówi Hal do Diabła i decyduje się, troszeńkę jak mój ulubiony główny bohater Celii Friedman, jednak umrzeć dla zniszczenia zła i ocalenia świata, umrzeć razem z przyjaciółmi, bo rytuału niszczącego Diabła nie da się przeżyć.

Ale się dało, jednak, co więcej, udało się w końcu osiągnąć to tytułowe being human, bo Alex żyje, a wilk opuścił Toma, a Hal znowu się widzi w lustrze i nie musi pić krwi. I Hal z Alex i Tomem będą żyli długo i szczęśliwie w starym hotelu, przerobionym na ukochany dom. Klątwy spadły, ludzkość dostała retcon po nieudanej apokalipsie, bohaterowie szansę na szczęście, a fani - osłodę końca serialu.

No ale. No ale. NO ALE.

No ale, co robi w finałowej scenie to origami w kształcie wilka na kominku, to samo, które wcześniej miał Diabeł, a którym kusił Toma? Jak to jest, że się wbrew wszystkiemu przeżywa nieprzeżywalne i że wszystko jest nagle dobrze, wybaczenie i zrozumienie, love is in the airYou know where you went wrong? You should have put us together. I może właśnie tak się stało. Może. Właśnie. Tak. Się. Stało. Może to jest ich sen, śniony razem, ta prawdziwa pokusa, której ulegli, w świecie, w którym zachodnia Europa stała się domeną Śmierci, a Szatan władcą świata? Nie wiemy, już nie dopowiemy się, jak się naprawdę skończyło, gdzie była prawda, a gdzie sen i złuda. Dostaliśmy trochę różowego szczęścia i trochę dręczących wątpliwości, i znakomite, znakomite zakończenie świetnego sezonu świetnego serialu. Och, jakaż byłam nieprzytomnie zachwycona, jak się skończyło.

(i chyba jasne, jakie słowo-spojler-aluzję filmową wygwiazdkowałam w tytule).

piątek, 29 marca 2013, ninedin

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2013/03/29 19:37:11
Ostatni akapit mnie zniszczył - w ogóle o tym nie pomyślałam!
-
2013/03/29 20:01:55
Dzięki bardzo - ja miałam przez ostatnie minuty odcinka poczucie, że coś im za dobrze, coś za łatwo poszło, a potem zobaczyłam wilka i pomyślałam, że może diabeł uczy się na błędach...
-
Gość: Magda, *.adsl.inetia.pl
2013/03/29 20:21:23
Piękna notka, no.. to ja ją jeszcze kilka razy z zachwytem przeczytam.

Ten serial ma w sobie coś cudownego - najbardziej oklepany pomysł, przy którym miałam ochotę walić głową w ścianę (Szatan / Apokalipsa / Wojna wampirzo-wilkołacza jako źródło energii. Takie wielkie WTF) potrafi jakoś tak pokazać, że łykam to z otwartą buzią i ogólnym zachwytem.
Tak samo z kwestią uśmiercenia całej pierwszej trójki bohaterów - smutek i żal, łzy i "oddajcie mi ich". Ale przecież znam już wtedy Toma (to moja wielka miłość w tym serialu), i nieco krócej Hala, potem Alex. I wszystko cały czas leci po tych samych torach, nic się nie wykoleja. Mimo, że to już coś innego, nowy rozdział opowieści, może nawet nowy tom.
I jedna rzecz wydaje mi się, że wyszła lepiej w tej drugiej historii Being Human - mam na myśli chemię pomiędzy Alex i Halem. Jakoś w nią uwierzyłam, a w przypadku Annie i Michela odczuwałam ją jako taką nieco na siłę.

Co do ostatniego akapitu - to sama bym na to nie wpadła, ale od czego jest internet i chorobliwe niemal wyczytywanie informacji wszędzie gdzie się da - to tak jak w Incepcji, nigdy się nie dowiemy. Ja jednak lubię myśleć, że to naprawdę się tak skończyło, że nie była to kolejna sztuczka pana Winkle-Tits. A przynajmniej staram się tak myśleć, bo mi z tym lepiej. Bardzo się staram
-
2013/03/29 20:24:03
Magda, co do chemii między Alex a Halem i braku tejże między Annie a Mitchellem - stuprocentowa zgoda.
-
Gość: goff, *.dynamic.chello.pl
2013/04/24 01:26:24
Dokładnie tak się czułam przed chwilą, a właściwie jeszcze czuję :))) cudowna recenzja serialu, który mimo - a może za sprawą? - wielu meandrów okazał się jednym z moich ulubionych!

Przyznam się, że czwartą serię zaczęłam oglądać trochę z rozpędu i bez wielkich nadziei, no bo jak tu wyjść obronną ręka z całkowitej "wymiany" głównych bohaterów? A jednak - udało się to zaskakująco dobrze!

Lord Hal nie wymaga komentarza - miłość od ...drugiego wejrzenia (od pierwszego podświadoma, bo jeszcze trwała żałoba po Mitchelu;), Tom - nieustający zachwyt, w tym nad aktorem, że umiał tak zagrać. I świetnie dobrany duch, powiew świeżości po Annie.

A wilka sobie postawili na kominku "ku pamięci", wszelkie inne wersje są zbyt rozpraszające, więc tej jednej jedynej się będę trzymać.
Chociaż... ta idylla taka jakby ciut zbyt landrynkowa.

PS I muszę jeszcze przemyśleć sobie znów, jakby ten serial wyglądał, gdyby zostali aktorzy z pilota (oglądnęłam go przypadkowo dopiero po zobaczeniu pierwszego odcinka w obsadzie, która została, i potem nie mogłam przestać w myślach podmieniać postaci;). Wampir był interesujący :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...