Blog > Komentarze do wpisu

ST: Po ciemku, nie-recenzja

Spróbuję napisać przedpremierową nie-recenzję z Into Darkness. Nie będzie łatwo, bo - powiem od razu - strasznie mi się podobało, a takie podobanie wyłącza sporą część zdolności analitycznych. Że to są opinie prywatne, a nie prawdy obiektywne, nie muszę dodawać, mam nadzieję.

 

Oraz, uwaga, SPOILERS, SPOILERS EVERYWHERE

 

 http://b-i.forbesimg.com/johngaudiosi/files/2013/05/Star_Trek_Into_Darkness_32.jpg

 

Dzisiaj będzie o przerabianiu scenariuszy na scenariusze. Wydawałoby się, że pogrywając sobie Kobayashi Maru w I części nowego Treka JJ Abrams et consortes załatwili się z Khanem raz na zawsze. A tu - nie, o nie. The Wrath of Khan Meyera był wariacją na temat Moby Dicka, Into Darkness Abramsa jest wariacją na temat The Wrath of Khan, z niewielkimi dodatkami z innych Trekowych klasyków.

No bo popatrzmy: The Wrath of Khan jest głównie o tym, że Jim Kirk nie zawsze może nabrać los, okpić śmierć i oszukać przeznaczenie: że w pewnym momencie za te kpiny, nabieranie i oszustwa zapłaci życiem, gorzej, nie życiem własnym, tylko życiem jednej z najważniejszych, jeśli nie najważniejszej [fakt, nie shipping] dla siebie osoby. 

I mniej więcej o tym jest też Into Darkness, tyle, że Jim jest nie Panem (Piotrusiem) obchodzącym pięćdziesiąte urodziny, a smarkaczem za kółkiem zdecydowanie zbyt szybkiego dlań pojazdu. Niemniej, statek zabierają mu i w jednym, i w drugim: w nowym robi to admirał, w starym to Kirka robią admirałem, ale efekt jest ten sam. Na dodatek załoga się rozpada: tam Chekov ma własną posadę na innym statku, tu rezygnuje Scotty (i w efekcie ma szansę powtórzyć, skądinąd, jedną z moich ulubionych scen z The Search for Spock, tę z unieruchomieniem Relianta Excelsiora, ofkorz). 

Powtarza się także red herring z oryginału: prawie-śmierć Spocka, tam markowana (ograny już poprzednio test Kobayashi Maru), tu grożąca naprawdę (a chwilę później nawet mind melt z kimś umierającym jest). I tu, i tam, zresztą, podejrzewam, ten red herring występuje w podobnej roli, choć w lustrzanym odbiciu: Meyer nabierał widzów, że Spock naprawdę nie zginie pod koniec filmu, Abrams nabiera nas, że to Spock zginie. 

No ale: pojawia się zagrożenie i potrzeba, ergo Kirk z powrotem trafia na fotel kapitana (i tu, i tam), i wio w kosmos. Są Klingoni (choć w starej wersji są najpierw wirtualni, dopiero w The Search for Spock wyrastają na pełnoprawnych czarnych charakterów), nagłe militarystyczne jazdy w dowództwie Gwiezdnej Floty i podejrzane projekty (Genesis w WoK, torpedy w ID), w które jakoś zawsze zamieszana jest Carol Marcus, the once and future love interest Kirka; tyle że w WoK to ona popełnia hybris (konstruuje Genesis), a w ID - wręcz przeciwnie, próbuje zapobiec działaniom ojca. Potem są wrzutki z innych klasycznych Treków (Tribble, statek zarewirowany Muddowi, wspomniany Scotty robiący demolkę na nowym hiperstatku admirała) i Khan zachowujący się niby bardziej jak Loki w Avengersach niż jak Khan w ST. Ale na pozór tylko, bo warto zerknąć głębiej, do oryginalnego pojawienia się Khana w odcinku Space Seed: to stamtąd jest załoga Khana w komorach kriogenicznych i stamtąd też - summa summarum - zawieszone zakończenie, w którym Khan nie ginie, tylko z powrotem trafia tam, skąd przyszedł. To mi się zresztą bardzo tu podoba: ta idea, że można natłuc villainowi po (ślicznym, skądinąd, IMHO) pysku, ale potem można go nie zabić, można go oddać w ręce sprawiedliwości, bo od tego ta sprawiedliwość jest, od tego są sądy. Stamtąd też, w sumie, traktowanie Khana na Enterprise, tyle że w roli Marii McGivers, uwiedzionej przez Khana, występuje przez chwilę i poniekąd sam James T. Kirk, który daje się Khanowi przekonać do jego planu. Mnie osobiście bardzo się podoba idea rozbudowania relacji tych dwóch bohaterów: jako że tutaj Kirk nie może (jeszcze) być winny śmierci bliskich Khana, a Khan nie może szantażować Kirka przy pomocy Kirkowego syna, musi być inny sposób, żeby tych dwóch ze sobą powiązać; śmierć Pike'a, a potem zakończona zdradą i prawie-śmiercią załogi Enterprise współpraca sprawiają, że rozgrywka między nimi staje się zdecydowanie bardziej osobista.  

A potem mamy zagrożenie dla statku i Scotty z kimś idą obejrzeć, co się da zrobić, ale jest promieniowanie i nic się nie da, chyba że ktoś poświęci swoje życie, swoje the needs of the one dla ratowania the many. No wiemy, przecież, kto, Spock oczywiście, bo Kirk się musi czegoś nauczyć, prawda? No tyle że tym razem nauczy się na własnym przykładzie. 

Tu mnie zresztą scenarzyści kupili do końca, tą powtórką w lustrzanym odbiciu, tymi dokładnie przeniesionymi z The Wrath of Khan dialogami i gestami, od momentu, kiedy to Kirk uderza Scotty'ego aż po Spocka krzyczącego Khaaaaaan!, przez powtórkę dialogu i przez scenę z dłońmi Kirka i Spocka dotykającymi się przez szkło. Uwielbiam takie pogrywanie sobie tym, co było; wzruszyłam się, chociaż w momencie, kiedy Kirk tam wchodził, już wiedziałam, jak go ocalą - jakby komu nie starczyła córka Mickeya Smitha w pierwszych scenach, to jeszcze dostał Tribble'a. I dobrze zresztą, kto by się nabrał na to, że Kirk naprawdę umarł, poza tym, jego się nie da uratować przy pomocy transferu katry. Ergo, JTK zostanie uratowany od razu, a scena z flagą dla poległych będzie tym razem nie dla Spocka, a dla członków załogi, którzy (tabunami, patrząc po tym, co się działo na ekranie) zginęli w tej misji.

Co jeszcze? Z Brytyjczyka Benedicta Cumberbatcha jest dokładnie taki sam Sikh jak z Meksykanina Ricarda Montalbana, więc (pomijając moją sympatię do aktora) nie mam problemu z faktem, że tak tę rolę obsadzono, zwłaszcza, że BC jako Khan ma jedną istotną cechę: rusza się (zwłaszcza w scenie strzelaniny z Klingonami) w prawie nieludzki sposób, tak, że nie ma wątpliwości co do tego, że jest genetically superior w stosunku do reszty ludzkości, a że przy tym pięknie mówi i jak zwykle malowniczo powiewa płaszczem i spada z wysokości, tym lepiej. Kontrowersyjna Carol Marcus w bieliźnie niby mogłaby się bronić faktem, że coś nam ma to mówić o Jimie K. (że, znaczy się, troszeczkę buc jest z niego, chwilami?), ale i tak w sumie jest zbędna i bez sensu. W zasadzie każda z postaci sobie pograła, McCoy rzucił parę kultowych tekstów, Scotty posiedział sobie w barze a la McCoy w The Search for Spock, słowem, każdemu, co lubi.

OK, to była nie-recenzja. W recenzji jest, że bardzo mi się podobało i że pójdę jeszcze raz. I jeszcze, zapewne.

poniedziałek, 27 maja 2013, ninedin
Tagi: star trek

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2013/05/27 01:55:02
"(i w efekcie ma szansę powtórzyć, skądinąd, jedną z moich ulubionych scen z The Search for Spock, tę z unieruchomieniem Relianta)."

Chyba Excelsiora?
-
2013/05/27 02:03:35
Chyba na pewno, my bad, poprawiam.
-
2013/05/27 11:38:41
:D My sentiments, exactly :D
Co do nowego filmu. Bo w starym Treku ;) mam mnóstwo do nadrobienia. Miejscami miałam wrażenie, że Khan był nieco karykaturalny, i dzięki Jowiszowi, ze nie było tej sceny pod prysznicem, bo kompletnie nie pasowała.
-
2013/05/27 11:58:23
@Khan karykaturalny

Poczekaj, aż zobaczysz Montalbana, przestylizowanego, mówiącego tekstami z "Moby Dicka" :P
-
2013/05/27 12:47:21
E tam, Montalban był świetny, poza tym BC gra Khana zupełnie inaczej, oprócz tych momentów, kiedy obaj wspominają o "rodzinie" - bo w tych scenach są bardzo podobni.

I owszem, scena bieliźniana mogła się obronić tylko tym, że jednocześnie przebiera się również McCoy.
-
2013/05/27 12:56:32
Montalban był bezwzględnie świetny, nigdy bym nie powiedziała, że nie. Ale przestylizowany, teatralny, histeryczny - też był, IMHO, bo taki miał być :).
Ja WoK uwielbiam i nie widzę w nim wad, tak w ogóle :P.
-
Gość: Agata Sutkowska vel LLP, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2013/05/27 16:08:08
Twoja recenzja uświadomiła mi mnogość nawiązań, których nie pamiętałam. Bardzo się cieszę, bo lubię wiedzieć takie smaczki :) Do samego filmu mam mieszane uczucia. Tak jak pisałam, brakuje mi w filmie rozwojów bohaterów, jakiegoś punktu od-do, które w pierwszym filmie z 2009 były wyraźne. Żałuję, że JJ Abramsowi zabrakło odwagi, by naprawdę uśmiercić Kirka ( i mówię to jako ogromna fanka JTK, zarówno rebootowego, jak i TOSowego, i byłabym tą, która by płakała najgłośniej po nim). Zwyczajnie nie lubię akcji ,,zabili go, a potem wskrzesili" (już wolę ,,niewiadomo, czy przeżył, ufff, na szczęście tak") - skoro autor chce powiedzieć, że śmierć bohatera MA znaczenie, to czemu osłabia tego przekaz? I żal mi również, że - to również byłby śmiały krok, ale co to za reżyser, który się boi? - ,,zło" Federacji okazało się tak naprawdę złem pojedynczego admirała, którego motywacje tak naprawdę są płytkie. Z nowymi filmami ST mam chyba ten problem, że pisałam pracę naukową o TOSie i jego wpływie na społeczeństwo amerykańskie, i bardzo mi brakuje w filmach Abramsa takiego dającego do myślenia pazura, przesłania. Ok, to kino akcji. Ale kto powiedział, że kino akcji nie może powiedzieć czegoś o świecie, w którym żyjemy, skoro lanie po mordzie i strzelaniny stają się bardziej emocjonujące, kiedy właśnie chodzi w nich o bronienie jakiś idei? Nie mówie, by pół filmu bohaterowie rozkminiali, jak zniwelować głód na świecie - ale Nolanowi w jego Batmanie udało się przemycić kilka ciekawych pomysłów, podobnie Mendes w najnowszym Bondzie dodał bohaterom głębi poprzez skomplikowania relacji dobry-zły. W ID to nie wybrzmiało. Przesłania pt. ,,wróćmy do tego, czym bylismy, do odkrywania światów, a nie do szukania zemsty" można się doszukac, ale to na sam koniec, a w pewnym momencie wszyscy fajnie sie leją, ale na banalnym poziomie lania się.
Nie mogę jednak powiedziec, że film mi się zupełnie nie podobał. Spock i Kirk mieli na początku wiele uroczych momentów kłótni, Uhura miała ciekawą scenę bycia badassem (wyjść nieuzbrojoną do Klingonów, wow!). Relacje na linii Khan-Kirk to ogromny potencjał, przez film trochę zmarnowany, ale od czego są fanfiki?... (Nie, naprawdę tym razem nie miałam na myśli slashu). No i zwyczajne piękno scenografii, kolorów, praca kamery, ujęcia - to bez zarzutu. Zawsze gdy oglądam sekwencje ujęć planet z napisami koncowymi, myślę o tym, że nareszcie wyobraźnia Roddenberry'ego ma technologię, dzięki której może się ziścić. Tylko żeby po efektami specjalnymi nie została zgubiona jego myśl - bo to dzięki niej ST jest do dzisiaj pamiętany.
-
2013/05/28 13:25:14
Agata: Witam i strasznie dziękuję za fantastyczny komentarz, raz, że znakomity merytorycznie, dwa, że zmuszający mnie do myślenia. Na razie mogę tylko powtórzyć to, co już padło w fejsbukowej dyskusji o ID: mam wrażenie, że ja od pewnego momentu tak bardzo patrzyłam na to, co się dzieje na ekranie, jako na zwierciadło filmu, który widziałam osiemnaście razy, tak się skupiałam na odniesieniach i aluzjach, że w zasadzie nie zwracałam uwagi na przykład na to, jak rozwój postaci ich relacji wygląda tutaj w tym konkretnym filmie, bo myślami byłam gdzieś w połowie między tamtym a tym. Zwrócę uwagę za drugim razem w kinie.
-
2013/06/05 23:33:01
Byłam, widziałam, próbuję uporządkować myśli.
Po pierwsze, świetne 3D, chyba najlepsze, jakie widziałam (rzadko wybieram 3d no ale są filmy takie, jak "Avatar" czy "Avengersi" gdzie nie da sie inaczej), piękne kolory (wyspa z początku filmu z czerwoną roślinnością), efekty specjalne są SPEKTAKULARNE i naprawdę uważam, że ekipa się spisała (nowoczesny Londyn świetny, statki także), no i muzyka fajna, kilka razy w trakcie seansu mówiłam mojej przyjaciółce "boruuu, jakie świetne to 3d" na przemian z "boruuu, fajna melodia! fajny chór!" :)
W świecie netu, tumblra i przeniesionej o miesiąc premiery nie da się uniknąć spoilerów, więc troszkę tam wiedziałam, ale jednak kilka zaskoczeń było: Scotty odchodzący ze służby, 72 rakiety-nierakiety, scena za szybką zmieniona o 180st, która mnie wzruszyła (tak po ludzku i mocno, bo tu jest Kirk, który nie uznawał sytuacji bez wyjścia i chciałby ratować wszystko i wszystkich, i Spock, który płacze i ładnie odpowiada na pytanie Jima, że wie, czemu go uratował... chlip). Jedyne czego mi brakowało, to większej ilosci humoru, jakoś w tym bardziej brylował pierwszy film Abramsa (ALE to bardzo subiektywne, bo przyjaciółce to właśnie ID pod tym względem podobało się bardziej!), troszkę za mało było Doktorka, btw scena po jego "radzie", że Sulu się nie nadaje - świetna! No i Benedicta było stanowczo za mało, myślałam, że jako główny zły będzie szaleć po ekranie większą ilość czasu, ale tak czy siak ten głos, ta gra - brawo!
Ogólnie wydaje mi się, że film był troszkę nierówny, i to przez fabułę, duże skumulowanie akcji, bo jeśli chodzi o relacje międzyludzkie (o których fajnie zwierz napisała), to wszystko było na najwyższym poziomie.
I chcę tylko napisać, że miałam problem z Kirkiem w "Gniewie Khana", potem z ciekawości kilka odcinków serialu widziałam, i nadal miałam problem, nie polubiłam go tak innych, i choćby dlatego brawa dla Chrisa Pine'a, że mnie do tego Kirka przekonał ( i tak jak zwierz: wolę "młodego i jeszcze głupiego Kirka, niż aroganckiego z natury" i szczerze, czekam na trzeci film z nadzieją, że przybędzie mu pokory - ale nie ubędzie dowcipu i buńczuczności).

Nie jestem przekonana do jednej uwagi @Agaty - wydaje mi się, że ze względu na bardzo mocne konotacje tego filmu z "Gniewem Khana" większość widzów, zarówno znających całość ST, jak i pojedyncze filmy, ma świadomość, że Kirk przeżyje, więc po co to przedłużać? Chyba tym się twórcy kierowali.

Ach i zapomniałabym! Flary, wszędzie widzę flary (to winna oglądania filmu z 2009 z komentarzem J.J. Abramsa, dwóch scenarzystów i dwóch producentów!) <3

Ach i myślę, że skoro juz drugi film Abramsa "kupili" w większości fani starej serii oraz osoby, które ST poznały dzięki filmowi z 2009, to znaczy, że wykonał swoją pracę w 100%.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...