Blog > Komentarze do wpisu

W ostatnim odcinku

W ostatnim odcinku stałam w Schönbrunn w pokoju, w którym kiedyś nocował cesarz Napoleon, a w którym potem umarł jego dwudziestojednoletni syn, i zastanawiałam się, gdzie są granice mojego sentymentalizmu. I zacierały mi się w głowie inne granice, te między historią a fikcją. 

 

Ostrzeżenie: niebezpieczny poziom wyżej wzmiankowanego sentymentalizmu, co wyszło dość niespodziewanie.

 

Moritz Daffinger, The Duke of Reichstadt (źródło: wikicommons)


Bo jest tak: są dokumenty, są świadectwa (jakie to dziwne, mówi sobie filolog klasyczny w mojej głowie, że są listy pisane osobiście przez bohatera, że są wspomnienia z epoki, druki ulotne, portrety, o których wiadomo, że są portretami - bo w przypadku większości postaci z epoki, którą ja się na co dzień zajmuję, takich rzeczy bardzo, bardzo nie ma), ale tak naprawdę, jak to oceniać? Są dokumenty, ale jak to interpretować, są wspomnienia przyjaciół, ale to przecież przyjaciele, są biografie, ale pisane sto lat temu i z miłością do bohatera, tak w nich doskonałego, że trudno w nie do końca wierzyć. Historyk/biograf ma swoje narzędzia, oczywiście, ale ja nie jestem historykiem ani biografem, ja co najwyżej odczytuję historie albo je opowiadam. I dlatego to nie będzie o historii prawdziwej, to będzie o historii, powiedzmy sobie, wyobrażonej. Proszę nie oczekiwać szerokiego kontekstu, konkretów i prób krytycznej analizy podawanych przez biografie faktów. Poza tym, z punktu widzenia wielkiej historii to wszystko i tak niewiele, tak naprawdę, znaczy.

No więc wyobraź sobie: rodzisz się, omal nie przyprawiając o śmierć matki, najbardziej oczekiwanym dzieckiem w Europie: z matki arcyksiężniczki i ojca self made imperatora sporego kawałka starego świata. Słynny artysta projektuje ci kołyskę w złocie i perłach, w kolebce dostajesz tytuł, pół świata ogląda cię na portretach jako noworodka na rękach ojca, niemowlę w ramionach matki, słodkiego chłopczyka, który zasnął w bibliotece z głową na rodzicielskich kolanach (żeby nie było, jedną z pobocznych tez tego wpisu jest to, że ludzie się wbrew narzekaniom malkontentów bardzo niewiele od czasów napoleońskich zmienili). Cięcie: masz trzy lata, nawet nie wiesz, że widzisz ojca ostatni raz w życiu. Tak się składa, że twój ojciec i twój dziadek byli wrogami: oczywiście nikt nie oczekuje, że czeka cię los Astyanaksa czy Cezariona, to nie te czasy, nikt już nie gubi niepotrzebnych królewskich dzieci w Tower (królów się czasem gilotynuje albo rozstrzeliwuje, ale to zupełnie inna sprawa; zesłanie zwykle wystarcza). Niemniej, zmienią ci imię (nie od razu, ale zmienią), zmienią język w którym mówisz (też nie od razu, pierwsze listy do matki są po francusku, potem już przeważają niemieckie), zrobią cię włoskim księciem a później austriackim Herzogiem, choć z twoich rodziców wymienią w dokumencie tylko matkę. W tak zwanym międzyczasie twoja matka zakocha się w innym i urodzi mu dwójkę dzieci, zanim go poślubi, ale wygląda na to, że dowiesz się o tym dopiero po śmierci ojczyma, kilkanaście lat później.  
Żeby nie było zupełnie jak w smutnej bajce: rodzina, ta nowa, raczej na pewno cię kocha, chociaż nauczyciel skarży się matce (nie ma jej, została księżną w Italii), że go nie słuchasz. Do Francji wrócić ci nie wolno, król nie pozwoli: w Austrii (ówczesnej) spędzisz resztę życia. Będziesz się uczyć (najchętniej wszystkiego, co choćby z daleka pachnie armią), będziesz bywać w teatrze w towarzystwie starszej kuzynki (i będą plotki), będziesz brylować dzięki ekstrawaganckim, wyszukanym strojom, wdziękowi w tańcu i eterycznej urodzie. Będą cię chcieli wychować dobrze i troską, ale wychować na kogoś nowego: koniecznym jest, pisze twój nauczyciel do twojej matki, by wszelkie ślady twojej dawnej egzystencji zostały całkowicie unicestwione. Ergo, wymienią ci książki, żeby nie nosiły pieczęci z napoleońskim orłem, zabiorą zabawki przywiezione z Francji, odeślą niańki-Francuzki do domu, i odcierpią za to, bo przez pierwsze parę lat będziesz dawać ostro w kość swoim nowym nauczycielom, buntować się, mimo zdolności, przeciwko szkole, demonstracyjnie lekceważyć polecenia wychowawców. Jak każdego Habsburga, nauczą cię zawodu (ogrodnika, w tym przypadku) i spróbują wymusić porządne klasyczne wykształcenie. Minie sporo czasu, zanim naprawdę dowiesz się czegoś więcej o ojcu, ale jak już się dowiesz, dostaniesz obsesji na jego punkcie, z dumy i niemożliwej chęci dorównania mu, za wszelką cenę. A zadatki na Hamleta miałeś od początku, jak piszą współcześni: mistrzowsko ponoć szło ci ukrywanie przed nauczycielami i krewnymi emocji i prawdy o własnych przeżyciach, emocjach i uczuciach; otoczony liczną rodziną, sugerują biografowie, żyłeś sam we własnej głowie, planami, ambicjami i wyobraźnią, w cieniu ducha ojca i nie bardzo wiedząc, co myśleć o matce. Ćwiczenia wojskowe uwielbiałeś, to prawda, chwilami z ciężkim lekceważeniem dla własnego zdrowia, a to nie było, pisze biograf, rozsądne. Miałeś jednego przyjaciela, któremu biografowie nie bardzo chcą wierzyć we wszystko, co napisał we wspomnieniach; podobno nie było kobiet, podobno były kobiety, w rujnującym zdrowie nadmiarze, podobno nikt nie, jak było naprawdę, least of all pan biograf. Rodzina cię kocha, ale zazwyczaj prawie nikt spoza niej i starannie dobranego dworu nie może się z tobą zobaczyć.  
Dwadzieścia jeden lat, i było wiadomo, że masz gruźlicę i że nie ma ratunku. Wiadomo było od jakiegoś czasu We Francji, i w twojej francuskiej rodzinie, są tacy, którzy chcieliby cię widzieć na tronie, francuskim czy innym, polskim może nawet: którejś nocy nieznana ci dziewczyna chciała tylko pocałować twoje ręce, nawet nie wiedziałeś, że to twoja kuzynka. Ale teraz to nieważne: biograf uraczy czytelników kilkustronicowym i mocno makabrycznym (1905, jak jeszcze raz usłyszę, że ta dzisiejsza prasa i to dzisiejsze zamiłowanie do naturalistycznych opisów tragedii, w nos się zaśmieję) opisem kilkudniowej agonii i konania. Matka przyjechała, pierwszy raz od lat, cesarskiemu dziadkowi oszczędzono smutku. Umierasz w końcu w tym samym pokoju, w którym lata wcześniej nocował twój ojciec, kiedy zdobył Wiedeń. Tam właśnie stałam te parę dni temu, przed śmiertelnym łożem i przed popiersiem przedstawiającym umierającego (dodajcie portrecik z dzieciństwa i klateczkę z wypchanym ukochanym zwierzątkiem zmarłego, jakby wam było mało lekko makabrycznego sentymentalizmu). 

Pogrzebią cię w końcu w trzech miejscach, osobno ciało, serce i resztę narządów. Jak to bywa, kiedy umiera ktoś młody, urodziwy i sławny, Europę zaleje na moment fala przedstawień sceny twojej śmierci i scenek, w których ojciec przyjmuje cię w niebie, napiszą o tobie sztukę i sporo wierszy. I tyle: trzy groby, pomnik czy dwa, dramat Rostanda (napisany bardziej dla Sary Bernhardt niż dla tematu), sporo portretów, całkiem sporo, jak na postać tak politycznie mało w sumie znaczącą, biografii oraz - osobiście - moje własne nagłe, zaskakujące wzruszenie.

I teraz tak: tak, to jest materiał na hollywoodzki wyciskacz łez, że niech się Sissy schowa; i to jest opowieść, nie historia, to, co powyżej, choć każdy fakt jest sprawdzony w biografiach (bibliografia na końcu). I to nawet nie jest tak, że ja się zakochałam w bohaterach tej smutnej historii (to nie ja, to Drakaina), to nawet nie jest, tak do końca, współczucie (czy w ogóle można współczuć, w pełni i naprawdę, komuś, kto jest tylko postacią, nie kimś, kogo znamy?) ani poczucie, że świat stracił szansę na dobrego władcę, bo w końcu, co możemy o tym, nawet gdybając, powiedzieć?. To jest, jakkolwiek okrutnie by to nie brzmiało, to jest fascynacja samą historią bohatera, tak literacką, tak mityczną, że aż chciałoby się powiedzieć, że niemal, w jej wszystkich detalach, nieprawdopodobną. 

Guy Gavriel Kay, jeden z tych pisarzy, którzy skutecznie mieszają mi w głowie, napisał kiedyś, że źle się czuje z podkradaniem głosów i umysłów prawdziwych postaci, dopisywaniem im uczuć, emocji i przeżyć, o których nic nie możemy wiedzieć, że woli wobec tego budować swoje postacie, na tamtych oparte, ale nie będące nimi i nie zawłaszczające cudzego życia, nie udające, że opowieść o nich jest historią. Chciałabym takiej historii, historii księcia, który miał być cesarzem, starał się być Hamletem i który nie dożył dwudziestu dwóch lat, napisanej przez kogoś z wyobraźnią Kaya i jego wrażliwością; stałam te parę dni temu w Schönbrunn, wzruszona trochę wbrew sobie (patrz: poprzedni wpis) smutnym życiem kogoś, o kim wcześniej wiedziałam tylko (a i to bez szczegółów), że był, ale tak naprawdę, poruszona opowieścią, w którą to smutne życie się układało, jej symbolicznością, jej literackością, jej narracyjnymi perspektywami.

I to, panie i panowie, jest smutna prawda o mnie.    


 


 

Bibliografia użyta:

Edouard von Wertheimer, The Duke of Reichstadt, London 1905 (przede wszystkim)

Henri Welschinger, Le Roi de Rome, Paris 1897 (tylko przejrzane konkretne kawałki, marnym jest mój francuski)

Informacje z broszur muzealnych i gablot w Museo Glauco Lombardi (Parma) oraz w Schatzkammer w Hofburgu i w pałacu Schönbrunn (Wiedeń).

Edmond Rostand, L'Aiglon, translated by Louis Parker, New York 1900

środa, 21 sierpnia 2013, ninedin

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2013/08/22 11:39:09
No, popłakałam się znowu, jak w tym Schoenbrunn...
-
2013/08/22 11:42:28
Ech, ostrzegałam (dobra, nie Ciebie, Ciebie nie było wtedy na FB), że sentymentalne...
-
2013/08/22 11:49:56
A tak serio, to dziękuję.
-
2013/08/22 19:54:11
Widzę, że nie tylko ja jestem wielbicielką historii nienapisanych.
-
2013/08/23 01:36:41
O tak, najbardziej.
-
2013/08/26 11:15:15
Sformułowanie "smutna prawda o mnie" bezlitośnie uznajemy za kokieterię, no ale wszak kobieta bez kokieterii jest jak kwiat bez zapachu :-PPP

Zahaczę jedną niteczkę z poprzedniego wpisu, mianowicie tę z królem, a właściwie Królem. (To chyba lektura "Opowieści o królu Arturze" robi z ludźmi takie rzeczy. Potem już zawsze wypatrują Króla.) I zaproponuję lekturę książek Elżbiety Cherezińskiej. Zdumiewające, jak w kilku słowach umie pokazać przyrodzony majestat królewski (coś, na co jestem niezmiernie czuła, choć nie monarchistka), a w kilku zdaniach - prawego, a nawet świętego (w całkowicie nieefektowny sposób) duchownego. Zdumiewające też, jak zręcznie umie posługiwać się patosem, humorem i niedomówieniem, a jednocześnie machnąć od czasu do czasu fragmenty tak prawie-harlekinowe, że zęby bolą od słodyczy, wprowadzić niekoniecznie potrzebny element fantastyczny czy nieuzasadnione rozwiązanie fabularne... Wszystko razem wziąwszy - mam sporo zastrzeżeń, polecam z całej duszy. Przede wszystkim "Koronę śniegu i krwi". Nie byłam w stanie oderwać się od lektury, a kiedy skończyłam czytać, było mi tak smutno i źle, że tylko "Potop" mógł mnie pocieszyć - więc sama rozumiesz ;-)
Na próbę poczytaj, co autorce w duszy gra: www.cherezinska.pl/korona_index.htm

A podejście Kaya, przepraszam bardzo, coraz bardziej mnie irytuje (nie może napisać po prostu powieści historycznej? nie może oderwać się od historii i napisać "czystej" fantasy?) i jednak wydaje mi się pójściem na łatwiznę. Do licha! - można by zakrzyknąć z (nie do końca udawanym) oburzeniem. - Przecież ten człowiek, autor "Tigany", bierze postaci historyczne i samowolnie zmienia im imiona!
-
Gość: avorek, *.lublin.mm.pl
2014/05/02 15:23:29
Byłem tam ze znajomym a to co było najdziwniejsza, że te popiersie niezwykle go przypominało! Normalnie z głowy mi to nie wyjdzie...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...