Blog > Komentarze do wpisu

Królowa tańczy

Maria Antonina (Marie Antoinette), wyst. Kirsten Dunst, Jason Schwartzman, scen. i reż. Sofia Coppola, 2006

 

Wersja krótka: nie podobała mi się Maria Antonina Sofii Coppoli, bo to zupełnie nie mój rodzaj filmu.

 

W wersji dłuższej, i ze spojlerami, jest pod obrazkiem.

EDIT: Jak ktoś chce hejta bardziej historycznego, to zapraszam do Drakainy.

 

http://graphics8.nytimes.com/images/2006/10/13/arts/13mari.1.600.jpg

 

Daruję sobie uwagi o historii - nie tylko dlatego, że się nie aż tak dobrze znam (rok obsesyjnego czytania o okolicach rewolucji francuskiej to w mojej bajce za mało, żeby się mądrzyć), ale przede wszystkim dlatego, że film nie jest podręcznikiem, autor ma prawo do licentia poetica nawet jak pisze historię postaci realnej, prawdziwej. I OK, jakoś mi głupio, że tak całkiem nie ma w tym filmie powodów, dla których ten wstrętny, wrzeszczący i niszczycielski lud ma problem z naszą smutną i samotną Antosią, i że demolować jej pałac przychodzi chyba tak sobie, z czystej złośliwości  (bo ten kryzys i bieda to dlatego, że Francja zbyt hojnie wsparła USA w walce o niepodległość). Niemniej, zasadniczo uważam, że film historyczny nie jest od edukowania ani mówienia prawdy, tylko od bycia filmem, jak każdy inny. Załóżmy więc, dla uproszczenia, że ten konkretny film dzieje się Generic Fantasylandzie, podzielonym na królestwa dla niepoznaki zwane Austrią i Francją.  

No i niestety, jak dla mnie ta historia nie sprawdza się, tak naprawdę, nawet jako opowieść o księżniczce z Generic Fantasylandu.

Coppola miała tu, jak dedukuję, zamiar pokazać dzieje kobiety, która jest śliczna, bogata, zwykła i samotna: wcześnie wyszła za mąż za obcego i obojętnego tak naprawdę, choć dobrego człowieka, ma problemy w pożyciu z mężem, ciężko znosi wymagania matki i jej ciągłe wtrącanie się w życie córki, nie do końca układa się jej z rodziną męża, w surowym i sztywnym domu tej rodziny brakuje jej - dziewczynie spontanicznej i naturalnej - troski i miłości. Bohaterka jest zwykłą babką, jedną z nas: i jak wiele zamożnych kobiet w jej sytuacji, zajmie się zagłuszaniem swojej samotności przy pomocy imprez, alkoholu, przedmiotów kupowanych w nieprawdopodobnych ilościach, ekskluzywnych słodyczy, towarzystwa podobnych sobie przyjaciół, wreszcie - krótkotrwałego romansu. Celowo opisuję bohaterkę jako kobietę de facto współczesną, nie osiemnastowieczną - mam wrażenie, że w sposobie jej wystylizowania (niektóre fryzury, gesty, zachowania) i w tym, jak są jej dzieje opowiedziane, reżyserka-autorka tak ją właśnie ukazuje: anachronicznie, wyjmując ją z osiemnastowiecznego kontekstu i pokazując jako po prostu dziewczynę/kobietę, chce, jak podejrzewam, podkreślić uniwersalność jej doświadczenia, jej przeżyć.

No tyle że to są doświadczenia i przeżycia smutnej Paris Hilton. I mniej więcej tyle samo mnie-jako-widza obchodzą. Tu jest mi się najtrudniej odciąć od historii i tego, co o niej wiem, tu mi najtrudniej współczuć samotnej i niekochanej bogatej gwiazdeczce imprez, właścicielce tysiąca par bucików, zabawiającej się z przyjaciółkami-arystokratkami w pałacyku za miliony w imitowanie życia prostych ludzi. No nie umiem, nie mogę: niby rozumiem, co Coppola chciała zrobić (bo, paradoksalnie, jej Maria Antonina jest przy wszystkich różnicach dość podobna do bohaterki Między słowami), ale mnie to nie tylko nie przekonuje, ale wręcz irytuje. I to nawet nie jest tak, że ona z bohaterki robi ideał, bo nie, absolutnie nie: ona pokazuje ją,że powtórzę, jako zwykłą dziewczynę, tyle że ja w tej "zwykłości" widzę przede wszystkim znudzoną, bogatą, obsesyjną na punkcie zakupów i imprez kobietę z dość, przyznajmy, wydumanymi problemami, na tle tego, jak wygląda życie przeciętnej kobiety jej czasów.     

Nie chciałabym sugerować, absolutnie, że zamożne kobiety nie miewają kłopotów ani że problemy Marii Antoniny - w sensie: bogatej kobiety z pozycją, która przy tym nie bardzo potrafi znaleźć szczęście - są kompletnie niefilmowe. Wręcz przeciwnie: siedział w tym materiał na portret fenomenalny, na wielką historię filmową: opowieść o tym, jak dobra w sumie, sympatyczna dziewczyna z nieudanym życiem, która niewiele wie, niewiele umie i chciałaby tylko być w życiu jako-tako szczęśliwa, okazuje się mieć na swoich barkach królestwo w kryzysie. Film o tym, jak ta dziewczyna dostaje się w tryby historii i płaci za to cenę, którą zapłacić musi (bo takie czasy), ale na którą nie zasłużyła; film o królowej, która się do swojej roli nie nadaje, co jeszcze nie czyni z niej złego człowieka, ale stawia ją, mówiąc górnolotnie, przed trybunałem historii. Film o zderzeniu życia jednostki i jej osobistych, dla niej kluczowych problemów, z wielkim procesem historycznym, o tyle inny od wszystkich filmów na ten temat, że mający w centrum jednostkę bardzo specyficzną, bo nie everymana, a osobę wyniesioną, wyłącznie dzięki odpowiedniemu pochodzeniu, bardzo wysoko. No ale do tego ten film musiałby mieć jakąś drugą stronę: jakieś tryby historii, jakiś lud, którym ta nie nadająca się do rządzenia dziewczynka rządzi, jakieś, może, królestwo i jego politykę? Jakikolwiek by sobie obraz rewolucji i ludu francuskiego Coppola wymarzyła, byłby dobry - byleby był. Tu nie ma: w Fantasylandowym Wersalu wydaje się, że krasnoludki gotują jedzenie, spadające z nieba na skrzydłach tęczowych jednorożców, a uprawiane przez dobre duchy, pieniądze zaś znajduje się w kapuście, a wydaje wyłącznie na luksusy i pomoc rewolucji amerykańskiej. I nie przekonuje mnie tłumaczenie, że widzimy oczyma Marii Antoniny, a ona żyje w złotoróżowej klateczce z dala od świata - nie przekonuje, bo w narracji, jak dla mnie, nie działa. Zawieszone w powietrzu i nieosadzone w żadnym kontekście problemy bohaterki mnie kompletnie nie ruszają i jakoś trudno mi jej, w tym kontekście, współczuć. Biedna smutna ikona stylu, ciągle musi jeść te cholerne ciastka. 

Mam zresztą w ogóle problem z konstrukcją tego filmu na poziomie fabuły, nie tylko gdy chodzi o umieszczenie rodziny królewskiej poza wszelkim kontekstem, powiedzmy, społecznym. Coppola zdecydowała się na kilka lubianych w ogóle przez siebie rozwiązań, które - jak dla mnie, to nie moje kino - nie do końca się chyba tu akurat sprawdzają. Po pierwsze, dialogi jak z Rozmowy tatusia pani C., urywane, często na pozór przypadkowe, fragmentaryczne - jak podsłuchane. Podejrzewam, że miały w założeniu dawać wrażenie naturalności, ale głównie - przynajmniej w moim odbiorze - męczą. Męczą dlatego, że w filmie jest mnóstwo postaci, mnóstwo historyczno-skandalicznych niuansów i niuansików, które chyba fajnie byłoby czasami dopowiedzieć - bo inaczej, niestety, z tymi niedopowiedzeniami, pół-urywanymi uwagami i fragmentami nic nie znaczących, pozornie codziennych konwersacji robi się nie artystycznie, a artystowsko i z lekka pretensjonalnie, a widz (przynajmniej ja) się gubi w tym, kto jest kto. Wolę, ja osobiście jako widz, drugą skrajność: skrajnie steatralizowaną, przesadnie celebrującą każde słowo i każdy dialog Annę Kareninę Joe Wrighta i Toma Stopparda, gdzie wszystko jest (też lekko pretensjonalnie) znaczące - ta celebracja i teatralność drobiazgów z życia postaci wydaje mi się bardziej przekonująca i skuteczna jako strategia niż przypadkowość i ulotność, dominujące u Coppoli.
Po drugie - ja wiem, zakończyć tę bajkę zgilotynowaniem Marii Antoniny byłoby banalnie i zbyt oczywiście, ale wybór Coppoli - akcja urywa się tuż przed końcem, rodzina królewska wyjeżdża sobie z Wersalu, cięcie na zdemolowaną przez Zły Lud śliczną sypialnię - jest chyba jeszcze gorszy. Że zacytuję złośliwą uwagę z jednej z recenzji: For Coppola, Marie Antoinette's life officially ends the minute she loses her possessions. At least this movie's priorities are consistent. Ten film bardzo też traci na braku wyrazistych, ostro zarysowanych bohaterów - przez ekran przewija się galeria postaci, które pojawiają się, obiecują być ciekawe (bo skandaliczne i anachroniczne - pani de Polignac, bo wrogie bohaterce - pani du Barry, bo obiecują jakąś znaczącą interakcję - Maria Teresa jako kochająca, ale też surowa matka), ale zanim zdążą zrobić coś ciekawego, rozmywają się i znikają, zabierając ze sobą wszelki dramatyzm fabuły. To pewnie ma być naśladowanie życia - mam wrażenie, że reżyserka chce tu pokazać, że normal people don't have archeniemies, a życie to nie dramat z wyraźnie rozpisanymi rolami protagonistki, antagonistów i obserwatorów - ale jak dla mnie, średnio to wychodzi; zamiar był ciekawy, efekt mnie osobiście jako widza nie przekonuje. 

Jak bym już miała mieć film o młodej arystokratce, która trafia - trochę przygotowana, trochę nie - w sam środek wielkiej historii i usiłuje tej historii wyszarpać trochę osobistego szczęścia, a jednocześnie znaleźć się w roli, jaką jej napisało urodzenie i rodzina, to bym wolała go mieć o Marii Ludwice, bo - przyznam się szczerze - do historycznej Marii Antoniny czuję serdeczną antypatię, plus życie jej młodszej krewniaczki wydaje mi się ciekawsze, choć, summa summarum, mniej tragiczne (ale Coppola i tak do tragedii - procesu z oskarżeniem o kazirodztwo z własnym małym synkiem, śmierci męża, więzienia, gilotyny - nie dochodzi!). Niemniej, w historii Marii Antoniny potencjał na taki film, jaki ja bym chciała zobaczyć, na pewno jest, tylko że ten mój film to nie jest ten, który nakręciła Sofii Coppola. Ładny jest ten film, prawda, pięknie sfotografowany i kolorystycznie wysmakowany. Ale nic poza tym.

No dobra, nie nic. Kiecki były ładne. Dzięki kieckom jakoś dotrwałam do końca.

niedziela, 13 października 2013, ninedin

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2013/10/13 14:38:40
Mi ten film przypominał klip MTV (gdy jeszcze puszczali teledyski). Tak jakby Coppola chciała zainteresować nastolatki historią. Też miałam mieszane uczucia, rozumiem zabiegi współczesnej muzyki, kolorowych strojów i nawet formy narracji. Tyle że do mnie też to nie trafiło.
-
2013/10/14 08:41:22
@ "opowieść o tym, jak dobra w sumie, sympatyczna dziewczyna z nieudanym życiem, która niewiele wie, niewiele umie i chciałaby tylko być w życiu jako-tako szczęśliwa, okazuje się mieć na swoich barkach królestwo w kryzysie. (...) o tym, jak ta dziewczyna dostaje się w tryby historii i płaci za to cenę, którą zapłacić musi"

Nie wiem, czy jest taki film; wiem, że jest książka - "Maria Antonina" Stefana Zweiga. Wygląda dokładnie tak, jak opisałaś: autor z sympatią, ale i - chwilami - z surowo zmarszczonym czołem opowiada o nieszczególnie mądrej kobietce, która na ogół jest życzliwa ludziom i spodziewa się, że ludzie też będą wobec niej życzliwi, ale nie słyszy pomruku nadciągającej fali (itd.). Zważywszy datę powstania, rzecz zapewne jest przestarzała - ale i tak polecam.
-
Gość: rob, *.play-internet.pl
2013/10/14 18:58:45
mi nasza bohaterka kojarzy się z starym japońskim anime lady oskar gdzie była oczkiem w głowie tytułowej bohaterki ;)z historii oczywiście też, choć tu zawsze pojawia się wątpliwość na ile obraz nam przekazany jest prawdziwy,a na ile zmanipulowany post factum przez zwycięzców w tym wypadku rewolucje francuską
-
2013/10/15 12:51:54
@ anime: Och, faktycznie, było coś takiego, dzięki za przypomnienie!!

@ zmanipulowany obraz:
Oczywiście, że historię, przynajmniej do pewnego etapu, piszą zwycięzcy. Ale na szczęście, w odróżnieniu od np., bo ja wiem, sporej części mojej zawodowo ulubionej starożytności grecko-rzymskiej, do tej epoki jest sporo źródeł współczesnych wydarzeniom (listy, relacje, dokumenty), i to źródeł z obu stron konfliktu, i jak ktoś naprawdę, naprawdę CHCE WIEDZIEĆ SAM, to może - kosztem, jak podejrzewam, sporego wysiłku - się przez te źródła przebić :). Ja się na razie bohatersko bronię przed taką pokusą, ale po pięćsetstronicową cegłę Antonii Fraser (która Marię Antoninę generalnie usprawiedliwia i uczłowiecza) już sięgnęłam...
-
2013/10/15 13:18:58
@ allegra walker:

Dzięki serdeczne za podpowiedź - jak chodzi o Zweiga, czytałam jego książkę o Marii Stuart i owszem, podobała mi się, ergo i po tę na pewno sięgnę :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...