Blog > Komentarze do wpisu

Śpiew, którego nic przemóc nie zdoła

Neil Gaiman (tekst), Stan Woch, Dick Giordano (rysunki, kolor), Thermidor, w: The Sandman: Distant Mirrors, zebrane też w: The Sandman: Fables and Reflections, 1993.

 

sandman thermidor 1

 

 

Wybaczcie pretensjonalne motto po niemiecku, ale żaden polski przekład to nie jest to. Tytuł z przekładu tegoż tekstu pióra K. K. Baczyńskiego.  

 

... [die] Stille, die die ganze Weite
in sich hat und an die Ohren weht,
so als wäre ihre andre Seite
der Gesang, dem keiner widersteht.

[R. M. Rilke, Die Insel der Sirenen]

 

No to zanim referat (do pracy) i zanim podsumowanie roku (tutaj) .... wpis z przypadku.

A przypadek przez referat.

Referat sobie mianowicie piszę, na konferencję - a konferencja (i referat) będą o Oktawianie Auguście, a konkretnie - o recepcji tegoż w Sandmanie, a konkretniej - o opowieści August. Która jest częścią cyklu o miesiącach. Gdzie jednym z tekstów jest Thermidor.

A, poza tym, dokłada się kwestia "Gaiman i Orfeusz, i mój nieustający plan napisania o Gaimanowym Orfeuszu" (ci, którym się zdarzało zjawiać na moich "heroicznych" zajęciach mogą tę ambicję kojarzyć....) .... i głowa Orfeusza i jej proroctwa.

No bo tak: czytając "August" (nie "Augusta", bo mam wrażenie, że mimo zamierzonej dwuznaczności, to raczej "Sierpień" niż "August, Oktawian"), przeczytałam jeszcze raz resztę zbiorku. Na czele z "Thermidorem".

No i z tego ten wpis cały.

 

W Thermidorze Gaiman i jego rysownicy opowiadają historię Johanny Constantine, przodkini, a może poprzedniego wcielenia, Johna C. Johanna ma jakiś bliżej mało określony deal z Morfeuszem i wybiera się do Paryża odzyskać, na jego prośbę, głowę jego syna, zamordowanego przez bachantki, ale ciągle żywego.
Jest szósty thermidora, roku drugiego.

Znaczy się, za trzy dni będzie po Wielkim Terrorze.

I OK, znajomych historyków z góry przepraszam i disclaimeruję: obraz (1) Rewolucji Francuskiej, (2) St. Juste'a, i (3) Maximiliena Robespierre'a, jaki pojawia się w tym wpisie, jest obrazem z tekstu Gaimana. Z wersji Gaimana. Pewną, znaczy się, wizją popkulturowo-literacko/artystyczną. Ergo, w polemiki pt. "Rewolucja była zła/dobra", "Robespierre był/nie był potworem", "Dobrze/tragicznie, że zginął" wdawać się nie zamierzam. Ba, nie zamierzam nawet za bardzo wdawać się w dyskusję, na ile ta wizja charakterów i celów obu przywódców u Gaimana jest historyczna (a nie zamierzam, bo - jak już powiedziałam w poprzednim wpisie około tematu - rok obsesyjnego czytania o rewolucji to trochę za mało, żeby ferować wyroki). W ogóle o historyczności wizji N.G. wolałabym się nie wypowiadać. 

Co zaznaczywszy, mogę ad rem. A dokładniej, ad Iohannam.

Johanna Constantine trafia do rewolucyjnego więzienia, bo chciała wykraść głowę Orfeusza; Maximilien Robespierre ją do tego więzienia wtrąca, bo głowa Orfeusza - głowa poety, proroka, mistyka, świętego, syna Snu - grozi przewróceniem zaplanowanego przezeń nowego racjonalnego świata, który czci egalitarian superbeing, distant and uninvolved. Za ten świat gotów jest zapłacić każdą cenę: skazywać na śmierć przypadkowych ludzi, sympatyków rewolucji (Thomas Paine) i własnych eks-współpracowników (Fabre d'Églantine)?. The myths are dead, mówi Gaimanowy Robespierre, the gods are dead and the ghosts the ghouls and phantoms are dead. There is only the State and the People.

Robespierre (a do pewnego stopnia i St. Just, który tu reprezentuje człowieka bez właściwości, którego głównym życiowym drogowskazem jest wiara w wizję wodza) zostają tu, jako ludzcy przywódcy i zwolennicy zimnego, brutalnego racjonalizmu, skonfrontowani, w mocno romantyczny sposób, zarówno z Johanną, jak i z Orfeuszem.

Johanna Constantine jest tu bohaterką, powiedzmy sobie, romantyczno-awanturniczą: wplątującą się w dziwaczną przygodę, kradnącą skarby, noszącą przebrania, gotową na szalone eskapady i ryzykowanie życiem; samo czucie [emocji] i wiara [we własne szczęście], innymi słowy, skontrastowane ze szkiełkiem i okiem wodzów rewolucji.
No a Orfeusz.... a właściwie głowa Orfeusza.... a, Orfeusz to jeszcze inna historia.

Gaiman poświęcił Orfeuszowi sporą historię w The Song of Orpheus, gdzie opowiedział lekko tylko przekształconą wersję historii jego i Eurydyki. W Thermidorze Orfeusz nie żyje od dawna, dawna - ale to nie znaczy, że umarł.    

Och, bo przecież Orfeusz u Gaimana jest symbolem co najmniej kilku rzeczy. Po pierwsze - pamięci i historii, którą wodzowie rewolucji chcieliby wymazać, budując nowy świat i zmieniając stare nazwy rzeczy (nieprzypadkowo ta historia kładzie taki ogromny nacisk na kwestię kalendarza i nowych nazw miesięcy: ma jeden z nich w tytule, wspomina jego twórcę). Po drugie - po drugie Orfeusz, w swoim paradoksalnym stanie: ani do końca człowiek, ani jeden z Nieskończonych, ani żywy, ani martwy, relikt pradawnych czasów natchniony w swojej poetyckiej mocy, zabity przez bachantki, wcielenia obłędu i szaleństwa, symbolizuje wszystko to, co nieracjonalne, natchnione i nieprzewidywalne. Zarazem, pieśń Orfeusza jest także symbolem wszystkiego tego, co odwieczne i ponadczasowe - i, w związku z tym, oczywiście przerażające i groźne. 

Ale to nie wszystko. Johanna ukryła głowę Orfeusza tam, gdzie najtrudniej byłoby ją znaleźć: wśród odciętych głów ofiar Terroru. Te głowy się odezwą, jak chór, wtórując Orfeuszowi, opowiadając swoje historie i śpiewając swoje pieśni - pieśni, które zakończą, w wersji Neila Gaimana, rządy Robespierre'a i rządu Terroru. 

Jest więc tak: Robespierre chce zniszczyć głowę Orfeusza i zabić Johannę, ale Johanna ma opiekuna - Orfeusza właśnie. A Orfeusz - martwy-żywy, rozszarpany, pozbawiony ciała - ciągle ma swoje pieśni.
Jak Odys, Johanna zatka sobie uszy i prawie-usłyszy przeklętą, syrenią pieśń, jak z wiersza Rilkego, co go u góry przytaczam; prawie ją zrozumie. Ale panowie R. i St. J. usłyszą ją całą - i to ona odbierze im mowę. Uzurpatorzy, którzy chcieli zmienić historię, kazać ludziom zapomnieć wspomnienia i odebrać im historię, przegrają; sami stracą głos, niezdolni przemówić nawet we własnej obronie, a potem będzie dziewiąty thermidora i koniec bajki. 

Takie rozwiązanie - kiedy fikcja wkracza w historię i stanowi jej rozwiązanie - Gaiman stosuje w Sandmanie kilkakrotnie (jak w historii Williama Szekspira, na przykład, gdzie łączy się biografia autora i wydarzenia ze Snu nocy letniej z mitologią cyklu o Sandmanie). Tu ono robi (no, na mnie zrobiło) bardzo efektowne wrażenie: klątwa spoza racjonalnej rzeczywistości dopadająca propagatorów szkiełka, oka i rozumu - choć, oczywiście, tego typu pomysł zawsze jakoś tam prawdziwą historię trywializuje i upraszcza; niemniej, Gaiman nie bardzo chce nam tu opowiadać historię; opowiada swoją wersję mitu, gdzie łączą się postacie i motywy z mitologii świata, popkultury i historii. A w micie  - w micie pycha musi zostać ukarana, a syrenia pieśń Orfeusza, ten śpiew, którego nic przemóc nie zdoła, nie może pozostać bez echa.

 

Żródło: wikipedia

dla zestawienia efektów pracy rysownika z inspiracją:
najbardziej chyba znany, anonimowy portret Robespierre'a, ok. 1790


 

* i tu tak tylko troszeńkę na marginesie powiem cichutko, że ja-bym-jednak-wolała-może-jeden-raz, żeby z tym terrorem i z tym Robespierrem to nie było tak łatwo, że jeden człowiek, że osobista odpowiedzialność i że potwór u władzy, bo mi się to już nudzi, tak po prawdzie, a i z tym, co nawet ja wiem o prawdzie historycznej, ma wspólnego trochę, ale nie wszystko. Ale tak to sobie Gaiman wymyślił, wolno mu, a i wizja mu wyszła spójna i do mitologii świata pasująca.  

niedziela, 29 grudnia 2013, ninedin

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2013/12/30 12:01:57
A tak mi się przypomniało, ty czytałaś cykl o Honor Harrington? Bo tam jest sporo o rewolucji francuskiej, choć akcja dzieje się w kosmosie.
-
2013/12/30 12:14:46
Jeszcze nie, przymierzam się od jakiegoś czasu, po kilku polecankach.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...