Blog > Komentarze do wpisu

Wszystkie smutne dzieciństwa

Joan Evans, Madame Royale, London 1959; Francesca Sanvitale, Le fils de l'empire, Paris 1996 (oryginał włoski Il figlio dell'impero, Turyn 1993); Kate Williams, Becoming Queen, London 2009

 

Princess Charlotte of Wales, wg Thomasa Lawrence'a

Księżniczka Charlotta Augusta Hanowerska w roku 1806, jako dziesięciolatka, wg sir Thomasa Lawrence'a

 

Wszystkie smutne dzieciństwa są do siebie (trochę) podobne, że nie-do-końca-po-polsku (czy w ogóle jest liczba mnoga od "dzieciństwo"?) sparafrazuję klasyka. I jak człowiek tak czyta o XVIII i XIX wieku, to, oczywiście, ma wrażenie, że mnóstwo, ale tu mnóstwo osób cierpiało znacznie bardziej, niż trójka bohaterów tej dzisiejszej notki: cierpiało głód, nędzę, zimno, wszelkie okropności wojny; cierpiało z powodu odrzucenia, samotności, braku szans na jakąkolwiek samorealizację; z powodu sieroctwa, dręczenia w domu, patologicznych rodziców/opiekunów, niewoli; cierpiało na choroby, które okaleczały i zabijały. Jest o tym całe mnóstwo lepszych i gorszych książek, filmów i prac naukowych, i o części z nich zdecydowanie chciałabym kiedyś napisać.

Ale nie dzisiaj. Dzisiaj będzie o trudnym dzieciństwie w królewskich rodzinach. I przy okazji będzie o ubóstwie (bo może nie nędzy), okropnościach wojny, samotności, sieroctwie, więzieniu (tym metaforycznym i tym prawdziwym), braku szans, patologicznych rodzicach i chorobach, które zabijają. I o moim dość dojmującym poczuciu podczas lektury: że niezależnie od wszystkiego, nieszczęśliwe dziecko jest nieszczęśliwym dzieckiem, czy się urodziło jako książę, czy jako żebrak, i że trochę trudno, żeby z wystawionego na koszmarne, traumatyczne doświadczenia dziecka wyrósł szczęśliwy dorosły. Bardzo to mało oryginalne, wiem, ale też nie zamierzam tu stawiać nowatorskich tez psychologicznych - raczej zastanowić się nad trzema biografiami, które ostatnio czytałam dla odpoczynku po pracy naukowej w Londynie. I generalnie, bez wniosków będzie, raczej, wybaczcie górnolotność, eseistycznie.

Napoleon-François-Charles-Joseph Bonaparte (1811-1832), 1819, by Sir Thomas LawrenceNapoleon François Charles Joseph Bonaparte w roku 1819, jako ośmiolatek, sir Thomas Lawrence

Dwie dziewczynki, jeden chłopiec (chętnie bym napisała o jeszcze jednym, ale na razie dopiero co kupiłam w Amazonie jego - jeżeli w ogóle da się to tak nazwać - biografię. To pierwsze: nastolatka siedząca przez rok samotnie w więzieniu, nie wiedząca, że matka, ciotka i brat nie żyją. To drugie: chłopiec pozbawiony najpierw ojca, potem matki, a potem wychowawców, imienia, języka i tożsamości, przemieniony, na życzenie wodzów i monarchów Europy i dość bez względu na koszty, w kogoś zupełnie nowego. To trzecie: zbuntowana, tupiąca nogami dziewczynka, której matka umawia ją na (zakazane przez rodzinę) randki i zamyka z chłopakiem w sypialni, żeby dokopać ojcu, a ojciec donosi jej na romanse matki i trzyma w areszcie domowym, bo jest popularniejsza od niego.

 Maria Teresa Burbon: A. Wertmueller, Maria Antonina z dziećmi, detal

Maria Teresa Charlotta Burbon w roku 1785, jako siedmiolatka, Adolf Ulrik Wertmüller

 O Marii Teresie, jedynej z dzieci Ludwika XVI i Marii Antoniny, które przeżyło, znana historyk sztuki średniowiecza napisała pod koniec lat 50. książkę łzawą i przesadnie emocjonalną. A nie trzeba było. Po co? Jej historii nie trzeba już ubarwiać, a raczej - przyciemniać, ona sama z siebie jest dostatecznie ponura.

Maria Teresa, Madame Royale, urodziła się co prawda nie jako oczekiwany dziedzic tronu, ale jako ukochane dziecko, uwielbiane przez matkę i ojca. Pewnie nawet nie wiedziała - skąd miała wiedzieć, była dzieckiem - jak źle się dzieje we Francji i jak krucho, coraz bardziej krucho jest z autorytetem monarchii i pozycją króla. A potem ją, brata (drugi, starszy z braci zmarł wcześniej na gruźlicę, urodzona później siostra przeżyła niespełna rok), rodziców i ciotkę, Madame Elisabeth, przewieziono z Wersalu najpierw do Tuilleries, a potem, w końcu, zamknięto w więzieniu w Temple.

To nie czas i miejsce na dyskusje o rewolucji, to jest wpis o małych księżniczkach (płci obojga) w wieży. Maria Teresa była nią niewątpliwie: zamknięta jak najbardziej dosłownie w wieży w Temple, została tam od maja 1794 sama. Że ojciec nie żyje, wiedziała; czego nie wiedziała, to że ścięto również jej matkę i ciotkę i że w maju następnego roku na powikłania gruźlicy umarł także jej dziesięcioletni brat, król Ludwik XVII. Została sama: bez wiedzy, nawet tej najgorszej, bez pomocy, bez wsparcia. Przez rok niemal nie widywała ludzi; miała tylko swoje pobożne książki, wspomnienia i zabawę w zamiatanie swojej celi. Tak, dawano jej jeść, tak, pozwolono jej uszyć sobie nową bieliznę, tak, miała dach nad głową i od pewnego momentu mogła już wychodzić do ogrodu. Nie, to wszystko nie czyni jej losu łatwiejszym do zniesienia - nawet jak się czyta tę źle napisaną, staroświecką w najgorszym tego słowa znaczeniu, sentymentalną i ad nauseam pro-monarchiczną i antyrewolucyjną książkę (i nie, to nie jest czas na dyskusję o moim stosunku do rewolucji francuskiej), nawet jak się serdecznie nie lubi Marii Antoniny, Ludwika XVI i monarchii, trudno nie poczuć nawet nie tylko współczucia - przerażenia tym, co ta dziewczynka musiała przeżyć.  

W porównaniu z jej historią te pozostałe mogą wydać się mniej tragiczne, bardziej... codzienne? No bo co tu mamy: chłopca (pisałam już o nim kiedyś troszkę), który po rozstaniu rodziców (nigdy się nie rozwiedli, jego matka musiała dla przyzwoitości trzymać w sekrecie przed rodziną swój wieloletni związek z plus minus swoim dworzaninem i dwoje nieślubnych dzieci) trafia pod opiekę rodziny jednego z nich; rodziny, która wyjątkowo nie lubi tego drugiego. Dziecko jest wyjściowo dwujęzyczne, dwukulturowe, syn Francuza i Austriaczki; ergo, podejmie się próbę (w większości udaną) wytępienia w nim tego francuskiego dziedzictwa. Przestawi się go na mówienie po niemiecku (udanie, francuskiego musiał się z trudem ponownie uczyć jako nastolatek), będzie się mniej lub bardziej subtelnie zniechęcać do wspominania ojca (zadaj dziesięcio-, plus minus, latkowi, wypracowanie, w którym ma udowodnić, że jego ojciec zasłużył na klęskę...) i przede wszystkim - będzie się go trzymać w cudnej złotej klateczce, wypuszczając czasami na wycieczki z rodziną do Grazu czy Bratysławy. Wieczne dziecko (uznano go za dorosłego dopiero w wieku 20 lat), kochany, ale trzymany z daleka od wszystkich poza starannie dobranym towarzystwem wnuczek cesarza, buntował się jak umiał, czyli - jak dziecko, jak nastolatek. Zachowały się listy i notatki nauczycieli: pisma do matki (nie było jej, dostała własne księstwo w Italii) z prośbą o zgodę na karę cielesną za moczenie łóżka, narzekania, że książę nie chce się uczyć, ucieka z lekcji i kompletnie nie wierzy we własne siły, skargi na nieposłuszeństwo, brak szacunku dla krewnych, dworu i etykiety (za co zostawał o chlebie i wodzie), relacje z długich dni, kiedy w apatii leżał w łóżku, odmawiał wstania i pozwalał sobie na najczarniejsze myśli; zdolne dziecko, które jak chciało, to mogło prawie wszystko (co się okazało przez te parę miesięcy dorosłości, jaki mu zostały, kiedy uczył się tego, co chciał, z szaleńczym zapałem, sypiając po 2-3 godziny dziennie), ale bardzo rzadko chciało. Uwielbiał robić na złość, głównie w rezultacie sobie: wychodzenie na zimno bez płaszcza (bo kazali ubrać), jeżdżenie konno w ulewie (bo odradzali), zapalenie od czasu do czasu cygara (bo niezdrowo i nie wypada) to repertuar zachowań powtarzających się zarówno w dokumentach z epoki (nie denerwujcie mnie nawet, przez to wszystko przeryłam się przez niemiecki tekst gotykiem z lat 70. XIX wieku!), jak i biograficznej opowieści-eseju Sanvitale, uznanej włoskiej pisarki. Przy sobie miał sześćdziesięcio- i czterdziestoparoletnich guwernerów, wokół siebie - szpicla na szpiclu na szpiclu, w końcu był żywym, chodzącym zagrożeniem dla pokoju w Europie. Przez całe życie wspominał pierwsze trzy lata życia pod opieką idealizowanego przez siebie ojca (ponoć, jak piszą biografowie, pamiętał, albo może pamiętał to, co mu francuska niańka kazała pamiętać) i miesiące spędzone z ukochaną matką w Wiedniu przed końcem kongresu wiedeńskiego, kiedy jeszcze mogła, kiedy nie miała własnej domeny, własnego życia, nowego kochanka i nowych dzieci (z utrudnionym, jako nieślubne, startem w życie); synowi powiedziała o kochanku-drugim mężu już po tym, jak tamten zmarł; że przyrodnie rodzeństwo urodziło się jeszcze podczas trwania pierwszego małżeństwa matki, wywiedział się sam, podstępem. W ogóle dobry był w podstępach i w udawaniu, najwyraźniej: nawet współcześni mają problem z powiedzeniem, jaki był naprawdę, jak to było z nim i przyjaciółmi, nim i kobietami, nim i cesarzem, nim i ambicjami. Momentami ewidentnie depresyjny, momentami pełen frenetycznej energii, szukający na oślep i za wszelką cenę swojego miejsca, pozbawiony ojca, porzucony (bo tak to musiał odbierać) przez matkę, po swojemu kochany przez dziadka, usiłował zrobić to, co wydawało się i było, tak naprawdę, niemożliwe: dorównać ojcu i kochać oboje rodziców.

No, z cyklu kochania obojga rodziców nasza trzecia bohaterka też miała nieźle. Jej ojciec i matka - kuzyni pierwszego stopnia, małżeństwo oczywiście aranżowane - serdecznie znielubili się przy pierwszej okazji, kiedy się spotkali, znaczy - tuż przed ślubem. Potem było już tylko gorzej: tabuny kochanek ojca (zdaniem autorki Becoming Queen wolał doświadczone, starsze od siebie panie od niezbornych, nieeleganckich, pozbawionych wdzięku, hałaśliwych panien w typie tej, którą poślubił), dziwaczne i z punktu widzenia moralności epoki mocno niewłaściwe zachowania matki (udawana ciąża, histerycznie namiętne i histerycznie szybko zrywane przyjaźnie, awantury), do tego szalony dziadek, który ją skądinąd w chwilach przytomności uwielbiał i dwór: zmuszone do staropanieństwa, zamknięte w domu trzydziesto-/czterdziestoletnie ciotki i stryjowie z ich konkubinami, kochankami, whisky i balami. I wojna z Napoleonem, nie zapominajmy, to się w sporym kawałku dzieje na dodatek podczas wojny.

Historia księżniczki Charlotty, jedynej legalnej córki późniejszego Jerzego IV, dziewczyny, która nie została królową, to historia dziecka z głęboko toksycznego związku, dziecka, które może i miało wszystko, ale które każdy chyba terapeuta dzisiaj zakwalifikowałby jako ofiarę child abuse, w sensie psychologicznym znaczy. Była pionkiem, rozgrywanym przez rodziców, żeby krzywdzić siebie nawzajem; od dzieciństwa żyła w poczuciu obowiązku, jaki ją czeka (była oczywistą i jedyną następczynią ojca, sprawującego regencję w imieniu chorego psychicznie dziadka) i z wiedzą o cenie, jaką jej przyjdzie za to zapłacić - cenie aranżowanego małżeństwa, cenie życia zawsze w centrum uwagi. Radziła sobie z tym, jak umiała: nastoletnie fanowskie zakochania (w lordzie Byronie, no less) zastąpiły wkrótce sekretne (i wspomagane przez mamusię) randki z podejrzanymi lowelasami i z książętami na misjach dyplomatycznych; za dużo jadła - jedzeniem poprawiała sobie nastrój (nie żebym akurat ja nie wiedziała, jak to działa, wiem aż za dobrze); za dużo, za dużo, za dużo kupowała - już jako nastolatka była po uszy w długach. Urządzała wściekłe awantury; ba, raz nawet uciekła z domu i sama pojechała dorożką (jako pierwsza i może jedyna w historii osoba z brytyjskiej rodziny panującej sama użyła transportu publicznego, komentuje złośliwie autorka książki o niej i o młodej Wiktorii). Niemniej, była ewidentnie ciepłą, lubianą, serdeczną dziewczyną. Anglia ją kochała; ona sama miała jedno szczęście w życiu - pokochała księcia, którego wybrano jej/wybrała sobie na męża. Z wielkimi nadziejami oczekiwano jej wstąpienia na tron. 

 

A co było potem? Żadne z tych dzieci nie zasiadło na tronie. Charlottę, jako dwudziestolatkę, lekarze zabili przy porodzie (bo przez ostatnie miesiące ciąży narzucono jej drakońską dietę, żeby dziecko przestało rosnąć, bo przez ostatnie tygodnie ciąży bez przerwy puszczano jej krew, żeby schudła, bo przez to wszystko - nie jadła nic przez dobę przed porodem, nie spała od trzech - nie miała siły urodzić w sposób naturalny, a nikt nie chciał podjąć ryzykownej decyzji o użyciu kleszczy na królewnie; po trzech dobach urodziła w końcu martwego synka i umarła samotna, bo rzeczywiście i szczerze kochany przez nią mąż spał, załamany, po zażyciu podanych przez lekarzy opiatów, a rodziców, jak zwykle, nie było); ojciec zapomniał powiadomić matkę, że jej córka i wnuk nie żyją. Francois-Charles umarł w cierpieniach (leczono go na wątrobę i żołądek, na które chorowali krewni ojca, nie na gruźlicę krtani, na którą cierpiał), ledwie co po tym, jak go w końcu, jako dwudziestolatka, raczono wreszcie uznać za dorosłego i uwolniono spod kurateli guwernerów; umarł w (zapisanym dla nas przez świadków) desperackim poczuciu, że jego życie niewiele znaczyło. A Maria Teresa - o, ona żyła długo. I trochę skłamałam, była królową, formalnie, przez dwadzieścia minut. Dożyła siedemdziesięciu dwóch lat, przeżyła monarchię, dwie restauracje tejże, dwie republiki i prawie-że dwa cesarstwa (umarła pod koniec października, zamach stanu Ludwika Napoleona był w grudniu); wydana za mąż dla czysto dynastycznych interesów za swego najbliższego kuzyna (ich ojcowie byli braćmi), dostała pusty tytuł następczyni tronu i małżeństwo bez dzieci i chyba bez jakichkolwiek uczuć. Przeżyła straszne rzeczy i wyrosła na - wybaczcie - ewidentnie dość okropną kobietę: wyniosłą, nieprzyjemną w obejściu, zgorzkniałą, ultrakonserwatywną, przekonaną o wielkości własnego rodu i traktującą świat dookoła tak, jakby ciągle był wiek XVII. Serdecznie nielubianą w kraju, jedyną pociechę znajdowała w dewocyjnej religijności i obsesyjnie przestrzeganej etykiecie (nawet kochający monarchię tradycjonalista Chateaubriand z trudem wytrzymał wizytę w jej salonie, gdzie robótki były jedyną rozrywką, a rozmów nie prowadzono), i jakoś trudno się temu dziwić, zważywszy na to, jak się jej życie ułożyło. Trzy razy musiała uciekać z Francji: jako nastolatka uwolniona z Temple, potem w 1814, a potem, kolejny raz, po rewolucji lipcowej; z tego ostatniego wygnania już nie wróciła. Przeżyła rodziców, siostrę, braci, stryja, teścia, męża. Umarła w Wiedniu; pochowano ją w dzisiejszej Słowenii.  

 

Bohaterowie jako dorośli: Maria Teresa, Francois Charles, Charlotta Augusta

Bohaterowie jako dorośli: Maria Teresa w 1827 (49 lat), François Charles w 1831, rok przed śmiercią, (20 lat), Charlotta Augusta niedługo przed śmiercią, w 1817 (20 lat)
[autorzy: Alexandre-François Caminade, Mortiz Daffinger, George Dawe]

Nieważne, w tym momencie, jak złymi/dobrymi przywódcami byli rodzice naszych bohaterów, a jakimi mogliby okazać się oni sami w porównaniu z tymi, którzy ich zastąpili (najkrócej rzecz ujmując: François-Charles Bonaparte nie został cesarzem Francuzów: władzę po 1815 objęli kolejno Ludwik XVIII, Karol X, a  po nich - Ludwik Filip Orleański.  Mąż Marii Teresy miał być następcą swego ojca, króla Karola X, ale na tronie zastąpił go w 1830 właśnie wspomniany Ludwik Filip; a dwa lata po śmierci Charlotty urodziła się Aleksandryna Wiktoria, jej kuzynka, jedno z nielicznych dzieci z legalnych związków w jej pokoleniu rodu hanowerskiego; jak w 1837 objęła rządy, tak rządziła do 1901 i zdefiniowała epokę). Te trzy książki, przeczytane przeze mnie pod rząd, były pewnego rodzaju wyprawą w krainę "co by było, gdyby", spojrzeniem na historię cesarza i królowych, których nie było - a jednocześnie, otrzeźwiająco smutnym przypomnieniem, jak zmieniają się czasy, a cierpienie młodych (i nie tylko) ludzi - samotnych, chorych, pozbawionych bliskich, traktowanych jak pionki przez krewnych i rodzinę - pozostaje niemal takie samo.

poniedziałek, 10 lutego 2014, ninedin

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
Gość: rob, *.play-internet.pl
2014/02/10 23:08:10
co do marii antoniny to miałem jej obraz zaburzony przez róże wersalu aka lady oskar ;) w wersji animowanej ;) ale i aktorskiej ;) zawsze miałem wrażenie że L16 i MA to doskonały przykład niewłaściwych ludzi na nie właściwym miejscu których los za to pokarał
-
2014/02/10 23:27:02
Z całej trójki najwięcej wiedziałam o Charllotcie. Przeczytałam jej biografię i strasznie byłam wkurzona, że kiedy wreszcie dotarła do "I żyli długo i szczęśliwie" to umarła. Niesprawiedliwe okropnie to było.
-
2014/02/11 06:37:46
Na historii uczyli mnie, że w przeszłości równą tragedią było urodzić się w rodzinie królewskiej co tej bardzo biednej, bo szans na szczęśliwe życie miało się mniej więcej tyle samo. Te historie choć przyjmowane przeze mnie mało emocjonalnie każą się jednak pochylić nad tym o czym piszesz pod koniec- nad monarchami których nie było, w tych smutnych losach jest trochę altrrnatywna historia Europy. A przecież to tylko troje z całego zastępu nieszczęśliwych książąt. Bardzo to wszystko ciekawe
-
2014/02/11 14:53:36
@Rob: O, to, to, to :)

@Anna Flasza-Szydlik: Prawda? Ja też tak miałam; podobnie jak miałam "bajkowe" i kompletnie wbrew realiom poczucie, że Maria Teresa powinna była po tym wszystkim wyrosnąć na piękną, wdzięczną i delikatną kobietę, tzw. prawdziwą księżniczkę prawie-jak-z-Disneya, prawda? Ale oczywiście tak nie bywa; ale prawda, w przypadku Charlotty akurat był to wyjątkowo nieszczęsny zbieg okoliczności, niekompetencji i strachu lekarzy...

@Ratyzbona
A wiesz, dla mnie w tym wszystkim właśnie najciekawsze jest z jednej strony to "co by było gdyby" (bo ja nie jestem historykiem, ja jestem z zawodu specjalistką od opowieści :P), z drugiej - to, że pisząc/czytając coś takiego mogę w pewnym sensie wyzwolić się od naukowej precyzji, od strachu przed anachronizmem i przed odczytywaniem rzeczy w bardzo intelektualny sposób. I tu nawet nie chodzi o czytanie tego z emocjami (mnie się też w sumie rzadko zdarza naprawdę wzruszać nad biografiami dawno zmarłych, nieznanych mi tak naprawdę ludzi), co o odrzucenie na moment tego założenia - prawdziwego przecież - że był to los powszechny, że urodzenie w pewnych rodzinach oznaczało pewne obowiązki, że innym bywało znacznie gorzej; odrzucenie i luksus popatrzenia na takie historie przez moment jako na jednostkowe, wyjęte z czasu i realiów, historie o życiu.
-
2014/02/11 21:51:39
Natomiast Cezarion powinien był pozostać w Indiach.
-
2014/02/12 19:53:59
Tak. A Arystobul III nie powinien był wybierać się do Jerycha.
-
2014/03/18 18:02:40
Dopiero teraz przeczytałam, bo tak odwlekałam z powodu braku czasu trochę, a z lęku, że znów się popłaczę przy Księciu... Choć przyznaję, już pamiętając Twoje wrażenia na bieżąco z lektury Becoming Queen, czułam, że będę się również złościć o to, że to nie Charlotte ale Wiktoria została królową...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...