Blog > Komentarze do wpisu

Trust No One

Hilary Mantel, Bring Up the Bodies, London 2012, wiem, że jest polski przekład, ale dość świadomie się za niego nie brałam.

 

Hmmm, spojlery, głównie do tego, jak się skończyło małżeństwo Henryka VIII i Anny Boleyn, jakby ktoś jeszcze przypadkiem nie wiedział.


Oraz, recenzja skrajnie subiektywna, jakby kto pytał


 

źródło: http://www.dailymail.co.uk

 

Pewnego pięknego dnia w roku 2013 uświadomiłam sobie, że mam znowu ochotę poczytać powieści historyczne. No dobrze, zaczęło się od tego, że miałam ochotę poczytać książki historyczne, co w moim przypadku oznaczało, jak zazwyczaj, mniej lub bardziej popularne (nie oszukujmy się, nie jestem historykiem i do czytania specjalistycznych prac nie mam, poza historią starożytną, kompetencji) monografie. A potem uświadomiłam sobie, że monografie to jedno, powieści to drugie. A powieści historycznych w większych ilościach to ja nie czytałam już dawno.

Po powieści historyczne nie sięgałam systematyczniej od lat; pewnie, jakaś pojedyncza się zdarzała, plus Dorothy Dunnett, ale Dunnett to jest  osobna historia w moim życiu. Zresztą może i Dunnett jest dobrym punktem wyjścia - bo uczepiłam się jej i jej książek dlatego, że oprócz opowiadania historii o historii były literaturą. Lektura, w ramach m. in. ukochanej mojej pracy, mnóstwa powieści (około)historycznych o Aleksandrze Wielkim sprawiła, że odrzuciło mnie od tych najprościej pisanych, relacjonujących wydarzenia w chronologicznej kolejności, stylistycznie neutralnych historii o życiu głównego historycznego bohatera, czasami z listkiem figowym w postaci jakiejś fikcyjnej osoby, którego oczyma patrzymy na postacie znane z kart historii. Kolejny Steven Pressfield. Albo, dla odmiany, tropem Sienkiewicza - coś ze stylizacją językową, niekoniecznie na epokę (jak stylizować polski na czasy Olimpias i Aleksandra?) choć dalej pozostające głównie ponownym opowiedzeniem źródeł. Kolejny Karol Bunsch. Nie, dziękuję.

No ale już od przed-świąt, kiedy chodziłam po krakowskim Matrasie i zastanawiałam się nad prezentem dla mamy, chodziła mi ta Hilary Mantel i ten jej Thomas Cromwell po głowie. Wzięłam do ręki. Przejrzałam. Popatrzyłam na język, na styl. Zdecydowałam, że chcę, ale oryginał (i nie, to nie jest komentarz do jakości przekładu, za mało miałam z nim do czynienia, żeby oceniać; mówię raczej o moim własnym ówczesnym poczuciu, że jest to chyba na tyle stylistycznie inne, że chcę zobaczyć tę inność w oryginale).

No dobra, niech będzie reklama: Skoob Books w Londynie, 2,00 GBP. Bierzemy się za czytanie. Epoka - rządy Henryka VIII - obchodzi mnie tak sobie, interesuje nie jakoś szaleńczo. Wiem o niej niewiele: dobrze, bo nie będę mieć pretensji o nie takie, jakby-mi-się-podobało ukazanie poszczególnych postaci; źle, bo się boje, że się pogubię (nie gubię się, jak się okazuje, nawet wikipedia okazuje się niezbyt potrzebna).

No i jak dla mnie, och, jak to jest napisane.

Mantel po pierwsze pisze znakomicie stylistycznie - z mojego subiektywnego punktu widzenia znaczy; uwielbiam jej malarski, barwny, a przy tym oszczędny styl - gdzie trzeba, poetycki, ale nie egzaltowany, gdzie trzeba, konkretny i namacalny. Mantel potrafi fantastycznie ewokować nastrój (sceny na początku powieści, kiedy widzimy, oczyma głównego bohatera, lot sokołów, które nazywał imionami swoich zmarłych córek!) i równie znakomicie używać tego ahistorycznego, pozbawionego stylizacji na epokę języka do wygrywania charakterystyki postaci, jak kiedy Cromwell wspomina to, co nieżyjący Tomasz Morus mawiał o królu, którego obaj byli w pewnym momencie zaufanymi:

You can be merry with the king, you can share a joke with him. But as Thomas More used to say, it’s like sporting with a tamed lion. You tousle its mane and pull its ears, but all the time you’re thinking, those claws, those claws, those claws.

Patrzymy na wydarzenia - upadek i śmierć Anny Boleyn, początek kariery Jane Seymour - oczyma Thomasa Cromwella, ale to nie znaczy, że wiemy o nim dużo. Ja nie wiem, nie do końca - wiem tyle, ile Cromwell wie o sobie i ile mówi; a on jest samoświadomy, jasne, nie ma co do siebie złudzeń, ale też nie jest wszechwiedzącym i wszystko-rozumiejącym punktem widzenia. Mr Secretary, pisze autorka w posłowiu, remains sleek, plump and densely inaccessible, like a choice plum in a Christmas pie; but I hope to continue my efforts to dig him out. Skąd zresztą mamy wiedzieć o nim więcej? Patrzymy z jego punktu widzenia, ale on jest ostrożny, jest interesowny, jest nieobiektywny: rzadko mówi źle o wrogach, nawet do siebie, pochlebia tym, których nie lubi, i miewa takich (król Henryk, nieżyjący kardynał Wolsey), wobec których obiektywny być nie chce i nie umie. Cromwell nie ufa nikomu poza sobą i swoimi, jest cyniczny, interesowny, nieszczery, błyskotliwy, lojalny wobec tych, których kocha, przenikliwy, brutalny, samotny, tęskniący za rodzina, którą stracił, gardzący rządzącymi krajem głupawymi, bezmyślnymi arystokratami, ale kochający, bo trudno to inaczej nazwać, swojego króla - Guy Gavriel Kay by pewnie nie pochwalił, ale Hilary Mantel spojrzała na jeden z (zazwyczaj) czarnych charakterów historii Anglii, dała mu życie na nowo, a potem pozwoliła nam patrzeć jego oczyma na świat i na rozwijający się w nim paskudny, brudny konflikt.

Że wrócę jeszcze na moment do tych wspomnianych wcześniej powieści: tam pewnie ktoś byłby dobry, a ktoś zły, Anna miałaby rację albo nie, byłaby zła i perfidna albo skrzywdzona i wykorzystana. Jane byłaby aniołem albo małą wredną intrygantką, Henryk spragnionym uczuć mężem szukającym u kolejnych żon miłości albo półobłąkanym z zazdrości tyranem (albo, ewentualnie, cynicznym obłudnikiem, chwytającym się każdego pretekstu, żeby się pozbyć żony i wziąć nową). A tu nie, wcale nie jest łatwo: każda strona ma swoje racje, swoje gry i w sumie z którąkolwiek trudno sympatyzować, choć trudno nie podziwiać. W sumie tak naprawdę nie jest ważne, kto ma rację, kto jest winien, kto zdradził, a kto spał z własnym bratem. Tak naprawdę, w oskarżeniu przeciwko Annie Boleyn nie jest istotne, czy była dziewicą nikomu za mąż nie obiecaną, kiedy król jej przysięgał miłość, i czy zdradzała króla z kawalerami ze swojego dworu; nie jest istotne, czy jej rodzina planowała usunięcie króla, nie jest istotne, czy królowa była czarownicą. Usunięcie Anny jest kwestią racji stanu, kwestią woli króla i kwestią interesów samego Thomasa Cromwella i jego ludzi - i dlatego Anna musi zostać usunięta, będzie usunięta, bo to są te trzy rzeczy, w tej kolejności, którym Cromwell w wersji Mantel służy.  I oczywiście, że oskarżenie jest sfingowane, choć, kiedy się czyta - kiedy ja czytałam - prawie czułam, jak żelazna wola i giętki język Thomasa Cromwella przekonują wszystkich, z nim samym włącznie, że były okoliczności, że wina mogła być, a skoro mogła być, to przecież była, była, była.     

Nieoczywista ta historia, choć oczywiście każdy wie, jak się skończy. Nie wiem, jak się spodoba komuś, kto nie lubi historii opowiadanej bez fikcyjnych dodatkowych bohaterów, naładowanej imionami (a to to jeszcze nic, ja chwilowo czytam A Place of Greater Safety tejże Mantel, osiemset stron o stu postaciach, że się wyzłośliwię, ale och, jak mi się podoba!), nie wiem, jakie wrażenie zrobi na kimś, kto by wolał przezroczysty, neutralny styl. Mnie zachwyciło.

wtorek, 04 marca 2014, ninedin

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2014/03/04 21:26:29
Słyszałam same dobre rzeczy o tej książce, ale na razie ma ją moja mama ;). Więc czekam cierpliwie.
-
2014/03/04 21:46:43
Off topic:

1) Wróciłaś!!! (wiem, nie jest to szczególnie odkrywcze stwierdzenie, zwłaszcza dla Ciebie, ale co mi tam :-))

2) "Dla Ninedin", pomyślało coś we mnie podczas czytania recenzji: www.strangehorizons.com/reviews/2013/10/a_stranger_in_o.shtml Jak sądzisz, mogło mieć rację?
-
2014/03/05 00:25:58
Miało rację. Wrzuciłam do koszyka w Amazonie po przeczytaniu dwóch pierwszych cytatów.
-
2014/03/05 13:22:54
Ninedin, ale ty zaczęłaś od "Bring up the Bodies", czy czytałaś wcześniej "Wolf Hall"? W "Wolf Hall" genialnie przedstawiony jest upadek Wolseya, nie mówiąc już o stopniowym dochodzeniu do władzy Anny i odsuwaniu Katarzyny, oraz młodziutkiej Jane, która dopiero pojawia się na scenie. Mnie zachwyciły obie, narracja bardzo mi się podoba, ten czas teraźniejszy sprawiający wrażenie, że wszystko dzieje się tu i teraz. No i teatralność tego wszystkiego, fakt, że wszystko dzieje się na oczach całego dworu, który staje się sceną i nikt nie wie do końca kiedy będzie miał "entry" a kiedy "exit". Podjęcie lub niepodjęcie jakiegoś kroku może zmienić wszystko. Dla mnie bomba.
-
Gość: Anka, 31.130.100.*
2014/03/05 19:45:54
Jeśli tylko znajdę w bibliotece przeczytam. Z dotychczas polecanych przez ciebie autorów Celia Friedmann, Ellen Kushner świetne. G. G. Kay "Lwy Al - Rasanu" - świetne gdyby tylko zakończyły się na scenie pojedynku, niestety "Fionavarski gobelin" zanudził mnie na śmierć.
-
2014/03/21 16:38:13
"Bring up the Bodies" stała się niedawno jedną z moich ulubionych książek! Zabrałam się najpierw za pierwszą część (Wolf Hall), byłam tak zachwycona, że od razu chwyciłam zakupione w Anglii papierowe wydanie "Bring Up the Bodies" i zachwyciłam się jeszcze bardziej. Mantel w tak wspaniały sposób używa języka, tak cudownie prowadzi narrację, że dech zapiera. Cytat z pazurami, który przywołałaś to chyba mój ulubiony (z wielu w tej książce), na równi z mistrzowskim ostatnim akapitem. Chciałabym zobaczyć teatralną adaptację Royal Shakespeare Company!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...